piątek, 6 września 2019

213. Podsumowanie lipca i sierpnia

Byle do końca lipca - później lato ucieka zdecydowanie szybciej. Teraz mamy początek września, a w powietrzu czuć już jesień. Na szczęście. Jesień to czas na urlop, zredukowany ruch w pracy, mniej ludzi na ulicach, więcej czasu dla siebie, mniejsze zmęczenie i przyjemniejsze podróże. Ah, no i klimat do czytania.

W lipcu przeczytałam 6 książek, co dało mi 1020 stron. Ekspresem przeczytałam "Zniszczoną", która okazała się naprawdę okropną lekturą. Drugi tom opowieści o Vladku, czyli "Zębiastyczni przyjaciele", także nie przypadł mi do gustu. Odbiłam to sobie zbiorem aforyzmów Wilde'a, a następnie odrobiną fińskiej literatury - "Pomysłem gubernatora". Całość dopełniłam cudowną książką, którą przeczytałam po polsku i po angielsku. Mowa, oczywiście, o "Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku" i "Päntsdrunk. The Finnish Path to Relaxation (Drinking at Home, Alone, in Your Underwear)"

Dużo? Mało? Nie wiem. Patrząc na mój brak chęci do życia, jest całkiem nieźle. I patrząc na to, że więcej czasu spędziłam poza domem... Ważne, że koncert Bon Jovi odhaczony i teraz można odliczać już tylko do koncertu mojego muzycznego cudeńka - Ghost w listopadzie. Lipiec był też gorącym okresem na studiach, bo w końcu je ukończyłam. Absolutorium już za mną, a przede mną tylko praca magisterska. Kolejny miesiąc był już sielanką, jeśli chodzi o atrakcje. 

W sierpniu zwolniłam, jeśli chodzi o czytanie. Musiałam w końcu zabunkrować się z artykułami do magisterki. Niemniej, przeczytałam znów 6 książek i tym razem dały mi one 2344 stron. Objętościowo książki wygrały nad tymi z lipca, a największą z nich było "Chodząc nędznymi ulicami". Nie zachwyciła mnie, podobnie jak "Dygot", "Królowie Wyldu" i "Komornik, śmieszna opowieść o emigracji". Za to "Męskie sprawy" i "Uczciwa oszustka" wynagrodziły mi wszystkie literackie bóle. 

Przez te dwa miesiące na blogu nie pojawiło się zbyt wiele postów. Obowiązkowo wrzuciłam podsumowanie czerwca, tym razem ze szczyptą zdjęć z Krakowa. Opublikowałam recenzję "Męskich spraw", a także "Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku". Oprócz książkowych spraw, napisałam post o tym czego nauczyła mnie praca w biurze podróży.

A jak minęły Wasze wakacje? Książkowo wypadły dobrze? Też tak macie, że latem czytacie zdecydowanie więcej? 

niedziela, 1 września 2019

212. Agata Jankowska, Michał Pozdał "Męskie sprawy"

Zewsząd bombardują nas hasła, że prawdziwych mężczyzn już nie ma. Podobno męskość przechodzi kryzys. Zgadzacie się z tymi słowami? 

Kwestię rzekomo zanikającej męskości w swojej książce poruszył Michał Pozdał. Nazwisko tego psychoterapeuty powinni znać wszyscy zainteresowani seksuologią. Dla mnie to renoma sama w sobie i gwarancja ciekawej, rzetelnej wiedzy. Właśnie to nazwisko sprawiło, że musiałam przeczytać „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta”. 

Okładka zdradza, jakie męskie hasła zostały poruszone w książce – erekcja, kryzys, miłość, orgazm, ojcostwo, złość, fantazje, ciało, masturbacja, zazdrość, zdrada. Ale to nie wszystko. Całość została podzielona na siedemnaście rozdziałów, dotyczących kryzysu męskości, wychowania chłopców, homoseksualizmu, postrzegania matki, masturbacji wśród dzieci, pornografii, życia łóżkowego, orgazmu, gwałtu mężczyzn, zaburzeń seksualnych, męskiej prostytucji, kultu ciała, zazdrości, zdrady, zboczeń, namiętności, ojcostwa i starzenia się. 

