sobota, 19 sierpnia 2017

132. Tove Janssson "Lato"

Wszystko to istnieje, jeśli się tego szuka i ma na to czas, to znaczy, jeśli można sobie pozwolić na szukanie i w czasie szukania jest się swobodnym i znajduje się rzeczy, o których się nigdy nie myślało. Czasem ludzie są tacy, jak to przeważnie bywają ludzie, i sami nie wiedzą, czego chcą. Ale wszystko można załatwić. Czasem jednak mają jakieś określone marzenie i chcą mieć coś, co mogliby zatrzymać na stałe.

O Tove Jansson można powiedzieć naprawdę wiele, a i tak najczęściej nazywana jest mamą Muminków. Ja tego tak nie widzę. Dla mnie jest przede wszystkim czarodziejką słowa. Chociaż trochę zawiodłam się po ostatniej Tove dla dorosłych w wydaniu "Słonecznego miasta", to "Lato" oczarowało mnie na nowo.

Szukać czegoś i zbierać to rzecz całkiem szczególna, bo nie można wtedy widzieć nic prócz tego, czego się szuka. 

Ta niewielka książka składa się z dwudziestu dwóch opowiadań, których bohaterkami są wnuczka i babcia. Przebywają one na wyspie i spędzają razem czas, podczas gdy ojciec dziewczynki pracuje w pobliżu. Nie jest jednak sielsko. Nie bawią się w stereotypowe dla tego układu zabawy, ani nie romawiają ze sobą ckliwie. Często się kłócą, babcia czasami przeklnie przy paleniu papierosów i zachęcaniu dziewczynki do zabaw zakazanych przez ojca, a Sophii zdarza się wpaść w furię, którą babcia potrafi w magiczny sposób poskromić - na pewno nie przytuleniem i słodkim słowem. 

Nie można ufać komuś, kto tylko na wszystko pozwala. 

Jestem zdumiona, jak zresztą przy każdym spotkaniu z autorką, jak jej proza pozbawiona jest schematów i stereotypów. Zdaję sobie sprawę, że część z tego wynika z różnic kulturowych i fińskiego podejścia do dzieci, które przez mentalność Finów zawsze różniło się od naszego nawet w czasach współczesnych autorce. Powiem to, co zwykle - można tylko wyciągać wnioski i się uczyć. A z tej książki można wyciągnąć wiele, bo choć maleńka objętościowo, to ogromna w treść i uczucia, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Relacja wnuczki i babci jest piękna, ale tylko refleksyjny czytelnik będzie mógł to dostrzec. 

Czasem dla człowieka coś staje się jasne, kiedy jest już za późno i kiedy nie ma już siły zaczynać od początku albo też zapomina o wszystkim po drodze i nawet o tym nie wie. 

Być może przyczyną jest pominięcie oczywistości w relacji rodzinnej, czyli miłości. Przez dwieście czterdzieści stron nie ma ani słowa uczuciu między członkami rodziny, a jednak czuje się je, kiedy już kończymy ostatnią stronę, zamykamy książkę i odkładamy ją z ciężkim sercem na półkę. Miłość do ojca pokazana jest w uspokajaniu się, kiedy jest blisko, a miłości romantycznej mówi Sophia w kontekście kota. Tutaj nie ma wzruszeń. Spokój ogarnia czytelnika, chociaż jego serce bije zdecydowanie szybciej z tęsknoty za własnym utraconym dzieciństwem. 

Nawet za rośliny doniczkowe przyjmuje się odpowiedzialność, jak za wszystko inne, czym się człowiek opiekuje i co nie może samo stanowić o sobie. 

Trudność odnalezienia sensu "Lata" polega też na ukrytej symbolice. Nie ma tutaj wyszukanych metafor, które podczas czytania od razu rozszyfrowujemy jako przenośnie, nawet jeśli nie potrafimy odczytać ich znaczenia. Ukryty sens znajduje się pod słowami zwykłymi, a rozszyfruje je tylko czytelnik, dla którego owe słowa są ważne. Każdy też dawny fragment zrozumie inaczej - ja bardzo szybko zobaczyłam pewne aspekty ludzkiej psychiki w rozprawie sześciolatki na temat dżdżownic. Nie mówiąc już o tym, że późniejszy tytuł "Inne małe zwierzątka" cudownie pokazuje różne relacje międzyludzkie. Trudność polega więc nie na wyszukanych słowach i zawiłych przenośniach, a na ukryciu metafor pod słowami, które łatwo można pominąć. 

Jaka szkoda, że nie mogli nigdy przeprowadzić inteligentnej rozmowy na ten temat. Albo byli za młodzi, albo byli za starzy, albo też nie mieli na to czasu. 

