3/20/2020

3/20/2020

229. Piotr Mieśnik i Magda Mieśnik "Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości"

229. Piotr Mieśnik i Magda Mieśnik "Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości"


Kilka lat temu miałam okazję przeczytać reportaż "Czarodzejki.com" Ewy Egejskiej, która spisała historie kilku prostytutek. Autorka dobrała wówczas kobiety, które były naprawdę różne - nie tylko pod względem osobowościowym, ale także z powodu sytuacji życiowej oraz motywacji do pracy w seksbiznesie. Teraz w moje ręce trafiła inna lektura o tej tematyce. 

"Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości" to nic innego jak kulisy pracy prostytutek oraz innych, związanych z nimi ludźmi - od alfonsów po lekarzy. Piotr Mieśnik i Magda Mieśnik dotarli do różnych osób z branży erotycznej, a także zbadali akta głośnych spraw, które dotyczyły handlu ludźmi i wykorzystywania seksualnego. 

Temat prostytucji jest trudny i bardzo delikatny. Bardzo łatwo zrobić z tego tanią sensację, kiepski harlequin lub moralizatorski przykład zepsucia. Społeczeństwo unika tego tematu, udając, że w promilu kilkuset kilometrów nie ma osób, które są związane z prostytucją. Nic dziwnego. Większość z nas posiada stereotypowy obraz prostytutki, który wyklucza bycie dobrym człowiekiem, przykładną matką, pilną uczennicą, bogatą prawniczką lub wspierającą żoną. Ludzie wykluczają prostytutki ze społeczeństwa, ale one  są w nim są obecne i najczęściej nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. Muszę przyznać, że z tak specyficznym tematem autorzy poradzili sobie mistrzowsko. 

Dobór osób w książce sprawił, że poznajemy branżę z każdej możliwej strony. Poruszone zostały głośne sprawy znanych celebrytów, bogatych i wpływowych biznesmenów, a także osób, które możemy mijać codziennie na ulicy, nie domyślając się nawet ich drugiego życia. Poznajemy historię transwestyty, który w swojej małej miejscowości jest zwykłym chłopakiem. Są kobiety, które zostały zgwałcone. Są mężczyźni, który zostali porwani i zmuszeni do pracy w burdelu. Są masażystki erotyczne. Są starsze panie. Są panowie, którzy korzystają z usług prostytutek. Są tirówki i są ekskluzywne panie do towarzystwa. Są swingersi. Są uzależnieni od narkotyków alfonsi. Są nieletnie galerniki. Są naprawdę wszyscy, wiec w książce dostajemy swoisty przegląd ofert i prawdziwy pogląd sytuacji w Polsce. Do całości brakuje tylko osób z gałęzi pornograficznej. 

Przytoczone zostały akta spraw, wywiady z przeróżnymi osobami, zalecenia lekarzy, badania seksuologów, statystyki... Otrzymujemy więc wiadomości z pierwszej ręki lub ze sprawdzonych źródeł. Jestem pełna podziwu dla autorów za tak profesjonalne podejście do tematu oraz staranne przygotowanie, które z pewnością musiało być nie tylko czasochłonne, ale też męczące ze względu na trudność dostępu do odpowiednich osób. 

Sposób prezentacji poszczególnych historii oraz styl autorów to zdecydowanie atuty książki, którą czyta się błyskawicznie. Użyty język jest prosty, nieoceniający i niestygmatyzujący. Nie ma tutaj miejsca na ocenę lub morale. Są za to suche fakty, które są wystarczająco wstrząsające. W gestii czytelnika pozostaje (lub też nie) stworzenie opinii o wspomnianych ludziach oraz moment na zastanowienie się nad mechanizmem świata, w którym od zawsze seksbiznes pełnił jakąś funkcję. 

