poniedziałek, 16 października 2017

145. Jonas Gardell "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Miłość"

Idą dalej. Za ręce. Pada śnieg.Nie wiedzą, gdzie idą, dokąd zmierzają. 
Teraz jednak nie ma to żadnego znaczenia. 
Bo każdy krok w dowolnym kierunku jest pierwszym krokiem w nowym kierunku. 
A na miasto sypie śnieg. 

Kiedy moje oczy pierwszy raz spostrzegły tytuł „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek”, byłam zaczarowana jego sensorycznością. Tytuł był obietnicą czytelniczej przygody, która dostarcza odbiorcy mnóstwo emocji, dlatego od tamtej chwili marzyłam, aby rozpocząć trylogię Jonasa Gardella. Nie bałam się, że mogłabym się zawieść. Nie miałam przeczucia. Wiedziałam.

Rasmus jest jedną z tych osób, które muszą zaczynać wszystko od początku, narysować grubą linię i zacząć od nowa. Pozwolić, by to, co było, zniknęło we mgle, przestało istnieć.

Autor trylogii jest homoseksualistą i takiej tematyki dotyczy książka. Przenosimy się do świata, w którym Gardell dorastał – Szwecja, lata 80.- ale sam nie jest bohaterem utworu. Chociaż opis wskazuje na to, że główną tematyką będzie ADIS wśród gejów, dostajemy przepiękną historię (nie)miłosną. Jej inność nie polega homoseksualizmie, ale na potędze uczuć i cudownym sposobie ich przedstawienia.

Upadek i objęcia. 
Są tym samym. 

Książka jest niesamowita, bo przez większość stron błądzi się w niej po omacku. Brak wiedzy czytelnika nie wywołuje w nim frustracji, a zaintrygowanie, niecierpliwość i chęć poskładania rąbków historii w spójną całość. Niepokój narasta przez sceny zbliżającej się śmierci, choć czytelnik nie wie, kto umiera. W tym samym czasie nie wie nawet, czy losy dwójki bohaterów się spotkają - w tej historii to nie jest oczywiste - a już prognozuje śmierć jednego z nich. No bo kogo innego? Bezimienność niektórych fragmentów sprawia, że można dostać kręćka i choć można spodziewać się dwójki bohaterów, zaraz okazuje się, że poznane fragmenty dotyczą też innych postaci. Nie, tu nie ma dwóch wątków, tutaj jest ich całe mnóstwo. Dodatkowo przeszłość, teraźniejszość i przyszłość mieszają się ze sobą.

Miłość i nadzór. 
Tych dwóch pojęć nie da się rozdzielić. 

Wprowadzone są również fragmenty pozbawione uczuć, dotyczące spraw społecznych i politycznych, a często także medycznych. I bez tych wstawek autor świetnie oddał klimat ówczesnej Szwecji oraz nastroje wśród grupy homoseksualistów. Opisywane wydarzenia widzi się przed oczami, a książkę wspomina się jako własne przeżycie - wyraźne i pełne zmysłów. Zamykam oczy i czuję się, jak bohater, którzy szybkim krokiem przecina mroźne powietrze zimowego Sztokholmu. Czuję jego napięcie, widzę budynki, które mija, słyszę jego niespokojny oddech jako swój. 

Nie trzeba rozumieć, by bezgranicznie kochać. 

Chociaż tom rozpoczynający trylogię zatytułowany jest "Miłość", ja tej części nie rozpatrywałabym w kategoriach miłości i nie nadałabym jej miana love story. Dlaczego? Otóż dlatego, że dotyczy ona poszukiwania i błądzenia w odmętach choroby - niechoroby, normalności - nienormalności, innymi słowy w odmętach określania siebie osobą homoseksualną w tamtych czasach i jako kogoś w ogóle. Autor robi to czule, wrażliwie w zderzeniu z brutalną rzeczywistością ówczesnego świata. Słowa są wymuskane i wysublimowane, dlatego jest to bardziej powieść o zmysłach, nie o miłości. Jest przy tym tak wyraźna, nieulotna, że niemożliwością byłoby nienakręcenie ekranizacji.

