wtorek, 23 maja 2017

121. Brian McClellan "Obietnica krwi"

Nikt, nawet Kez ze swoją armią szpiegów i zabójców, nie był w stanie tak całkowicie zniszczyć komuś życia, jak właśnie Kościół.

Chociaż przez dłuższy czas właściwie nie czytałam książek fantastycznych, wybierając jeśli już tylko fantastykę dla młodzieży, to nieustannie śledziłam nowości wydawnicze w tymże gatunku. Jakimś cudem nie zarejestrowałam momentu wydania "Obietnicy krwi", która ukazała się w 2015 roku. Kiedy więc w wakacje w 2016 roku odwiedziłam księgarnie, aby kupić coś z fantastyki, spojrzałam zdziwiona na ekspedienta, który zapytał mnie, czy czytałam trylogię o prochowym magach.

Nigdy nie można ufać mężczyźnie, który otacza się pięknymi kobietami. A już najmniej kapłanowi. 

Przenosimy się do świata monarchii, która zostaje obalona. Królowie zamiast budować kraj, rujnowali go i sprzedawali jego niepodległość, aby ratować własną skórę lub raczej własny majątek. Ale nadszedł tego koniec. Marszałek polny Tamas nie ma nic do stracenia - stracił już żonę, której morderca mógłby rządzić jego ukochanym krajem. Postanowił położyć temu kres i zamordować wszystkich Uprzywilejowanych. Sęk w tym, że każdy z nich podczas tej krwawej nocy wypowiedział przerażające słowa, które zaprzątają umysł Marszałka. Bujdy. Nonsens. A jednak... Wzywa do siebie Adamata, prywatnego detektywa, który ma odkryć przerażającą prawdę i poznać sens Obietnicy Kresimira.

Tylko dlatego, że coś jest dogmatem, nie znaczy wcale, że jest też prawdą.

Było mi wstyd patrzeć na tę książkę, którą czytałam od tak dawna. Zaczęłam, niby się wkręciłam, ale kiedy odkładałam ją na bok, jakoś mnie do niej z powrotem nie ciągnęło. W końcu się do niej naprawdę zabrałam, dotrwałam do połowy i powiedziałam, że jeszcze trochę i przerwę czytanie. Za mną było 300 stron, a w książce wciąż nic się nie działo. Wytrzymałam jeszcze trochę i... wreszcie się rozkręciło. I to tak, że nie mogłam się przestać czytać.

Nie da się polubić kogoś, kto zna twoją tajemnicę.

Niestety, książka jest rozwleczona za bardzo, a niektóre sprawy omawiane są bezsensownie po sto razy. Może mieć na to wpływ przedstawienie wydarzeń z perspektyw kilku bohaterów, choć wszędzie zachowana jest narracja trzecioosobowa, ale z punktem widzenia danej postaci. Ja taki zabieg uwielbiam - niezależnie od tego, w której osobie jest narracja. Tutaj też idealnie się to sprawdziło, gdyż wątków było zbyt dużo, aby wszystko kręciło się wokół głównego bohatera, a gdyby skupiono się tylko na wątkach mu bliskich, książka nie miałaby żadnego sensu i byłaby nielogiczna dla czytelnika.

- Tylko kiepski dowódca poddaje się kaprysom swoich podwładnych - odparł Adamat. - A jeszcze gorszy ignoruje to, czego chcą i potrzebują. 