Sporo? Bardzo! To wszystko zmieściło się na zaledwie trzystu stronach. Objętość to jednak nie wszystko. Obawiałam się, że ciężkość tych zagadnień mnie przygniecie, a ogrom wiedzy wybuchnie w mojej głowie. Nic z tego. Okazało się, że Michał Pozdał potrafi sprzedać dużą dawkę informacji w bardzo przystępny sposób. 

Jak to się stało? Sądzę, że to spora zasługa formy lektury – wywiadu, który poprowadziła Agata Jankowska. Z racji tego, że autorzy często mieli zupełnie różne spojrzenia na pewne sprawy, emocje były obecne w książce. Tak, tak, dobrze czytacie – emocje w popularnonaukowej pozycji. 

Z niecierpliwością czytałam odpowiedzi psychoterapeuty, kiedy dziennikarka zadawała kolejne niewygodne pytania. Tym bardziej, że odpowiedzi były na bardzo wysokim poziomie merytorycznym, a dodatkowo zostały udzielone w bardzo przystępny, nierzadko humorystyczny sposób. Wiedza psychologiczna i biologiczna to jedno, ale pojawiły się też odwołania do szeroko rozumianej kultury, a to w temacie męskości jest kluczową sprawą. 

Michał Pozdał obalił kilka mitów i przełamał wiele stereotypów. Przywołał wiele autentycznych przykładów ze swojego doświadczenia zawodowego, aby zobrazować naukowe tezy. Pomógł czytelnikowi zrozumieć swój punkt widzenia, starając się jak najlepiej opisać męskie uczucia i emocje. Z pomocą Agaty Jankowskiej wychwycił różnice płciowe, a czasami te różnice minimalizował. 

Czytając tę książkę, bardzo żałowałam, że nosi taki tytuł. Być może mało kobiet wybierze tę pozycję, skoro to tylko męskie sprawy… Ale to zdecydowanie nie są tylko męskie sprawy. Chociaż książka bezpośrednio dotyczy mężczyzn, to często poruszane są też kobiece zagadnienia – no bo w końcu kobiety biorą udział w wychowaniu chłopców, a heteroseksualne kobiety są zainteresowane męskim życiem łóżkowym… Może nie wszystkie, ale spora część na pewno. 

Właśnie dlatego „Męskie sprawy” polecam nie tylko mężczyznom w każdym wieku – od młodzieży po seniorów, każdy znajdzie coś dla siebie. Ponadto, książkę polecam także kobietom. Temat jest po prostu interesujący. 


Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 18.05.2016
Liczba stron: 304
Przeczytane: 28.08.2019
Ocena: 10/10

środa, 7 sierpnia 2019

211. Miska Rantanen "Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku"

Kalsarikänni jest sztuką obecności i perfekcyjnego wypoczynku. Pozwala ukręcić łeb frustracji i napięciu, które narastają przy pracy zawodowej. Metoda opiera się na finezyjnym połączeniu produktu procesu fermentacji - alkoholu - wybiórczej otwartości na towarzystwo i wolnego od wszelkich norm ubioru. 

Kiedy zaczynam temat Finlandii w nowym towarzystwie, moi współrozmówcy sądzą, że mam na myśli wódkę i czują się zawiedzeni. Jednak ich rozczarowanie szybko pryska, kiedy okazuję się, że Finlandia jako kraj także jest fascynująca. Teraz mam kolejną kartę przetargową, jaką jest kalsarikänni, czyli fiński sposób na relaks. 

Znacie to uczucie, kiedy od rana dzień zapowiada się koszmarnie? Wszelakie części garderoby w praniu, poplamiona kawą koszula, brak czasu na śniadanie, spóźnienie do pracy... No i praca. Tutaj zaczyna się piekło. Domyślam się, że temat jest Wam doskonale znany. Potem nadchodzi ten cudowny moment, kiedy w końcu można pobyć w pojedynkę, ściągnąć niewygodne ciuchy i... napić się zimnego piwka/winka/wódeczki/whisky. Od koloru, do wyboru. Na tym właśnie polega fińska sztuka relaksu.

Kalsarikänni to nic innego jak "picie w gaciach". Za nic nie podoba mi się przytoczone z książki tłumaczenie - zdecydowanie lepiej brzmi päntsdrunk. Domowe bieliźniane picie. Picie w podomce. Jak zwał, tak zwał - istota tego rytuału pozostaje bez zmian.