Być może nie da się być czymś innym niż błędnym ognikiem - zapalić się, płonąć krótką chwilę i zniknąć.  

Dryfowanie między wątkami nie wprowadza chaosu, choć czytelnik często nie ma pojęcia, kogo dotyczy dany fragment. Wszystko się później tak klaruje, że nie ma wątpliwości, kogo dotyczyły poszczególne rozdziały. Bohaterowie są wyraźni i całkowicie od siebie odmienni, co świetnie obrazuje społeczeństwo homoseksualne jako normalne, a nie specyficzne i odrzucające. Każdy z nich jest inny, bo są częścią świata, w którym każdy - homoseksualny lub nie - jest odmienny. Mamy bohaterów skrytych i przesadnie otwartych - może nawet jeden z nich jest odrobinę stereotypowy przez swoją ekscentryczność, ale przecież każdy z nas zna kogoś do bólu stereotypowego. Ów energiczny i charakterystyczny młodzieniec jest ożywczą kroplą, która obrazuje, jak zazwyczaj społeczeństwo postrzega gejów.

Jest oczywiste, że można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało, za kimś, kogo się nie spotkało, lub za czymś, czego się nigdy nie poznało. 
Możesz tęsknić za własnym życiem, widząc, że przemknęło obok ciebie. 

Nietrudno wspomnieć choć słowa o okładce. Lustrzana, srebrzysta i ciemna. Niewyraźne postaci w uścisku są trudne do dostrzeżenia, chociaż hipnotyzują czułością. Są widoczni, migocząc lustrzanym srebrem, kiedy porusza się książką pod słońce, odbijając jego promienie. Po zadrapaniach, powstałych w wyniku użytkowania, powstają klimatyczne i jakże pasujące do charakteru powieści, srebrne kreski. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy one nie zostały naniesione fabrycznie, ale nie.

W dzieciństwie Benjamin mógł godzinami siedzieć i z drżeniem chłonąć wszystkie szczegóły. Krzyczący ludzie, którzy błagają o życie (za późno) albo próbują uciec, zbiec (na darmo).

Emocje i uczucia. Różne postawy wobec siebie, społeczeństwa i innych homoseksualistów. Ból, zdziwienie, poczucie odmienności, lęk, tęsknota, obawa, otwartość, skrytość, niewinność, pragnienie miłości, spełnienie, odizolowanie, pożądanie. Fizyczność i psychiczność. Ta książka jest nośnikiem tego wszystkiego. Ot, niehomoseksualna historia miłości homoseksualistów. Historia o zmysłach i miłości, obojętnej na płeć.

Długo trzeba było być w drodze, żeby trafić do domu. 

Mam nadzieję, że innych również zaintryguje ten tytuł i poszukają oni jego wytłumaczenia w książce - a za jego wyjaśnieniem kryje się inna, przepiękna historia pewnej młodej kobiety. Tym razem nie polecam. Tym razem pragnę, aby ktoś poczuł tę książkę i zapałał do niej żarem zmysłów.

Odważyć się zaufać. Jak to zrobić?
Jak odwilż po zimie, która trwała wieczność. Jak pierwszy ciepły dzień kiedy niemal się nie wierzy, że to prawda, że nareszcie przyszedł. 
Chcę w moim życiu móc kochać kogoś, kto pokocha mnie, 
Niepojęte, niesłychane żądanie miłości. 

Przeczytane: 10.09.2017
Ocena: 10/10

sobota, 14 października 2017

144. Charles Bukowski "O kotach"

"mój boże - powiedzą ludzie - Chinaski nic tylko pisze 
o kotach!"
"mój boże - mówili dawniej - Chinaski nic tylko pisze 
o kurwach!"