Zastanawiam się, kto właściwie jest głównym bohaterem. Po opisie książki wydawać by się mogło, iż jest to Tamas, ale chociaż to on jest sprawcą zamieszania, to nie jest jedyną istotną postacią. Mam wrażenie, że głównych bohaterów jest trójka - wspomniany Tamas, jego syn Taniel oraz detektyw Adamat. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakoby z tej trójcy najgorzej wykreowany został właśnie Tamas, co nie znaczy, że jego osoba jest źle opisana. Po prostu wszyscy, którzy tworzą najważniejsze sceny, są idealnie stworzeni. Do tej grupy ważnych postaci dodałabym kolejnych: Olem (bardzo specyficzny stróż Tamasa, posiadający zdolność przydającą się wszystkim studentom podczas sesji - nie musi spać), Nila (służąca tamtejszej szlachty), Bo (Uprzywilejowany, przyjaciel Taniela z dzieciństwa) oraz Ka-poel (ruda dzikuska, towarzyszka broni Taniela). Moje serce skradł Taniel oraz Ka-poel, więc to na ich dalsze losy czekam z niecierpliwością. Chory psychicznie bóg także robi wrażenie.

Och, jest jak najbardziej żywy. Właśnie o to chodzi w wykorzystywaniu innych osób w roli środka nacisku. Nie nadają się do tej roli, jeżeli nie żyją.

Niestety, są też bohaterowie, którzy mi się mylili - chodzi tutaj o ścisły krąg współpracowników Tamasa. Każdy z nich zajmuje się czymś innym i wydaje się być bardzo charakterystyczną postacią, kiedy jest opisywany... No właśnie. Ale opis to tylko teoria. W biegu kolejnych wydarzeń wszyscy zlali mi się w jedno, a samo imię nic mi nie mówiło.

Wciąż jednak mam rodzinę i przyjaciół, jestem zatem bogatym człowiekiem.

Ale mała część kiepsko wykreowanych bohaterowów oraz dość nudna połowa książki to i tak mało, w porównaniu ze światem, jaki stworzył McClellan. Sam pomysł na poniekąd nowe istoty, jakimi są prochowi magowie, jest fenomenalny. O ile Uprzywilejowani mogą być porównywani do innych magicznych stworów, to prochowi magowie są zupełną nowością. Ale świat sam w sobie bardzo mi się podobał - szczególnie miasto Adopest, gdzie rozgrywały się najważniejsze wydarzenia. Na uwagę zasługuje też fakt, że autor przedstawił nie tylko kraj Adro, ale też kraje sąsiadujące. Adro dla czytelnika już jest miejscem odległym, a jeszcze dodatkowo Taniel opowiada o egzotycznych i odległych krajach, gdzie brał udział w bitwach. Abstrakcja do kwadratu.

Istnieje różnica między wiarą w coś, czego nigdy nie widziałeś ani nie doświadczyłeś, a wiedzą z pierwszej ręki o tym, że coś jest prawdziwe.

Do gustu przypadł mi też sposób napędzania akcji - z jednej strony było to rozwiązywanie zagadki przez detektywa, a z drugiej strony był to pościg Uprzywilejowanej przez Taniela. Trzonem była jednak zagadka, która przez część osób była lekceważona, uważana za przesąd, ale część osób czuła jej wagę. Być może śledztwo nie wnosiło czegoś na bieżąco do innych wątków, ale pozwalało je lepiej zrozumieć.

Czasem miłość wydawała mu się jakimś obcym pojęciem, stosowanym w poezji, nie w życiu.

Jedną z rzeczy, której obawiałam się najbardziej, było to, czy książka nie jest zbyt bardzo przesiąknięta polityką. Mamy zamach stanu, różne warstwy społeczne, kształtowanie się struktur państwa od nowa, ryzyko wojny... Dodać do tego świat fantastyczny, a można byłoby łatwo się pogubić. Ale nie. Wszystko jest jasno przedstawione, w sposób nieskomplikowany, a jednocześnie głęboki i logiczny. Także obawiałam się, czy kwestie geograficzne mnie nie przytłoczą, bo to właśnie one sprawiają, że odcinam się od większości książek high fantasy. Mapki w Tolkienie nie pomogły i nie pomogą w żadnej książce, jakkolwiek ładne i kuszące by nie były. Tutaj mapki też są i to nawet trzy. Skoro książkę zaczęłam czytać dawno temu, to zapomniałam, że te pomoce są na jej początku. Poradziłam sobie bez nich i nawet nie miałam żadnego kłopotu - ja, która nie ogarnia geografii magicznych krain - więc jeśli ktoś się boi, to nie ma czego.