Z pozoru krótka i napisana prostymi słowami książka może się wydawać czymś bezsensownym i pozbawionym wartości. Może się spodobać lub nie, choć pewnie każdy doceni pewne jej walory. Jednak dla wymagającego czytelnika, który lubi zabawy w ukryte i który lubi sam dochodzić do własnych wniosków na podstawie słów autora, będzie to niesamowita podróż - podróż do własnej przyszłej starości, do własnego przeszłego dzieciństwa oraz do Zatoki Fińskiej, gdzie życie toczy się odrobinę inaczej, choć także zatacza krąg. 

Może już większość powiedziano. I spostrzeżono, że to się wcale nie opłaca. Albo że się nie ma do tego prawa. 

Tak więc, jeśli jesteś czytelnikiem masowym, a nie refleksyjnym, tudzież ilościowym, a nie jakościowym, nie chwytaj tej książki. Nie czytaj jej także, jeśli wzruszasz się jedynie na modnych obecnie lekturach, które wykładają wszystko wprost już na pierwszej stronie. To książka do płynięcia donikąd, a zarówno do głębi własnej duszy.

- Dziwna rzecz z tą miłością - mówiła Sophia. - Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka. 
- Całkiem słusznie - nadmieniła babka. - I co się wtedy robi? 
- Kocha się dalej - odparła Sophia groźnie. - Kocha się coraz bardziej i bardziej. 
Babka westchnęła - i nic nie powiedziała.  

Przeczytane: 16.08.2017
Ocena: 10/10


piątek, 11 sierpnia 2017

131. Eryk Edwardsson "Pamiętnik lesbijki"

Mamy dopiero sierpień, a ja już wiem, jaka książka będzie najgorszą przeczytaną przeze mnie w tym roku. Bez wątpienia - "Pamiętnik lesbijki" Eryka Edwardssona. I pomyśleć, że ja naprawdę bardzo chciałam to przeczytać!

Tytuł jest jak wymowny, że nie trzeba mówić, o czym książka jest - lub raczej miała być. Na stronie tejże lektury znajduje się informacja, jakoby jest to szokujący obraz życia współczesnej młodzieży z psychologicznym tłem oraz filozoficznym przesłaniem. Hmm... No dobra. Bierzemy do ręki egzemplarz i czytamy napis "seks, przemoc, filozofia egzystencjalna i rozterki neurotycznego umysłu". Brzmi ciekawie, prawda? I zapewne byłoby ciekawie, gdyby książka o tym była. 

Zacznijmy od tego, że nasza bohaterka - Nati - nie jest lesbijką, a przez pół książki nie ma nic na temat homoseksualizmu. Kiedy już się pojawia - autorka wciąż nie jestem homoseksualna. Sama nie wie, czym jest i szuka spontanicznie odpowiedzi na to pytanie. Durnie mówi, że psycholog to na pewno nie wie nic na ten temat, a zaraz cytuje oklepane słowa ojca psychologii. Jakby przestarzałe i nienaukowe koncepcje Freud mogły dać jej odpowiedź. Choć mam wrażenie, że tutaj pojawia się błąd autora - nie chciało mu się zrobić choć minimalnego badania tematu. Ponadto nasza inteligentna bohaterka odrzuca z góry, że jest heteroseksualna, choć związki heteroseksualne ma za sobą i myśli o mężczyznach w tych kategoriach (później się tego wypiera, ale jednak na imprezach kategoryzuje ich pod względem seksualności), a zaraz nie wyklucza bycia biseksualną. Serio? Nie czuje pociągu do mężczyzn i jest biseksualna? No cóż... 

Nati i cała książka to absurd. 240 stron, tak niewiele, a ja zaznaczyłam tak wiele absurdalnych  i nielogicznych fragmentów, że szkoda w ogóle o nich mówić. Bohaterka sama sobie przeczy, czy to w czynach, czy to w myślach, a wcześniej przytoczony przykład to tylko zajawka absurdu i zaprzeczeń. Mówię to z bólem serca, bo na samym początku bardzo Nati polubiłam - zaznaczyłam kilka ciekawych fragmentów, a jej rozważania były dojrzałe i konstruktywne, ponadto opierały się na tym, co ludzie zazwyczaj ignorują. 

To właśnie te początkowe rozważania bohaterki są jednym, oprócz ładnej okładki z Felice Fawn, plusem książki. Im dalej w strony, tym więcej niby filozoficznego ścierwa, które nie miało żadnego sensu - lub raczej żadnej logiki. Bo co można powiedzieć o książce, która miała mieć filozoficzne podłoże, a wzmacnia stereotypy o pewnych grupach ludzi?