Reportażowi trzeba też coś jasno przyznać - jest po prostu ciekawy. Nie mam tutaj na myśli, że seksbiznes jest wspaniały i fascynujący, jednak pod pewnymi względami budzi zainteresowanie - szczególnie pod tymi psychologicznymi. Odpowiednio poprowadzone wątki sprawiły, że lektura była naprawdę intrygująca - czasami zabawna, czasami smutna, a czasami przerażająca. 

"Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości" to nie lada gratka dla fanów literatury faktu, ale sądzę, że każdy może zaspokoić swoją ciekawość. Piotr Mieśnik i Magda Mieśnik dobrze odrobili lekcje i przygotowali solidny reportaż o pracy prostytutek. 

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 29.01.2020
Liczba stron: 320
Przeczytane: 17.03.2020
Ocena: 9/10

3/11/2020

3/11/2020

228. Papier przyjmie wszystko. Dlaczego przestałam wierzyć w książki?

228. Papier przyjmie wszystko. Dlaczego przestałam wierzyć w książki?


Mam wrażenie, że współczesne nośniki informacji mają swoją niepisaną rangę. Pomimo tego, że obecnie każdy z nas może za pomocą internetu stać się osobą publiczna, telewizja i książki mają swoją społeczną wartość. Internetowi twórcy głośno krzyczą na Instagramie, kiedy zostają zaproszeni do telewizji - to podnosi ich wartość. Muszą być ważni, skoro pojawią się w programie telewizyjnym. Telewizja to jednak nie wszystko. Aby udowodnić swoją mądrość, trzeba wydać książkę. 

Jeszcze kilka lat temu wydanie książki miało wielką rangę. Jeśli pisano o kimś, ten ktoś musiał być wartościową, mądrą i inspirującą osobą, która odniosła znaczący sukces. Dziś biografie o ludziach bez nazwiska wydawane są szturmem. Nic nie mówiące pseudonimy krzyczą głośno z zaproszeń na spotkania autorskie. Dlaczego powinnam przeczytać ich historię? Co odnieśli w życiu? Do czego mogą mnie zainspirować? Schemat jest często bardzo podobny. Wykreowany problem, który pokonali sami. Drobne kłótnie, które od razu nazywane są prześladowaniem i hejtem. Problemy, z którymi każdy z nas zmaga się na co dzień, zostają wyolbrzymione do niebotycznych rozmiarów. A za tym stoi sprzedaż i to wcale nie książek. Kupcie moje koszulki, kupcie moje kubki, kupcie bilety na spotkanie ze mną... Dlaczego miałabym kupić spotkanie z Tobą? Dlaczego masz być bardziej wartościowy od spotkania z moją przyjaciółką, skoro mam zapłacić za te 2 godziny?

Youtuberka radzi, jak samemu wyjść z zaburzeń odżywiania. Blogerka parentingowa mówi, co to znaczy dobrze wychować dziecko. Domorosły psycholog pomaga wyjść z depresji w magiczny sposób - po prostu przestań być smutny. Szafiarka wskazuje Ci miejsce na idealne wakacje, nie wspominając o wcześniejszym przygotowaniu się na ewentualne niebezpieczeństwa. Doradca finansowy zarabia na swój sukces jednym sposobem - Twoją głupotą. 

Książki o niczym. Papier przyjmie wszystko. Kiedyś to, co zostało wydrukowane, było świętą prawdą. Nie drukowało się byle czego. Dzisiaj nie można zaufać nawet książkom naukowym. W dziale "psychologia" leżą same gnioty i poradniki motywacyjne. Ciężko wybrać dobry podręcznik akademicki, ponieważ w wielu z nich powielane są wciąż te same błędy. Trudno o rzetelną książkę o zdrowym odżywianiu, ponieważ większość z nich nie opiera się na naukowych badaniach. Dostęp do wiedzy eksperckiej jest dramatycznie utrudniony przez gąszcz kłamstw. To, co znajduje się w książce, wcale nie jest świętą prawdą. Obdzieramy książki z mądrości.