Gavril, tak, on da radę. O ile jest na tyle trzeźwy, żeby coś widzieć, i na tyle pijany, żeby nic nie myśleć.

Czy książkę polecam? Tak. Czy przeczytam drugą część? Tak. I pomyśleć, że "Obietnicę krwi" miałam ochotę rzucić na półkę, nie docierając nawet do połowy. Nie zniechęcajcie się początkiem, bo kiedy akcja się rozkręci, autor wszystko Wam zrekompensuje. Kawał dobrej fantastyki i tyle.

- Co to za bzdury?! - krzyknął brygadier. - Pan oszalał.
- Czasem myślę, że tak byłoby prościej - powiedział Tamas. 

Przeczytane: 30.04.2017
Ocena: 7/10

czwartek, 18 maja 2017

120. Muzyczny przekładaniec

Od jakiegoś czasu obiecuję sobie, że sukcesywnie będę zapisywać piosenki dnia. Czasami mi się to udaje, ale częściej jest tak, że muszę się trochę zastanowić nad tym, czego w danym dniu słuchałam lub przejrzeć historię przeglądania, o ile słuchałam czegoś na laptopie. Jednak tym razem mnie pokarało - usunęła mi się historia i musiałam naprawdę wytężyć umysł, aby wyłapać muzykę sprzed dwóch tygodni. Ale cóż, udało mi się. I chociaż świat obiegła smutna wiadomość, że Chris Cornell nie żyje, to dzisiejszy wpis jest bardzo pozytywny. Nie byłam wielką fanką jego muzyki, ale znałam, lubiłam i szanowałam jego twórczość, szczególnie tą z zespołem Soundgarden. Są gusta i guściki, ale niektóre rzeczy po prostu się ceni, niezależnie od własnych upodobań. Dla fanów zespołu musi to być podwójny cios, bo formacja zapowiadała ostatnio nowy album. Przekonałam się na własnej skórze, co to znaczy, kiedy ukochany zespół już nie nagra obiecanego krążka, dlatego rozumiem fanów ich muzyki.


Czwartek, czwarty maj: 2Cellos My Heart Will Go On



Jakiś czas temu strasznie zaskoczyłam Was tą piosenką. Nie dziwię się Wam. Sama nigdy niespecjalnie pałałam do niej sympatią. Ba, miałam na nią nawet jakieś ckliwe, sentymentalne i cyniczne zarazem określenia. Ale ostatnio strasznie mnie inspiruje. A że lubię różne mniej lub bardziej dziwne covery, postanowiłam czegoś poszukać. Już kiedyś wpadłam na wykonania metalowe, lecz tym razem na takowe nie miałam ochoty. Miałam ochotę na coś, co ukazywałoby jakieś emocje i głębię piosenki (Céline Dion zdecydowanie tego nie robi). I proszę, oto znalazłam. W dodatku w wykonaniu drugich moich ulubionych wiolonczelistów (przepraszam, ale Apocaliptica jednak bardziej mnie ujmuje). 


Piątek, piąty maj: Kenny Loggins Footloose 



A co tam, zaskoczę Was ponownie. Tym razem jednak w zupełnie innym stylu. Stara piosenka, z 1984 roku, czyli starsza ode mnie o prawie dwanaście lat, a jednak towarzyszy mi od zawsze. Te babcine radio w kuchni. Jeśli ktoś nie ma babci, która od zawsze słucha jakiejś stacji radiowej ze starą muzyką, to tego nie zrozumie. Wtedy tego nie lubiłam, a dziś widzę w tym dziecięcą magię. Dawno nic nie rozbudziło mnie w nocy tak, jak właśnie ta piosenka. Nie włączę jej na stałe do swojego repertuaru, ale jako rozbudzacz podczas sesji na pewno się sprawdzi i wiele będę jej zawdzięczać. 