Ostatnio przyznałam, że jeśli ktoś chce rozpocząć swoją przygodę z Bukowskim lub chociaż poznać jedno jego dzieło, powinien sięgnąć po „Kłopoty to męska specjalność”, czyli książkę, która zawiera wszystkie charakterystyczne dla autora motywy, w dodatku idealnie wymuskane pod względem stylu. Jednak kiedy odłożyłam „O kotach”, pomyślałam, że to książka idealna dla tych, którzy nie chcą poznać twórczości Bukowskiego, chociaż powinni. A powinni na pewno, choć może jeszcze o tym nie wiedzą.

a pomyślnej przeszłości
nigdy nie da się
zabić.

Tym razem Bukowski nie pisze o alkoholu i kobietach, a przynajmniej nie tak dużo. Głównym tematem są tym razem... koty. Zdziwieni? No a jakie inne zwierze mógł sobie upodobać Buk, jeśli nie te kudłate, wredne, egocentryczne kreatury, które zawsze wychodzą z opresji cało, a jeśli są poturbowane, to zaraz dochodzą do siebie? Bukowski bez zawahania mówi, że jest jak kot i nietrudno przyznać mu rację. 

Dobrze jest mieć przy sobie kilka kotów. Kiedy źle się czujesz, wystarczy na nie spojrzeć i zaraz ci się poprawi humor, bo one wiedzą, że wszystko jest tylko takie, jakie jest. Nie ma czym się podniecać. Wiedzą to, i już. 

"O kotach" to zbiór tekstów, opiewających te niewinnie wyglądające bestie. Oprócz poezji i prozy, w niedużej publikacji znalazło się kilka zdjęć kotów Bukowskiego lub kotów z Bukowskim. Wkradły się nawet rysunki autora - niewiele, bo zaledwie dwa, ale nic dziwnego, gdyż Bukowski miał olbrzymi problem ze szkicem kota. Prawie zawsze, kiedy kreślił wizerunek kota, ten na papierze przekształcał się w psa. Potwierdzam - rysunek na stronie tytułowej w moim przekonaniu może przedstawiać bullteriera, ewentualnie dobermana. 

Im więcej człowiek ma kotów, tym dłużej żyje. 

Co Buk mówi o kotach? Prawdę. Jako posiadaczka kota mogę się podpisać pod jego słowami. Słodko - gorzkie uczucie i relacja, w której miłość walczy z nienawiścią. Jednostronnie przywiązanie i obojętność. Złość i uwielbienie. Służalczość i wykorzystywanie. Tak to właśnie wygląda. Oprócz tego autor zwraca również uwagę na zwierzęcą piękność i dziką naturę kota. 

I mieliśmy te nowe drzwi w bocznej ścianie domu. I jeszcze wiele innych do otwarcia. 

Czy mam jakieś zastrzeżenia? Hmm... Jasne, jest to inny Bukowski, którego znam, ale wciąż jest to Bukowski. Nawet pisząc lekkie i niezobowiązujące teksty, przemyca w nich siebie - swój styl, swoje cechy osobowości. Ja to lubię. Lubię szczerość, autentyczność i bezpośredniość Buka nawet w tych, wydawałoby się, bezsensownych tematach. Jednocześnie wolę Buka, który bije się ze społeczeństwem, ale co, kto woli. Ten zbiór postrzegam jako kulisy jego twórczości.

nie lubię miłości jako rozkazu, poszukiwania. ona musi przyjść do siebie jak głodny kot pod drzwi. 

Minusem jest dla mnie samo wydanie. Nie wiem, kto był tak genialny, aby inną czcionką wydrukować poezję. W dodatku taką czcionką, jakby były to wierszyki o koteczkach dla dzieci w podstawówce (kto wie, może chodziło właśnie o takie wrażenie). Dwie czcionki nie miały sensu, nie mówiąc o tym, że źle się to czytało. 

"uśpić? - powiedziałem - 
chyba raczej
z g ł a d z i ć?"