Jeszcze kilka lat temu trzeba było mieć w zanadrzu dobrą historię, nietuzinkowy styl i warsztat pisarski. Dzisiaj dobrą literaturą nazywany jest pierwszy lepszy erotyk, w którym przewijają się w kółko te same frazesy. Kiedyś piękno literatury opierało się na wyszukanych słowach, dziś - na tandetnych okładkach z nagimi torsami umięśnionych mężczyzn. Część wydawanych autorów nie potrafi zachwycić nas magią słów, nie bawi się stylem, nie eksperymentuje zdaniami. Wydawnictwa pomijają korektę, więc w tekście coraz częściej znajdujemy liczne błędy - nawet te ortograficzne. 

Książki przestały być atrybutem mądrości. Dzisiaj każdy z nas może wydać książkę. Każdy. Nawet ten, który nie ma nic wartościowego do powiedzenia i swoją niewiedzą może zaszkodzić drugiemu człowiekowi. Żeby poszukać dobrej pozycji, trzeba przeczytać kilka, a nawet kilkadziesiąt recenzji (które często są pozytywne, bo nie wypada pisać negatywnie, skoro dostało się darmową książkę). Żeby przeczytać książkę naukową, wcześniej trzeba zostać ekspertem, żeby wiedzieć, czy ktoś nie wciska nam nieprawdy. Paradoks, prawda?

Krzyczymy, że ekologia powinna być naszym priorytetowym stylem życia. Tymczasem hurtowo marnujemy papier na drukowanie idiotyzmów. Równie dobrze większość wydawniczego chłamu mogłaby być tworzona jako papier toaletowy z nadrukowaną historyjką.

Na zakończenie dla kolegów i koleżanek z blogów książkowych - piszcie szczere recenzje. Jeśli wydawnictwo dostanie negatywną opinię o danym tytule, może przemyśli wydanie podobnego szajsu. 

3/07/2020

3/07/2020

227. Sophie Hayes "Sprzedana"

227. Sophie Hayes "Sprzedana"


Według Międzynarodowej Organizacji Pracy około 12,3 milionów ludzi na świecie pracuje przymusowo, w tym około 2,5 miliona pada ofiarą handlu ludźmi. Te liczby są zatrważające. Nawet jeśli w Europie procent wykorzystywanych ludzi jest niższy, to ten problem dotyczy także nas. Bliski Wschód przoduje w statystykach, ale z przymusowej pracy mieszkańców tego regionu korzystają także Europejczycy. Jeśli nie żyjemy w miejscu, z którego porywa się ludzi, to mogą być wśród nas porwani i sprzedani, a my tego nie dostrzegamy. Ponadto, wszelkie produkty w naszej okolicy mogą pochodzić z pracy ludzi, których praca człowieka są notorycznie łamane. 

Mówiąc o handlu ludźmi, od razu przychodzi na myśl sprzedanie człowieka do agencji towarzyskiej. Czasami jednak kobieta (lub mężczyzna, bo problem dotyczy także panów - chociaż w mniejszym stopniu) staje się ofiarą w inny sposób niż porwanie i sprzedanie do domu publicznego. Zdarza się, że to znana i zaufana osoba zmusza ją do prostytucji i czerpie z tego korzyści finansowe. O tym właśnie opowiada biografia Sophie Hayes. 

"Sprzedana" była bestsellerem roku w Anglii, a w Polsce rozeszła się w około 35 tysiącach egzemplarzy. Opowiada historię Sophie, która przed kilkoma laty w klucie poznała przystojnego Włocha - Kasa. Chociaż ich znajomość, pomimo jego starań, nigdy nie przeistoczyła się w związek, cały czas utrzymywali ze sobą kontakt i rozmawiali przez telefon o wszystkim. Byli przyjaciółmi, wiec Sophie zwierzała mu się ze wszystkiego - nawet z problemów w związku. Mając za sobą poważne życiowe decyzje, chciała trochę odpocząć, a Kas zaprosił ją do siebie. Perspektywa włoskich wakacji i chwile spędzone z przyjacielem skusiły Sophie do wyjazdu. 