Sobota, szósty maj: Abel Korzeniowski Dance For Me Wallis



Jeśli mowa już o radiu, uwielbiam czasami posłuchać stacji z muzyką filmową lub klasyczną (a często jedną i drugą na jednej stacji). W sobotę wieczorem w samochodzie ujęło mnie coś innego, ale w domu już tego nie czułam. Przesłuchałam raz, drugi, trzeci, ale nie czułam w tym magii. Zgaszone światło nie pomogło. Poczułam jednak to. Abel Korzeniowski mnie zahipnotyzował. Muzyka inna od tej w samochodzie, ale trafiła w moje serce i została tam na dłużej. Zobaczymy, na jak długo. I chociaż dramaty to filmy nie dla mnie, na "W.E. Królewski romans" jednak się skuszę - i to nie ze względu na tę magiczną muzykę. 


Niedziela, siódmy maj: Jet Are You Gonna Be My Girl?



I znów coś na rozbudzenie. Tym razem Jet, który kilka lat temu ujął mnie piosenką "She's a Genius". Minęło kilka lat, a wciąż wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Tym razem towarzyszyło mi jednak coś innego, bo "Are You Gonna Be My Girl?", czyli niezwykle chwytliwa melodia. I jakże ciekawy teledysk... I tylko ciekawy. Jak dla mnie nie zasłużył na nagrodę MTV Video Music Award za najlepszy teledysk rockowy. Ale niech będzie, aż tak się nie czepiam. 


Poniedziałek, ósmy maj: Led Zeppelin Whole Lotta Love



Ten muzyczny przekładaniec jest dla mnie samej zaskoczeniem. Oto przykład: Led Zeppelin, chociaż jeden z prekursorów hard rocka i jeden z najbardziej cenionych zespołów w ogóle, to formacja, której nienawidzę. Wykonanie 2Cellos tegoż utworu złagodziło jednak moje negatywne nastawienie i polubiłam oryginał, który od kilku dni należy do mojego codziennego repertuaru. Nie wiem, czy niebawem mi się nie znudzi, ale póki co cieszę się dźwiękami. 


Wtorek, dziewiąty maj: Cradle Of Filth Temptation 



Pomimo różnych, często bardzo skrajnych opinii, uwielbiam Cradle Of Filth. Być może dlatego, iż to jeden z pierwszych zespołów, które pokochałam już w dzieciństwie. Wtedy znałam trochę ciężkiej muzyki, ale nie aż tak. Zespół znam więc już od dawna, ale "Temptation" polubiłam dopiero dwa lata temu. Hmm... Nie słucham jej zbyt często, chociaż kocham ją śpiewać (jeśli można to tak nazwać). Po prostu Cradle Of Filth cenię bardziej za mroczne i niezwykle klimatyczne utwory, często bardzo długie. Poza tym moja "miłość" do żeńskich wokali... 


Środa, dziesiąty maj: Linkin Park Krwlng



Już raz wstawiłam w muzycznym przekładańcu piosenkę w takim wydaniu. Chociaż wtedy chodziło zarówno o łyżwy, jak i o muzykę, tak tutaj chodzi przede wszystkim o łyżwy. Muzyka bez nich nie robi na mnie aż takiego wrażenia, choć Linkin Park był kiedyś w czołówce moich ulubionych zespołów (nie znałam wówczas fińskiej muzyki). Dla nieobeznanych w temacie - Kerr i Kerr to rodzeństwo, nie małżeństwo. Układ jest wspaniały, a muzyka to eksponuje. Wykonanie może nie jest najlepsze, ale... Żałuję jedynie, że nie tańczyła tego układu któraś z moich ulubionych par - najlepiej Gwendal Peizerat i Marina Anissina (co w zasadzie byłoby niemożliwe). Chociaż partnerów poza lodem nic nie łączy, to jednak potrafią pokazać podczas występu namiętność. W przypadku rodzeństwa to niemożliwe. 