O co w tym wszystkim chodzi? Chodzi o to, aby się odprężyć, w czym alkohol zdecydowanie pomaga. Nie trzeba się stroić na wyjście na imprezę, ani też zabawiać rozmową znajomych. Ot, pozbycie się tego, co niewygodne i odcięcie się myślami od wszystkiego, co nieprzyjemne. U mnie sprawdza się kieliszek wina, borówki, muzyka i książka w łóżku - względnie film. U innych zestaw to piwo, serial i pizza. Dla każdego coś dobrego.

Czy można nazwać to sztuką? Oczywiście. W kalsarikänni nie chodzi o to, żeby się upić, a następnego dnia z zażenowaniem na twarzy patrzeć na swoich znajomych, którym napisało się o kilka słów za dużo. Kalsarikänni to nie jest nałogowe picie, tylko balans między formalną i prywatną częścią życia. Jeśli mamy ochotę codziennie na taką dawkę relaksu, coś z naszym życiem jest nie tak i powinniśmy mu się przyjrzeć - na trzeźwo, bez dwóch zdań.

Książka "Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku" podaje na tacy gotowy plan na wieczorny chill oraz zawiera praktyczne wskazówki, które pozwolą osiągnąć nam szybko osiągnąć stan błogości. Ale to nie wszystko. Autor przemycił kilka ciekawych informacji o Finlandii, dzięki czemu książka ma wartość dodaną. Wszystko to urozmaicone jest charakterystycznymi grafikami, które zachwycą minimalistycznych estetów oraz fanów ładnych wydań.

Jedyny minus, jaki mogłabym znaleźć to tłumaczenie. Książkę czytałam także w języku angielskim i wywarła na mnie większe wrażenie. Jak dla mnie miała większy sens, była lżejsza i zdecydowanie zabawniejsza. Kwestia wyczucia humoru.

"Kalsarikänni. Sztuka relaksu po fińsku" to pozycja, która pretenduje do miana mojej książki roku. Polecam osobom, które interesują się krajami nordyckimi, jednak nie tylko. Każdy może w tej lekturze odnaleźć coś dla siebie.

Wydawnictwo: Sensus
Data wydania: 17.07.2019
Liczba stron: 184
Przeczytane: 25.07.2018
Ocena: 9/10

czwartek, 1 sierpnia 2019

210. Czego nauczyła mnie praca w biurze podróży?

Właśnie mijają dwa lata, odkąd zaczęłam pracę w biurze podróży. W tym czasie bardzo się zmieniłam - różne czynniki miały na to wpływ, jednak jednym z głównych jest codzienny kontakt z klientem. Nie czarujmy się - klientem różnym i specyficznym. Musiałam zmienić swoje podejście do innych oraz otworzyć się na nowe rzeczy. A więc bez przedłużania - czego nauczyła mnie praca w biurze podróży?

Miejsce 10 - przerzutność uwagi i emocji
Nigdy nie miałam problemów z przerzutnością uwagi. Niemniej, kiedy prezentuję ofertę, często biegnę myślami za klientem, który myśli... bardzo dynamicznie. Może to, może tamto, może jeszcze coś innego. Muszę pamiętać, co powiedziałam sekundę temu i planować, co powiem za chwilę. Jednym okiem pokazuję ofertę, drugim już szukam kolejnej dobrej. Jedna oferta do Turcji jest zupełnie różna od drugiej oferty do Turcji - muszę między tym przeskakiwać. Trzeba też przerzucać swoje emocje. Jestem wściekła na centralę, ale kiedy wchodzi klient, muszę się uśmiechać - i to nie tak sztucznie. Nawet kiedy motywacja spada do zera, trzeba wykrzesać z siebie sporą dawkę entuzjazmu.

Miejsce 9 - poczucie, że nie wszystko jest w moich rękach
Mogę przygotować najcudniejszą ofertę na świecie, sprzedać ją zgodnie z procedurami, poinformować o wszystkim klienta, ale i tak coś może pójść nie tak. Anulacje połączeń lotniczych, pogoda, charakter pilota wycieczki, zmiana programu wyjazdu... Na zadowolenie klienta wpływa tak wiele czynników, że nie sposób nad nimi zapanować.