Wakacyjna sielanka nie trwała długo. Po kilku dniach Kas wyjawił jej powód, dla którego ściągnął ją do siebie. Przyjazne nastawienie zniknęło, znajomy człowiek ściągnął maskę po kilku latach. Sophie miała zarobić na spłatę jego długu, którego dorobił się przez wypadek podczas handlu narkotykami. Przejawem oddania nazwał pracę na ulicy. Był już przygotowany - wręczył jej ubrania oraz wskazał miejsce pracy.  Kiedy protestowała, bił ją, poniżał i groził zamordowaniem jej rodziny, a ona wiedziała, ze to nie są żarty.

Historia Sophie pokazuje, że handel ludźmi odbywa się wokół nas. Jej opowieść to nie tylko suche fakty i opis wydarzeń, ale także emocje, które towarzyszyły jej przed, w trakcie i po tych dramatycznych wydarzeniach. Relacjonuje też swoje motywy, dzięki czemu możemy zrozumieć, dlaczego uwolnienie się od prześladowcy zajęło jej aż tyle czasu. Biografia nie kończy się ucieczką - pokazuje, jaką drogę ta młoda dziewczyna musiała przejść, aby wrócić do względnej normalności. 

Nie jest to jednak aż tak mocna książka, jakiej się spodziewałam. Fakt, historia jest bolesna, jednak większą część pozycji stanowią retrospekcje na temat relacji Sophie z jej ojcem. Do sedna sprawy docieramy dopiero po 60 stronach lektury, a wcześniejszą część można było znacząco skrócić. Czytając, zastanawiałam się, dlaczego Sophie Hayes nie zdecydowała się na pomoc ghostwrittera. Kiedy na końcu dowiedziałam się, że taka osoba była zatrudniona, nie mogłam już wybaczyć kiepskiego stylu. 

Niemniej, chociaż książka jest rozczarowująca, to i tak warto się z nią zapoznać - głównie ze względu na historię bohaterki oraz komentarze osób, zajmujących się pomocą ofiarom handlu ludźmi.

Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 12.04.2018
Liczba stron: 320
Przeczytane: 05.02.2020
Ocena: 5/10

3/05/2020

3/05/2020

226. Książkowe podsumowanie stycznia i lutego

226. Książkowe podsumowanie stycznia i lutego


Moikka! Chociaż mamy za sobą już drugi miesiąc 2020 roku, przychodzę do Was z pierwszym postem podsumowującym moje czytelnicze osiągnięcia. W poprzednim roku zauważyłam, że system miesięcznych podsumowań całkowicie przestał się u mnie sprawdzać - postów było za dużo, a ja nie zawsze miałam czas je robić. Właśnie dlatego postanowiłam co nieco zmienić i książkowe podsumowania będą pojawiać się co 2 miesiące. Przejdźmy więc do sedna sprawy. 

Styczeń był dla mnie okropny pod kątem czytelniczym. Mój dół książkowy sięgnął zenitu - mniej lub bardziej utrzymywał się w poprzednich miesiącach, ale styczeń całkowicie zawaliłam. W styczniu przeczytałam tylko 1 książkę, czyli 307 stron. I wiecie co? Dobrze mi z tym. Życie nie polega w końcu na rekordowym i nieprzyjemnym czytaniu. Bardziej smuci mnie to, że pierwsza lektura w 2020 roku okazała się kiepska, a było nią "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata"

W tym czasie na blogu pojawiły się 2 postyksiążkowe podsumowanie 2019 roku oraz opinia o książce ""Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki"