Czwartek, jedenasty maj: Acid Drinkers Hit The Road Jack



Acid Drinkers to może nie jest zespół, który lubię, ale na pewno to mój ulubiony polski zespół o ciężkim brzmieniu (gwoli przypomnienia, ja i polska muzyka to zupełnie inne światy). Być może stało się to przez to, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam jakąś ich piosenkę, nie sądziłam, że to polski zespół. Nic więc dziwnego, że się ku niemu skłaniam. A jeśli chodzi o ten cover... Czy nie jest po prostu świetny? Uwielbiam znane piosenki w zupełnie odmiennych aranżacjach. 


Piątek, dwunasty maj: Black Sabbath Changes



Od czego zaczęła się moja przygoda z Black Sabbath? Od "Changes" i "Laguna Sunrise". Wówczas nie znałam jeszcze żadnej z ich piosenek i nie rozumiałam, jak mogą tworzyć ostrą muzykę, której ikoną się stali. HIM i Black Sabbath poznałam w tym samym czasie. Kiedy nie słuchałam pierwszego, to męczyłam drugie. Lato pomiędzy gimnazjum i liceum było magiczne. Nie spałam często aż do samego rana, patrzyłam najpierw na gwiazdy, później na budzące się słońce. Pamiętam ciepłe światło lampki na biurku, słodki zapach lata, odgłosy natury, dźwięki tej piosenki oraz rysunki, od których odrywałam się w celu wystawienia głowy przez okno i spojrzenia na niebo, aby chłodny wiatr otarł łzę z mojego policzka. To jedno z moich najpiękniejszych wspomnień. 


Sobota, trzynasty maj: Black Sabbath Megalomania



W piątek ogarnęła mnie ogromna tęsknota za dawno niesłyszaną muzyką Black Sabbath i ich brzmieniem, kiedy przy mikrofonie stał Ozzy. Ostatnio kiedy już ich słuchałam to z innych okresów, więc postanowiłam wypełnić nieprzyjemną pustkę i pozbyć się tęsknoty. "Megalomania" to jeden z tych utworów, przez które jestem w stanie leżeć cały dzień i się nie ruszać, pozostając w całkowitym odrętwieniu i magii muzyki. W tym utworze jest coś tak hipnotyzującego, że właśnie leżąc na łóżku wręcz czuję fizyczny przypływ siły. To chyba zostanie mój hymn inspirujący do pisania pracy na studia. 


Niedziela, czternasty maj: Ed Sheeran Thinking Out Loud



Jak dla mnie Ed Sheeran zginąłby w tłumie, gdyby nie jego ruda czupryna. Jego głos nie jest zbyt charakterystyczny, muzyka też niczym specjalnym się nie wyróżnia. Nie wzbudza we mnie ani zachwytu, ani odrazy. Jestem w stanie posłuchać dwóch jego piosenek i to rzadko, bo szybko mi się przejadają - jak też inne radiowe utwory. Kiedy ukazało się "Thinking Out Loud", chyba bardziej spodobał mi się teledysk niż sama piosenka... No cóż. Ale dawno jej nie słyszałam, a w niedzielne popołudnie z mamą oglądałyśmy "Zanim się pojawiłeś", gdzie utwór znalazł zastosowanie i dobrze wkomponował się z film. 


Poniedziałek, piętnasty maj: Counterfeit  Enough



Już samym wieczorem, po 22 otworzyłam skrzynkę pocztową i moim oczom okazała się jedna z najlepszych wiadomości ostatniego czasu. Counterfeit i Woodstock?! Ach, to spełnienie najsłodszych marzeń. To brzmienie jest idealne na ten festiwal lub może bardziej ten festiwal jest idealny do tego brzmienia. Żałowałam, że nie pojechałam (chyba) rok temu na ich pierwsze koncerty w Polsce, chociaż cena biletów była zatrważająco niska i lokalizacja idealna. Kiedy znów mieli występ w naszym kraju, cena była znacznie wyższa. Zastanawiałam się i biletu ostatecznie nie kupiłam. Prawdę mówiąc - cieszę się, bo będę miała możliwość usłyszenia ich po raz pierwszy w takim miejscu. Już czuję tę energię! 