"O kotach" to lektura, którą niekoniecznie polecam fanom pisarza. Tym razem tytuł polecam przede wszystkim fanom kotów - oni na pewno się tutaj odnajdą. Czy czytelnicy Bukowskiego będą zachwyceni? Trudno powiedzieć, choć ewidentnie jest to odrobinę potulniejszy Buk. Nie potulny, ale potulniejszy, choć wciąż Buk. Tylko czy wydanie "O kotach" było potrzebne? Według mnie - nie. Zalatuje trochę naiwnym marketingiem i chęcią zarobienia na ludziach, którzy dla kotów zrobią wszystko.

ten kot był czyjś
miał obrożę przeciw pchłom. 
mniej jasna sprawa z 
kobietą

Przeczytane: 11.10.2017
Ocena: 6/10

niedziela, 8 października 2017

143. Timothy D. Walker "Fińskie dzieci uczą się najlepiej"

Jako studentka psychologii w edukacji oraz miłośniczka Finlandii, musiałam sięgnąć po nowość na rynku czytelniczym, która łączy te dwie dziedziny - "Fińskie dzieci uczą się najlepiej". Nie muszę chyba mówić, że jestem entuzjastką fińskiego systemu edukacji? Temat ten jest na tyle ciekawy i tak obszerny, że poruszałam go na niejednej swojej prezentacji. Przygotowując się do nich, brakowało mi solidnej wzmianki na temat fińskich szkół w polskim obiegu, więc chętnie przygarnęłam na swoją półkę ten tytuł. 

Zerkając na okładkę, od razu rzuca się w oczy, że autorem nie jest Fin. Timothy D. Walker to młody amerykański nauczyciel, który wraz ze swoją fińską żoną przeprowadził się do Helsinek, gdzie podjął pracę w powszechnej szkole podstawowej. Nie mając za wiele pojęcia na temat fińskich szkół, od razu zderzył się z inną rzeczywistością, do której nie był przygotowany. Rzeczywistość ta jest lepsza, choć trudno i ciężko się do niej dostosować. 

Prawdę mówiąc, jestem odrobinę (trochę bardzo) rozczarowana tą książką. Sądziłam, że autor wykaże inność fińskiego systemu edukacji od podstaw - od samego rozplanowania trybu nauki, rodzajów szkół do systemu oceniania i życia codziennego w placówkach. Łudziłam się, że jego praktyczne zaplecze pokaże, jak naprawdę wygląda nauka w fińskiej podstawówce. Na to właśnie przygotował mnie opis na odwrocie. 

Patrząc jednak na napis pod tytułem, można spodziewać się jakiegoś poradnika - i chyba właśnie tak należy rozpatrywać tę pozycję, bo to tylko rady dla nauczycieli, zainspirowane fińską edukacją. Nic więcej. Kilka sytuacji dla przykładu i kilka słów wprowadzających do rozdziału. 

Problem tej książki polega na tym, że nie wiadomo, do kogo miała być adresowana. Do nauczycieli? W takim razie po co tak duże zaplecze teorii dydaktyki, skoro pedagodzy na całym świecie znają ją (lub powinni) doskonale. Wydawca sądzi, że to "inspirująca lektura dla rodziców, dziadków, nauczycieli i każdego z nas". Jasne, tylko szkoda, że autor nie zaznaczył, jak wygląda cała "teoria" szkół w Finlandii. Wdrożenie kilka jego rad do swojego sposobu uczenia może być bardzo dobre, ale nie zbawienne dla uczniów, bo to głównie sam system odpowiada za fenomen fińskich szkół, a nie pojedynczy nauczyciel - o tym powinien pamiętać każdy polski nauczyciel, który sięgnie po tę lekturę. 