Okropne jest też to, że przez całą lekturę czytelnik zastanawia się, kiedy dzieje się akcja - nie ma wzmianki o tym ani na początku, ani na okładce. Niby współczesność, niby nie... A dla mnie to kluczowe, czy bohaterka wyciąga discmana, bo nienawidzi obecnego świata i dzisiejszej technologii (serio, znając Nati, tak można pomyśleć), czy wynika to z mody, czy wynika to z jedynej możliwej  przenośnej opcji słuchania muzyki. A potem pojawia się kwestia telefonów komórkowych i robi się jeszcze dziwniej. Przez ostatnie lata społeczeństwo tak się zmieniało, że ponad dziesięć lat wstecz to znacząca różnica - dlatego informacja o czasie nie powinna znajdować się na samym końcu. Data istotnie wpłynęłaby na percepcję treści.

Na percepcję może też wpłynąć to, że dialogi w tekście zostały wytłuszczone. Po co? Tylko one są ważne? Tylko je mam czytać? A może autor chciał sprawdzić, czy ktoś przeczyta rozważania bohaterki, pomimo tego, iż wskazał jako kluczowe jedynie dialogi? Nie rozumiem. To negatywnie wpływało na komfort pochłaniania tegoż arcydzieła. 

I nie. Nie było seksu. Przemoc jakaś tam była - denna, ale była. Bójki dziewczynek i nielogiczna próba zabójstwa, podczas której działa jeden bohater, a drugi ma wciśnięty stop, aby ten pierwszy mógł działać - taki zabieg ma też miejsce w przypadku większości dialogów. A dialogi, o mój smutku, to coś okropnego. Są nienaturalne, chyba głównie przez usilne próby uczynienia ich naturalnymi za sprawą kolokwializmów. 

Absurdalny brak logiki w ładnym opakowaniu, fatalnie napisany i z równie fatalnym marketingiem. Instagramowe konto tej książki jest niesmaczne, żenujące i odpychające. Ale może właśnie takie miało być, bo odzwierciedla treść "Pamiętnika lesbijki". Szkoda, ogromna szkoda. Tym bardziej, że autor w głowie ma ogromny potencjał, sądząc po samym początku. 

Przeczytane: 06.08.2017
Ocena: 2/10





środa, 2 sierpnia 2017

130. Podsumowanie lipca

Nie wiem, jak Wam, ale mi lipiec minął zaskakująco szybko. Jeszcze prawie w połowie miesiąca walczyłam z pracą na studia (opłaciło się) i martwiłam się, czy przeczytam cokolwiek. I co? Przeczytałam 6 książek. Do końca nie wiem, jak to się stało, ale udało się - w końcu przeczytałam więcej niż 4 i to bez lektur na studia. Zła passa została przerwana, głównie za sprawą ciekawych tytułów. 

Udało mi się, w końcu, pożegnać "Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął". Później brak weny do czytania przerwało "W Dolinie Muminków" (recenzja), ale jeszcze bardziej napędziła mnie moja pierwsza blogerska współpraca i zabawna książka, którą i bez tego niebawem bym zamówiła - mowa o "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera" (recenzja). Do tego doszedł "Niedokończony eliksir nieśmiertelności", który od dawna miałam w planach, a zaraz po nim również coś zaplanowanego - "Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?". Miesiąc zwieńczyłam moim ulubieńcem, czyli Bukowskim, tym razem w "Kłopoty to męska specjalność". Po drodze przeczytałam też lipcowy "Teraz Rock". Wszystko to dało 1734 strony

Znów udało mi się obejrzeć kilka filmów, jednak mylą mi się one już z czerwcem, którego podsumowania na blogu nie było, bo... nie przeczytałam żadnej książki - niestety, pewne sprawy wymagały mojej całkowitej uwagi. Na pewno w końcu udało mi się obejrzeć coś z listy filmów do obejrzenia (chociażby "Witaj w klubie" i "Tam, gdzie mieszkają dzikie stwory").

W połowie lipca wróciłam na bloga i zdążyłam opublikować zaledwie cztery posty. Oprócz powyższych recenzji pojawiła się też i trzecia - tym razem zbiory reportaży Justyny Kopińkiej "Polska odwraca oczy" (tutaj), a także nowości na stosie (tutaj). Zaległe recenzje, czyli recenzje wspominanych książek, zapewne pojawią się niebawem. 

Życzę Wam miłego i zaczytanego sierpnia. Mój już tak zaczytany może nie być - podjęłam właśnie nową pracę i klimatyzacja tam pochłonie ze mnie mnóstwo energii, ale spróbujemy pobić lipiec. A jeśli ktoś wybiera się na Woodstock lub Targi Książki w Krakowie, niech koniecznie da znać! Ja będę i tu, i tu.


poniedziałek, 31 lipca 2017

129. Tove Jansson "W Dolinie Muminków"

Musimy dziś zrobić coś niezwykłego, gdyż zapowiada się piękny dzień. 