W lutym pokonałam książkowy dół i przeczytałam 11 książek, które dały łącznie około 2613 stron. Sięgnęłam po kawał dobrej literatury, którym przełamałam barierę - "Gdy zniknęły gołębie". Wyjście z czytelniczego dołka wspomogła ostatnia część mojej ukochanej trylogii - "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Śmierć." rozłożyło mnie na łopatki. Na zaostrzenie apetytu wróciłam do literatury fińskiej - słynna książka "Ziemia jest grzeszną pieśnią" nie okazała się zbyt ciężkim kalibrem, co niewątpliwie jest plusem. Sięgnęłam też po ukochanego Bukowskiego, tym razem w postaci "O miłości". Po długiej przerwie zdecydowałam się w końcu na ponowną współpracę z wydawnictwami - najpierw pozytywnie zaskoczyłam się pozycją "Jak żyć. Poradnik dla nieogarniętych", a następnie sromotnie rozczarowałam się "Dzieckiem z Auschwitz". Zawiodłam się także "Sprzedaną" i "Pogiętymi bajkami", ale miło odebrałam "Okagesama. Japoński przepis na dobre życie". Za cud uznaję przeczytanie książek, które zaczęłam dawno temu, ale nie miałam w sobie motywacji, aby je skończyć - "Powiesić, wybebeszyć i poćwiartować czyli historia egzekucji" oraz "Black Sabbath. U piekielnych bram". Innymi słowy, w lutym zapanował całkowity chaos tematyczny. 

W tym miesiącu na blogu pojawiły się 3 posty, czyli opinie o 3 książkach - "Jak żyć? Poradnik dla nieogarniętych""Gdy zniknęły gołębie" i "Dziecko z Auschwitz". Opinie o pierwszej i ostatniej książce były przedpremierowe, więc warto zerknąć na te wydawnicze nowości. 

A jak Wam poszło czytanie w styczniu i lutym? Koniecznie dajcie znać w komentarzach. 

2/27/2020

2/27/2020

225. Lily Graham "Dziecko z Auschwitz"

225. Lily Graham "Dziecko z Auschwitz"


Życie nie czeka jednak, aż będziemy gotowi. Zwykle rzuca nas na głęboką wodę i zmusza do pływania. Niezależnie od tego, jak się czujemy. 


OPINIA PRZEDPREMIEROWA

Obecnie rynek wydawniczy zalewany jest literaturą obozową - to powieściowy trend, który łatwo się sprzedaje. Fabularne książki historyczne poprzez ciekawą opowieść pokazują realia ówczesnego życia, przybliżając nam ważne wydarzenia. Problem polega na tym, że wiele powieści zupełnie nie spełnia tej funkcji, rozmywając się z prawdą historyczną. Być może właśnie dlatego tak długo o Auschwitz czytałam tylko pozycje naukowe. W końcu zaryzykowałam, a moje ręce wpadło "Dziecko z Auschwitz" Lily Graham.

Eva Adami postanawia za wszelką cenę odnaleźć swojego męża, którego ostatni raz widziała na peronie w Theresienstadt - miasta, pełniącego funkcję getta i obozu koncentracyjnego. Udaje jej się ustalić, że Michal najprawdopodobniej przebywa w Auschwitz. Zamierza się tam dostać, wbrew zdrowemu rozsądkowi i głosom rodziny. Jej przyjaciółka Sofie nie zastanawia się długo i także kieruje się do pociągu, jadącego we wschodnim kierunku - tym bardziej, że być może do tego samego miejsca trafiła jej kuzynka, która ukryła gdzieś jej syna. 

Tytuł jest bardzo mylący - to nie jest książka o dzieciach. Owszem, Sofie ma syna i chciałaby go odnaleźć, jednak jest pewna, że nie znajduje się on w Auschwitz. Tytułowe dziecko pojawia się dopiero na koniec lektury i niewiele wnosi w całą fabułę. Jeśli ktoś wybrał tę pozycję ze względu na wątek niemowlęcia w obozie, zdecydowanie będzie rozczarowany - nie da się ukryć, że to opowieść głównie o przyjaźni dwóch kobiet oraz jej znaczeniu w tak trudnych okolicznościach.