Nie mówię jednocześnie, że książka jest zła. Jest ciekawa, ale o fińskim systemie edukacji niewiele się z niej można dowiedzieć. Ba, więcej można wywnioskować na ten temat ze skrzydełek okładki  (a jeszcze więcej z posłowia) niż z samego tekstu, choć to może być przejawem kreatywnej formy wydania. Zapewne dla niektórych tytuł okaże się inspirujący i zachęci do zmian w swojej pracy, ale... Proszę Was. Autor nie udzielił super innowacyjnych rad - każdy mógłby na to wpaść, gdyby tylko trochę ruszył głową. Z drugiej strony, skostniałość i schematyczność w polskich szkołach nie pozwalają nawet na tak niewielki przejaw kreatywności. 

Lektura dla nauczycieli? Owszem, choć muszą się oni przygotować na małą powtórkę z wykładów na studiach. Dla ludzi zainteresowanych edukacją lub Finlandią, a przede wszystkim fińskim systemem edukacji, bardziej polecam kilka rozdziałów z książki "100 fińskich innowacji społecznych" (recenzja tutaj). Daje ona większe wyobrażenie o fińskich szkołach oraz pokazuje brutalną prawdę. Kultura kulturą, ale fińskie szkoły są dobre, bo różnego rodzaju obszary są ze sobą powiązane - edukacja dzieci z trybem pracy dorosłych, praca dorosłych z kwestią mieszkań i tak dalej. "Fińskie dzieci uczą się najlepiej" to tylko dopełnienie tegoż tytułu.

Przeczytane: 07.10.2017
Ocena: 5/10

wtorek, 3 października 2017

142. John Cleland "Fanny Hill. Wspomnienia kurtyzany"

Rzeczy nowe zawsze wywierają najsilniejsze wrażenie - osobliwie w dawaniu i czerpaniu rozkoszy. 

Trzeba przyznać, że Fanny Hill ma tupet. Ta młodziutka dziewczyna wzbudziła spore kontrowersje i wpakowała swojego twórcę do więzienia (najpierw go z niego wyciągnęła, przynosząc mu dochód z publikacji, a później znów go tam wepchnęła przez swoją rozpustę, którą rzekomo szerzyła wśród czytelników).  Ale czy dzisiaj - w dobie Greya - wciąż potrafi szokować?

Możemy mówić, co nam się żywnie podoba, ale ci, z którymi czujemy się najswobodniej, są tymi, których najbardziej kochamy. 

Tytuł "Fanny Hill. Wspomnienia kurtyzany" mówi sam za siebie. Książka nie jest niczym innym, jak relacją młodziej dziewczyny, która wkracza na drogę płatnych rozkoszy. Chociaż tytuł na to nie wskazuje, a lektura zaklasyfikowana została do gatunku powieści erotycznych (częściej nazywa się ją pornograficzną), to jednak ma ona formę listów. Tak, tak, to powieść epistolarna, choć podczas czytania trudno to odczuć. Po prostu czytelnik ma wrażenie, że przysiadł na werandzie i wdaje się w szczerą rozmowę z wylewną Fanny.

Skromność, zauważyli, uchodzi za cnotę tylko wśród tych, którzy traktują ją jako podnietę, wszakże ich zdaniem jest ona impertynencką mieszaniną i psuje świeży, nieudawany bukiet kielicha rozkoszy, uznają ją przeto za śmiertelnego wroga i nie znają dla niej litości, gdziekolwiek się na nią natkną. 

Prawdę mówiąc, byłam ogromnie ciekawa tej książki - jak każdego niegdyś zakazanego tytułu. Obawiałam się, że swoisty pamiętnik napisany w 1748 roku będzie trudna do przeczytania ze względu na swój starodawny styl, a erotyka w takim wydaniu okaże się żałośnie śmieszna. Jakże się myliłam.

Mężczyźni, mówiąc najogólniej, nie mają najczęściej pojęcia, jak bardzo szkodzą swej rozkoszy przez brak szacunku i czułości należnej naszej płci, a osobliwie tym z nas, które żyją z tego, iż rozkosz tę im sprawiają. 