Wtorek, szesnasty maj: Arctic Monkeys Do I Wanna Know? 



Chyba od pół roku jest to moja piosenka na kaca. Powszechnie znana i lubiana, zawsze była spychana przeze mnie na dalszy tor. A jednak. Ostatnio takie brzmienie bardzo przypadło mi do gustu i proszę, oto spodobał mi się ten utwór. Wydaje mi się być na tyle neutralna, że jestem w stanie robić z nią w tle wiele rzeczy, a także na tyle charakterystyczna, aby podnosiła mój poziom pobudzenia i dodawała energii do pracy.  


Środa, siedemnasty maj: The Darling Buds Riptide



Po poniedziałkowej rewelacji postanowiłam powrócić do moich początków w zasadzie z Counterfeit, czyli do piosenki, w której Jamie po raz pierwszy objawił mi się w ostrzejszym brzmieniu. Uwielbiam ten utwór! Zawsze wywiera na mnie pozytywny wpływ. Rześka i ożywcza muzyka dobrze mi zrobiła po dość ciężkim dniu, a także poprawiła mi humor w chorobie. Ale Counterfeit porywa mnie bardziej. Czas odliczać do koncertu. 


niedziela, 14 maja 2017

119. Nowości na stosie

Mówiłam, że w najbliższym czasie nie kupię żadnej książki, a już na pewno nie uzbieram ich tylu, aby zrobić w tym miesiącu wpis o książkowych nowościach. Ale uznałam, że mój stos nie ma żadnej książki do poczytania (prawie 60 książek!), więc postanowiłam kupić coś po prostu w księgarni stacjonarnej. Zamówienie przez Internet skończyłoby się na kilku książkach, a nie mogę się za bardzo rozpraszać - na uczelnię dużo do zrobienia. 

W Świecie Książki zaopatrzyłam się w "Ćmę" i już ją chłonę. Po "Akuszerce" miałam ogromną ochotę na kolejną książkę Kettu, ale czułam, że może już mi się tak nie spodobać jak poprzedniczka, która po prostu zwaliła mnie z nóg. Wymagałam więc więcej, a zarazem mniej. Miałam świadomość, że autorka nie da rady napisać lepszej powieści, ale... 

Wszystko przypieczętowały zakupy w Biedronce. Nawet nie miałam wychodzić z samochodu, ale jednak. I dobrze, że to zrobiłam! Udało mi się upolować dwie książki, które miałam na swojej liście do przeczytania. Najpierw w ręce wpadła mi "Polska odwraca oczy", a zaraz później wypatrzyłam kolorową, bardzo charakterystyczną okładkę - to "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Nigdy nie rozumiałam, jak ktoś może dorwać dobre książki w takich miejscach i w tak niskich cenach, ale tym razem to mi się udało. Taniej niż przez Internet? Udało się. 

A Wy? Co ostatnio upolowaliście?




sobota, 13 maja 2017

118. Chloe Neill "Niektóre dziewczyny gryzą"

- Jesteś wulgarna.
- Ja jestem wulgarna? Właśnie zaproponowałeś, żebym została twoją dziwką.

Minęło naprawdę sporo czasu, odkąd książka Chloe Neill "Niektóre dziewczyny gryzą" wpadła mi po raz pierwszy do rąk. Jako fanka literatury z wampirem jako motywem głównym (jakikolwiek wampirzy ten wampir by był... czy raczej nie był), wiedziałam, że przeczytanie jej będzie kwestią czasu. I tak, po długiej przerwie od tamtego kontaktu, zapoznałam się z pierwszym tomem serii "Wampiry z Chicagolandu". Zapewne gdyby nie atrakcyjna cena pakietu dwóch tomów, nigdy bym już do niej nie wróciła, gdyż tytuł zupełnie zniknął w gąszczu innych książek. 