Nie mogę uwierzyć, że ostatnią książkę z Muminkami przeczytałam w grudniu. Wydawało mi się, że dopiero co odłożyłam jedne Muminki na półkę, a tutaj takie zaskoczenie. Grudzień to jednak nie były ostatnie okoliczności czytelnicze z Tove Jansson - po drodze sięgnęłam jeszcze po "Słoneczne miasto", które zdecydowanie nie przypadło mi do gustu. 

Nie martw się - odparł Włóczykij. - Będziemy mieli piękne sny, a gdy się obudzimy, będzie wiosna. 

Tak więc "W Dolinie Muminków" było trochę na osłodę. Czy Tove znów mnie zawiodła? Zdecydowanie nie. Ten tomik (podobno trzeci w kolejności) był chyba jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym z całego cyklu. Gdybym miała określić go jednym słowem, użyłabym określenia "urocze". Tak, zdecydowanie. Urocze. 

Szlachetność sama w sobie jest ozdobą. 

To słowo ciśnie się na usta, kiedy już zerknie się na spis treści. Każdy rozdział opatrzony jest stosownym zapiskiem, informującym o tym, co ma się wydarzyć. Te same zapiski znajdują się w tekście, po numerze rozdziału i od razu wprowadzają czytelnika w klimat doliny. 

- Życie nie jest czymś spokojnym! - odparł Włóczykij z zadowoloną miną. 

Trudno nie wspomnieć o ilustracjach - w tej części było tak wiele świetnych, że nie jestem w stanie wybrać swojej ulubionej. Chociaż jest to zaledwie trzeci tom, Muminki wyglądają już bardzo muminkowo (dla przykładu - w pierwszym tomie ani trochę). Pojawia się mnóstwo nieskomplikowanych rysunków, zajmujących zaledwie skrawek strony, a także sporo tych rozbudowanych na całą. 

Pomyśleć sobie, że jest taka piękna, a nie potrafi nawet się z tego cieszyć!

Sama treść też jest aż do bólu w stylu Muminków. Dzieją się tutaj rzeczy typowe dla tych trolli oraz te niespodziewane, które i tak zgrabnie wplątują się w ich życie. Pojawia się mnóstwo emocji - od radości z wyczarowanych przez Czarnoksiężnika przedmiotów po żal i tęsknotę za odchodzącym Włóczykijem. Te emocje oraz proste acz mądre zdania sprawiły, że nawet nie odczułam nieobecności małej Mi. Pojawiają się też nowi bohaterowie - Topik i Topcia.

Niezwykłe przygody to czasem dobra rzecz. Zmoknąć, przeżyć straszne chwile, dawać sobie radę samemu i takie różne rzeczy. Ale na dłuższą metę, co to za przyjemność?

Jedyną rzeczą, do której mogłabym się przyczepić, było kilka nieścisłości w toczącej się akcji. Nie były one jednak spore ani nie występowały w dużej ilości. Nie wpłynęły też niekorzystnie na rozumienie tekstu, choć raz musiałam się zatrzymać i dobrze wczytać, aby logicznie sobie co nieco wytłumaczyć - zapewne dziecko nie czepiałoby się z takiego nagłego przeskoku.

Ogród wyglądał jak bukiet zaręczynowy pełen głębokich barw późnego lata. 

Dodam, że jako osoba niesugerująca się kolejnością cyklu, poleciłabym właśnie tą część jako rozpoczęcie swojej muminkowej przygody. Szczególnie korzystne może to być dla osób, które Muminki znają ze słynnych dobranocek. Wiele epizodów anime bazuje właśnie na tym tomie, daleko nie szukać - pierwszy odcinek. 

- Samotność jest czasem potrzebna - powiedział Muminek. - Jesteś jeszcze za mała, żeby to zrozumieć. 

Dla mnie jako osoby już dobrze zaznajomionej z tymi stworami, był to miły powrót do dzieciństwa, choć tym razem z historii wyniosłam zdecydowanie więcej. Samą lekturę uważam za bardzo udaną i śmiało mogę powiedzieć, że "W Dolinie Muminków" to jedna z najlepszych książek z serii, a już na pewno najbardziej refleksyjną. Mądra i czarująca, zdecydowanie.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu, dyndając nogami nad rzeką. Płynęła pod nimi nieprzerwanie, niosąc swe wody gdzieś het, w nieznane strony, do których Włóczykij tęsknił i gdzie znów pragnął podążyć samotnie. 

Przeczytane: 13.07.2017
Ocena: 9/10