Fanny Hill być może nie zaskakuje współczesnych czytelników swoją rozwiązłością, a już na pewno nie pomysłowością w cielesnych rozrywkach. Zaskakuje za to czymś lepszym - finezją stylu i zmysłowością słowa. Na rynku brakuje erotyków, które są naprawdę dobrze napisane, a poważni autorzy często się ośmieszają przy scenach tego typu. John Cleland potrafi zaspokoić wszystkie zmysły czytelnika - i namiętność, i estetykę. Co najważniejsze, metafory są wyszukane, ale nieodbiegające od tematu. Nie spotyka się tu przesytu słowa, choć jednocześnie emocje są cały czas obecne.

Przekonałam się wszakże na sobie, iż rzeczy, które nas przerażają, o ile nie jesteśmy w stanie się od nich oddalić, przyciągają nasz wzrok tak samo jak te, które uznajemy za przyjemne. 

Ale czy to jeszcze erotyka, czy pornografia? Jak dla mnie - trudno powiedzieć, choć zbliżam się ku pierwszej z opcji. Dziś występki Fanny Hill nie uchodzą za bulwersujące w kręgu naszej kultury, a ciekawość ludzka posunęła ciała do większych eksperymentów. Dla mnie lektura była opowieścią młodej dziewczyny o pracy, która była dla niej korzystna. Bo przecież Fanny mogła podjąć inną, cięższą, nikt jej nie zmuszał do prostytucji. To był jej wybór. Może nie angażowała się uczuciowo w relacje, ale otwarcie przyznała, że praca ta idealnie poskramiała jej żądzę. Nie narzekała też, ba, wychwalała swoją chlebodawczynię. 

I mówiąc szczerz lubiłam go tak bardzo, iż z największym trudem przychodziło mi zaprzeczać, że go nie kocham. 

Może właśnie ten ostatni aspekt budzi w kimś negatywne emocje, ale mnie bardziej  od płatnych łóżkowych swawoli bulwersuje oszukiwanie klientów we współczesnym biurze. Innych w oczy może godzić dobrowolność oddawania swojego ciała obcemu mężczyźnie. Śmieszne, że tych samych osób nie oburza fakt takich samych występków, ale nieodpłatnych, a często bardziej poniżających. Prawdopodobnie też godność Fanny może być uznana za szokującą - bo co, jak co, ale dziewczyna nigdy nie upodliła się, utrzymując dziewczęcy błysk i rumiane policzki.

Nic nie umknie czujności zmysłów kierowanych miłością. 

Dla mnie najważniejszy był brak umoralniania. Dobrze było odrzucić całkowicie kategoryzowanie na przedziale moralny - niemoralny, a skupienie się na cielesności i zmysłowości. Ot, prawdziwa swawola, bez wyrzutów sumienia. Bohaterka przyznała, że nie jest odpowiednią osobą do prawienia morałów, choć jej profesja pozwala na kilka słów refleksji, którymi podzieliła się na samym końcu swojej opowieści. Krótko i zwięźle, czyli tak, jak być powinno - odwrotnie w stosunku do zbędnego i nieprzyjemnego w odbiorze posłowia. 

Ścieżki Cnoty porastają tylko i wyłącznie róże, i to takie, które nigdy nie bledną. 

Książkę polecam, głównie przez wgląd na poznanie literatury, kultury i historii, bo tej pozycji nie można odmówić, że była ważna i pod wieloma względami przełomowa. Zwraca też uwagę na to, o czym dzisiaj wielu ludzi zapomina - wskazuje na różnice między pożądaniem a miłością.

Mężczyźni, osobliwie tacy, którym wpadnie się w oko, mają w sobie niezgłębione pokłady łatwowierności, o jakiej nie ma pojęcia ich władcza mądrość, wskutek czego najbystrzejsi z nich stają się tak często naszymi ofiarami.

Przeczytane: 02.10.2017
Ocena: 9/10