piątek, 22 czerwca 2018

168. Fabrice Midal "Odpuść sobie i żyj"

Masz ochotę rzucić wszystko, powiedzieć "dość", odetchnąć głęboko i zacząć po prostu żyć? Męczą cię półśrodki i zastępniki życia? Wydaje ci się, że wegetujesz? Starasz się z całych sił, a nikt tego nawet nie zauważa? Chcesz po prostu dać się pochłonąć przygodzie? Tak? W takim razie nigdy nie sięgaj po książkę "Odpuść sobie i żyj".

Nie lubię poradników i innych wielce inspirujących książek, które mylnie znajdują się w księgarniach na półkach w dziale "psychologia" (to nie ma nic wspólnego z psychologią, wierzcie mi, kończę właśnie czwarty rok). Niemniej, kiedy zaproponowano mi egzemplarz recenzencki tejże książki, pomyślałam sobie, że dlaczego niby nie? Sprawdźmy, czy to naprawdę jest aż tak złe, jak jestem w stanie wywnioskować po opisie na okładce lub po sekundowym przejrzeniu pierwszego lepszego poradnika w księgarni. Więc się przekonałam. Zdania nie zmieniłam. 

Nie zrozumcie mnie źle - do książki podeszłam naprawdę pozytywnie nastawiona, z myślą, że to nie będzie książka jak inne w tym gatunku. Taki stosunek zawdzięczam głównie autorowi - Fabrice Midal to francuski filozof oraz specjalista od spraw medytacji i buddyzmu. Mam jednak wrażenie, że pan Midal napisał książkę głównie nie po to, by podzielić się wiedzą na wspomniane tematy, ale aby opowiedzieć o sobie i swoich doświadczeniach. Dla mnie to spore oszustwo, mówić czytelnikom, że książka będzie o czymś innym, a później przez większość czasu nieskromnie pisać o samym sobie.

Uniwersyteckie zaplecze autora także sprawiło, że z chęcią sięgnęłam po tę pozycję. Miałam nadzieję, że to nie będą kolejne motywacyjne brednie, ale porady oparte na dowodach naukowych. Faktycznie, oparto się kilka razy na badaniach, ale zupełnie nie podano informacji o publikacjach. Nie ma żadnej bibliografii, a badania przytoczone są na zasadzie "jakiś naukowiec powiedział kiedyś, że...". Dla mnie to zdecydowanie za mało - przecież część wyników badań nie jest istotna statystycznie. Więc skąd mam wiedzieć, że naukowe fakty są faktycznie naukowo potwierdzone?

Co można powiedzieć o książce, którą można streścić za pomocą jej tytułu? Bo niecałe 200 stron można zamknąć w słowach "odpuść sobie", reszta to rozwinięcie myśli danego rozdziału oraz prywatne dywergencje autora. Każdy z rozdziałów miał dotyczyć innej strefy odpuszczania sobie, ale dla mnie to w kółko to samo. Zresztą, jak można poważnie podejść do książki, w której autor sam sobie zaprzecza? Nie wierzę, że to tylko kwestia tłumaczenia. Czytamy, że mamy sobie odpuścić, przestać realizować cudze polecenia, spełniać nieswoje wymagania... Żeby było zabawnie, to wszystko skierowane jest to tej samej osoby poprzez rozkaz odpuszczenia sobie. Zupełnie, jakby ten rozkaz był inny i magiczny -  a jego wykonanie bardzo łatwe. Jasne. Ot, odpuszczę sobie, na zawołanie, w mig. I co z tego? Osoby, które faktycznie potrzebują takiego resetu potrzebują czegoś więcej niż marnych słóweczek na 200 stronach, a osoby, które chcą sobie odpuścić, po prostu to zrobią - też bez tej książki.

Nie zapominajmy też, że często odpuszczenie sobie nie przyniesie nam szczęścia. Nie każdemu taka forma życia odpowiada - czasami do satysfakcji potrzeba czegoś więcej. Ale jeśli ktoś lubi pseudocoachingowe G, to książka może mu się spodobać.

Wydawnictwo: Buchmann
Data wydania: 13.05.2018
Liczba stron: 192
Przeczytane: 15.05.2018
Ocena: 1/10

piątek, 8 czerwca 2018

167. Podsumowanie maja + zdjęcia z Włoch

Uff. No to nam przeleciał kolejny miesiąc. Kiedy? Nie mam pojęcia. Najbardziej widzę to po tym, że nie zdążyłam się jeszcze otrząsnąć z wrażeń po cudownej i dzikiej Irlandii, a znalazłam się w ciepłych i dość gęsto zaludnionych Włoszech. Zderzenie Dublina i Neapolu było ogromne, ale ja widzę tutaj bezkonkurencyjnego zwycięzcę. 