Byłam wściekła na siebie za własną głupotę i zastanawiałam się, jakim cudem, na litość boską, wyhodowałam w sobie przywiązanie do mężczyzny, który odpychał mnie z taką determinacją.

Powieść to swoiste sprawozdanie głównej bohaterki z pierwszych dni bycia wampirzycą. Merit nigdy nie chciała przejść na wampiryzm. Stwórca zbezcześcił jej prawo do wolnego wyboru, czyniąc ją jedną ze swoich Nowicjuszek. Ale i on nie miał czasu na decyzje - dziewczyna umierała, zaatakowana przez innego wampira. Gdyby nie Ethan, nie żyłaby w ogóle. Ani jako wampir, ani tym bardziej jako człowiek. Ale czy cena nie była zbyt wysoka? Teraz musi porzucić całe swoje dotychczasowe jestestwo i odnaleźć się w nowej roli, której zupełnie nie akceptuje. 

Piosenka się kończy, a ty gapisz się na cichy, ciemny dom przed sobą, chwytasz klamkę i wchodzisz z powrotem w swoje życie. 

Trudno jednoznacznie określić mi, jaka była ta książka. Już po kilku stronach zaczęła zapowiadać się jak banał i musiałam ją odłożyć na kilka dni, żeby wrócić do niej z niecierpliwością wertując strony, aby dobrnąć do końca. Gdyby nie fakt, że na półce czeka już drugi tom cyklu, odłożyłabym zapewne tę książkę po dwudziestu stronach i zupełnie sobie odpuściła. Momentami omijałam spore fragmenty, koncentrując się jedynie na czytaniu dialogów, co okazało się w zupełności wystarczające, aby rozumieć temat na bieżąco. 

Prawie straciłam oddech, kiedy ogień ogarnął moje kończyny.

Problematyczna była też dla mnie akcja. Nie czułam wcale napięcia, czy zbliżania się do punktu kulminacyjnego. Prawdę mówiąc, myślałam, że owym punktem będą zupełnie inne wydarzenia, aniżeli te, które miały miejsce. Być może wszystko to przez wewnętrzne rozterki bohaterki. Uznałam, że to wystarczająca wskazówka, żeby sądzić, że tego dotyczyć będzie właśnie sedno tematu. Okazało się inaczej, na szczęście (naprawdę, bo ów wewnętrzny konflikt sprawiał, że bohaterka miejscami była nie do zniesienia). Szkoda tylko, że ciekawie zaczęło się robić dopiero pod koniec... 

Dwoje to towarzystwo, troje to dom wariatów.

Wracając jednak do dialogów - stanowią dobrą stronę tej powieści. Problem z moją oceną całości tej pozycji polega na tym, że styl autorki jest całkiem niezły, jak na książkę takiego polotu. Zdecydowany plus należy się właśnie za wypowiedzi i cięty język Merit oraz innych bohaterów, którzy, jako tako, zarysowani są w miarę wyraźnie. Niemniej, kilkakrotnie zaśmiałam się przy lekturze, a o to ze mną niełatwo. 

Czyż karma nie była dziwką?

Raczej nie polecam tej pozycji. Chyba, że ktoś się nudzi i z chęcią prześledziłby wzrokiem riposty świeżej wampirzycy. W innym wypadku radzę zabrać się jednak za inną lekturę, aniżeli "Niektóre dziewczyny gryzą". Nie doradzam też, aby sięgnął po nią ktoś, kto ma ochotę na lekką lekturę w leniwe popołudnie. Z tego powodu, że sama nie wiem, czy książka jest lekka, czy raczej nie. Wszystko wskazuje, że owszem, jednak sama borykałam się z oporem podczas czytania. Nie wiem, czym było to spowodowane, bo przecież wymagającą lekturą bym jej nie nazwała, a męczyłam się z nią okropnie.

Ale byłam żywa. Teraz już byłam tego prawie pewna. 

Przeczytane: 18.05.2015
Ocena: 4/10