Niestety, dla mnie lektura była frustrująca głównie ze względu na kłamstwa. Zaznaczyłam sporo fragmentów, które są sprzeczne z prawdą historyczną. Nie mówię o ewentualnych uśmiechach losu, szczęśliwych przypadkach i niezwykłych wyjątkach, które są mało prawdopodobne, a jednak możliwe - nawet na terenie obozu śmierci. Mówię o konkretnych wydarzeniach lub faktach, które są oczywistością. Wiele z opisywanych sytuacji trąci fałszem i jest wyssana z palca.

Mogłabym jeszcze przełknąć zmianę przebiegu niektórych wydarzeń na potrzeby fabuły lub przymknąć oko na zaprzeczanie faktom, gdyby autorka przyłożyłaby się do realistycznego opisu obozu. Jeśli dostałabym dobrze przedstawiony obraz życia codziennego więźniów Auschwitz, lektura spełniłaby swoje zadanie - dowiedziałabym się, co czuli i jak żyli ludzie w barakach. Mam wrażenie, że nie otrzymałam nawet namiastki tego, czego się spodziewałam po literaturze obozowej. 

Wynika to nie tylko z braku solidnego przygotowania się do tematu, ale także z kiepskiego stylu Lily Graham. Niestety, niespójność historyczna to tylko jedna strona medalu. Autorka nie jest spójna sama ze sobą. Ba, nawet opis okładkowy jest odrobinę niespójny z fabułą, nie przytaczając już nawet wspomnianego wcześniej tytułu. Logika to fundamentalna sprawa w każdej książce, a jej brak położy na łopatki nawet najciekawszy pomysł na budowanie świata przedstawionego.

Rozdrażniła mnie również infantylność kreacji bohaterów - nie mam tutaj na myśli tylko samych charakterów, choć i one nie były zbyt rozwinięte. Autorka zastosowała podział wyciągnięty z głowy przedszkolaka. Oni, czyli Niemcy - źli, zawsze cuchnący alkoholem, despotyczni, przymykający oko tylko w interesownych sprawach, wiecznie spragnieni seksu z więźniarkami, śmierdzący, z pożółkniętymi gałkami ocznymi. Wszyscy. Bez wyjątku. Przypisanie wszystkim nazistom tak samo złych i charakterystycznych cech było aż nienaturalne - jakby autorka poszła w klimaty fantastyki apokaliptycznej, a obozem rządziło stado niezaspokojonych seksualnie, pijanych i żółtookich wilkołaków. Nie dodaję teraz dobroci oprawcom, ale Lily Graham zdecydowanie za mocno popłynęła w epitetach, które nijak się miały do kontekstu. Oczywiście, druga strona jest zawsze wybielona, pełna nadziei, miłości do wszystkich, dobrotliwa, pokojowa... Taki podział sprawił, że bohaterowie byli bez wyrazu - albo ktoś był dobry, albo zły. Nie liczył się konkretny bohater, tylko jego przydział do jednej lub drugiej grupy.

Na samym końcu znajduje się notka od autorki. Wyjaśnia w niej, czyje historie zainspirowały ją do napisania książki. Mam nieodparte wrażenie, że gdyby trzymała się swoich inspiracji, wyszłoby zdecydowanie lepiej. Połączyła za dużo wątków, co po prostu nie mogło się udać. W "Dziecku z Auschwitz" chciała zmieścić zbyt wiele - wystarczyło skupić się na jednym elemencie i solidnie się do niego przygotować.

Moim zdaniem nie warto tracić czasu na tę książkę. Osoby interesujące się tematyką obozową poczują się rozczarowani brakiem spójności historycznej, z kolei koneserzy dobrej literatury nie znajdą tutaj nietuzinkowego stylu, porywającej fabuły ani świetnej kreacji bohaterów.

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 11.03.2020
Liczba stron: 315
Przeczytane: 24.02.2020
Ocena: 2/10
Copyright © Pikkuvampyyrin kirjamaailma , Blogger