W maju przeczytałam, pomimo braku czasu, 6 książek i 2 czasopisma, co dało około 1920 stron (czyli ponad 60 stron dziennie). W końcu obudziłam się z letargu! Chociaż już wiem, że w czerwcu nawet kilka stron lektury będzie wyzwaniem - sesja robi swoje, a ja wciąż nie mogę dojść do siebie po podróży. Ale na  majowej liście odhaczonych pozycji znajdują się: "Krew elfów", "Wiersze o moim psychiatrze", "Notatki samobójcy", "Wiadomość""Odpuść sobie i żyj" i "Ucieczka z martwego życia" oraz dwa numery "Traveler".

Na blogu pojawiły się 3 posty. Oprócz podsumowania kwietnia ze zdjęciami z Irlandii (tutaj) wykrzesałam w sobie chęci na napisanie recenzji "Najpiękniejszej dziewczyny w mieście" (tutaj) i zebrania moich nowości na stosie (tutaj). 

Teraz zostawiam Was z kilkoma widokówkami z włoskiej Kampanii. Jedno z wielu podróżniczych marzeń zrealizowane, ale... Dublin wygrywa.







piątek, 18 maja 2018

166. Charles Bukowski "Najpiękniejsza dziewczyna w mieście"

Czy biorą mnie za idiotę, czy za geniusza, nie miało znaczenia. Ja wiedziałem, kim jestem. Ani jednym, ani drugim.

Zaczynam się zastanawiać, czy Bukowski jest w stanie jeszcze mnie czymś zaskoczyć, a potem sięgam po kolejną jego książkę i walę się nią w głowę. Jasne, Buk jest dość przewidywalny - dziwki, alkohol, psioczenie na literaturę oraz rynek pracy. Ale w tej swojej przewidywalności tematyki bywa nieprzewidywalny. Zamiast jakiegoś środka psychoaktywnego bierzesz jego opowiadanie, przewidując jakieś skutki, dajmy na to - halucynacje, ale są one zbyt ogólne i jesteś zaskoczony ich szczegółami. Spodziewałeś się halucynacji, ale nie takich!

Pieniądze mają tylko dwie wady: jest ich za dużo albo za mało. Ja znowu byłem na etapie "za mało".

Spotkałam się z wieloma opiniami, że "Najpiękniejsza dziewczyna w mieście" jest świetna na pierwsze spotkanie z prozą Bukowskiego. Podobno Bukowski jest tutaj bardziej bukowski, a w wydaniu zamknięto wszystko, co najbardziej dla niego charakterystyczne, napisane w jego najlepszym stylu. Cóż. Ja uważam, że na początek lepszej wchodzi "Kłopoty to męska specjalność" i gdybym była przed lekturą tego zbioru, inaczej spoglądałabym na "Najpiękniejszą dziewczynę w mieście".

zdrowie psychiczne to stan niedoskonałości

Nie mogę się nie zgodzić, że styl Bukowskiego jest tutaj jego kwintesencją, ale mi czasami wydawał się zbyt wymuskany i sztucznie naciągnięty, żeby brzmiał bukowsko. "Kłopoty to męska specjalność" wydaje mi się bardziej surowa, dzika, naturalna, a zatem lepsza. Może więc dla niektórych to właśnie ta książka będzie lepsza na pierwszy raz, chociaż ja wolałabym rzucić się na głęboką wodę.

- A jaka jest różnica między poezją a prozą?
- Poezja mówi za dużo w zbyt krótkim czasie, proza mówi za mało i za długo się ciągnie.

Przyznam jednak, że pierwsze strony są głęboką wodą. Czytając zamieszczone na samym wstępie opowiadania w tym zbiorze, byłam pod ogromnym wrażeniem - dawno Bukowski nie wywarł na  aż mnie takiego. Z całą pewnością będę wracać do tych początkowych stron, a szczególnie do tytułowego opowiadania. Było też kilka fragmentów, które mogłyby zniesmaczyć nawet obeznanego z autorem czytelnika oraz takiego, który przygotowany jest na wszystko. Czy nie mówiłam, że Buk zawsze potrafi zaskoczyć?

Cóż, człowiek musi przestrzegać zasad przyzwoitości nawet w godzinie śmierci.

Polecam? Jasne. Jak mogłabym nie polecać Bukowskiego! Chociaż dla mnie Buk powoli staje się jak to Buk, to i tak potrafi mnie staruch nieźle wybić z rytmu - właśnie za to go uwielbiam. Szczere polecam i ze szczerą satysfakcją z dobrej lektury okładam na półkę kolejną książkę Bukowskiego.

- jesteś paranoikiem? - pyta.
- oczywiście. pokaż mi normalnego człowieka, który nie jest.

Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Data wydania: 16.10.2014
Liczba stron: 240
Przeczytane: 20.02.2018
Ocena: 8/10


poniedziałek, 14 maja 2018

165. Nowości na stosie

Jeśli miałabym powiedzieć, jaki jest mój ulubiony typ postów na blogach o literaturze, to bez zbędnego zawahania wskazałabym stosiki i nowe książki w kolekcji. O ile uwielbiam takie posty przeglądać, trudniej mi się je robi – zamawiam za dużo książek, żebym mogła ogarnąć bez problemów, które pozycje już Wam pokazałam. Nie chcę co chwilę zamęczać Was takimi wpisami, choć ich regularność byłaby mi na rękę. Na tym polega moja trudność w tworzeniu nowości na stosie – mam za dużo nowych książek, więc zbieram się z tymi postami i zbieram… Ale w końcu się zebrałam.

Największą nowością i cudownością jest Wiedźmin – dwa zbiory opowiadań („Miecz przeznaczenia”, „Ostatnie życzenie”) oraz pierwszy tom serii („Krew elfów”). Wszystkie pozycje już przeczytane, czas zabrać się za kolejne. Zanim jednak to zrobię, napiszę recenzję każdej z nich. Póki co zdradzę, że jestem absolutnie zakochana i nie wiem, czy już chciałabym przeczytać wszystkie, czy też może wolałabym dawkować sobie te literackie przyjemności.



Stosik, który mnie ciekawi chyba najbardziej, to ten związany z innymi kulturami i historią. Zaczynając od dołu, mamy aktualnie czytane „Moce wikingów” – miłe zaskoczenie, książka napisana jest bardzo lekko, chociaż i tak długo ją czytam (to nie zależy od stylu, ale od mojego braku dłuższej chwili wolnego czasu – do tej pozycji trzeba przysiąść raz, ale porządnie). Później mamy „Pompeje. Życie rzymskiego miasta” – książkę miałam w planach od dawna, ale wyjazd na szkolenie do Kampanii przyśpieszył zakup. „Jak Eskimosi ogrzewają swoje dzieci” to z kolei tytuł, którego jestem ciekawa najbardziej, a skoro jest już na stosie, to raczej długo tam nie poleży. Znalazło się też miejsce dla kilku przewodników – tym razem po Malcie, Wenecji, Islandii oraz Estonii i Helsinkach. Na samym szczycie jest prawdziwa perełka, czyli „Sisu”. Tak, tak, książka o Finach, wydana po angielsku i zakupiona w Dublinie (bardzo spójnie tematycznie). Jeszcze nie widziałam jej w Polsce, więc jestem szalenie ciekawa, czy w ogóle się pojawi.



Kolejny stos to prawdziwe różności. Kiedy zaproponowano mi zrecenzowanie drugiego tomu powieści o hotelu Varsovie, od razu zamówiłam pierwszy tom, czyli „Klątwę lutnisty” – jestem w trakcie i nie mam pojęcia, kiedy skończę, nie mówiąc o zabraniu się za „Bunt chimery”. „Odpuść sobie i żyj” także pochodzi ze współpracy – również jestem w trakcie i spodziewam się, że skończę ją dość szybko. Z tego stosu najbardziej kusi mnie „Rywalizacja totalna”, ale jakoś nie mam odpowiedniego humoru na tę lekturę. „Ucieczka z martwego życia” to kolejny egzemplarz recenzencki – książkę już skończyłam, niebawem opublikuję kilka słów o niej, a w tym miejscu już mogę Wam polecić ten tytuł.



Na drugim mieszanym stosie znalazła się dość głośna książka, którą miałam przyjemność przeczytać jeszcze przed polską premierą. Mowa o „Patriotach”, których wspominać będę jeszcze długo. Następne są trzy stare książki, czyli „Bracia polarnej zorzy”, „Pamiętniki cesarzowej Katarzyny II przez nią samą spisane” i „Bajki” Wilde’a. Ze starszych książek, ale już w nowszym wydaniu czeka na mnie „Kochanej Lady Chatterley”. Tutaj najbardziej intryguje mnie zachwalany przez wszystkich „Dygot” – nie słyszałam ani nie czytałam żadnej złej opinii na temat tego dzieła Jakuba Małeckiego. Na samej górze znajduje się „Krótka wymiana ognia”, którą także miałam zaszczyt przeczytać przed premierą.




Póki co to tyle z moich nowości, choć tak naprawdę na konto kolejnych nowości przyszły do mnie w tym tygodniu kolejne książki (tak, tak, Wiedźmin, nie mogłam się oprzeć). Co u Was nowego? A może czytaliście coś, co u mnie czeka na stosie?