Miejsce 8 - podążanie za klientem i wyczucie jego gustu
Nie mam tutaj na myśli biegania za klientem, żeby kupił wycieczkę. Chodzi o to, aby podążać za tokiem myślenia klienta oraz wczuwać się w jego gust. Wyczucie, co się komuś mogłoby spodobać, jest bardzo ważne, kiedy w systemie mamy tysiące ofert, a klientowi trzeba wysłać jak najmniej. Warto też podpowiedzieć coś osobie, która o pewnych miejscach w ogóle nie myślała lub nie brała ich pod uwagę. To co i w jaki sposób mówimy, także ma znaczenie. Do jednej osoby trzeba podejść z żartem, w stosunku do innych trzeba być niezwykle formalnym.

Miejsce 7 - otwartość
Nie wyobrażam sobie pracy w biurze podróży bez otwartości... Nie mam tutaj na myśli tylko otwartości na ludzi - to jest oczywiste. Trzeba być też otwartym na nowe doświadczenia i nową wiedzę - szczególnie to drugie jest trudne. Kiedy dobra wycieczka w danym roku okazuje się koszmarna, trzeba zaktualizować swoją wiedzę. Otwartość na inne kultury jest wręcz obowiązkowa... Chyba że ktoś sprzedaje tylko jeden kierunek. 

Miejsce 6 - mówienie o pieniądzach
Podobno dla niektórych to temat tabu. Tanio i dobrze to najczęściej dwie różne wycieczki. Temat pieniędzy warto poruszyć już na początku i nie chodzi tutaj o to, żeby pracownik naciągał klienta na najdroższą możliwą opcję, tylko o najkorzystniejszą dla jego budżetu. Inne "tanio" ma osoba, która na wakacje może przeznaczyć 2 tysiące złotych, a inne "tanio" ma osoba, która może wydać 6 tysięcy złotych. Kiedyś pytałam delikatniej, teraz pytam wprost - jeśli klient nie potrafi sprecyzować lub krępuje się mówić o pieniądzach, delikatniej obchodzę ten temat. Im szybciej i której zadam pytanie, tym szybciej zapomina się o niezręczności tego pytania. Tyle. 

Miejsce 5 - brak zaufania
Ogólnie nie jestem osobą, która ufa innym. Po dwóch latach pracy w biurze podróży wiem już, że nie można ufać nawet osobie, która jest kulturalna, miła oraz związana umową. Dla niektórych umowa oraz konsekwencje prawne są niczym. Nie ufam też sama opisom organizatorów wyjazdów - jeśli w ofercie zawarta jest informacja o tym, jaki to cudowny wyjazd, biorę na to poprawkę. Zawsze. Sprawdzam sama siebie. W biurze sprawdzamy siebie wzajemnie. Informacje od innych agentów też sprawdzam. Nawet jeśli sama byłam w danym hotelu, biorę margines błędu i szczerze mówię o wszystkim klientom, nawet jeśli hotel jest rewelacyjny. Zawsze znajdzie się jakieś "ale" i wolę uprzedzić o tym klientów, żeby nie doznali rozczarowania na miejscu. 

Miejsce 4 - olewanie, czyli mniej perfekcjonizmu i więcej płytkiego przetwarzania informacji 
Nie mogę wiedzieć o wszystkim wszystkiego, chociaż bardzo bym chciała. O niektórych państwach wystarczą bardzo powierzchowne informacje i wcale nie muszę wiedzieć, gdzie dokładnie leży najmniejsza wysepka na danym oceanie i gdzie warto zjeść w małej tureckiej mieścinie. Klienci też nie oczekują ode mnie, że będę spinała poślady i prezentowała im oferty z pieczołowitą starannością - wystarczą tylko najważniejsze informacje lub też te, które mogą zaciekawić. Na resztę informacji przyjdzie czas, kiedy będziemy mówić o szczegółach. 

Miejsce 3 - przeklinanie 
Tak, naprawdę. Kiedy przyszłam do pracy, przeklinałam niewiele. Teraz soczyste ku**y lecą sto razy dziennie w biurze i nawet już nie próbuję tego kontrolować. Jakże mi dobrze, kiedy rzucę teczką i stekiem brzydkich słów, kiedy przyjdzie kolejna anulacja połączenia lotniczego. To chroni moje zdrowie psychiczne. Wściekam się bardzo krótko, ale intensywnie - na dłużej nie ma czasu. Piękna wiązanka i wracam do pracy z uśmiechem. 

Miejsce 2 - cierpliwość
Jakże wspaniała cecha. Anielska cierpliwość sprawdza się w kontaktach ze wszystkimi - szczególnie z klientami oraz z księgowością. Środek sezonu i niedziałający system? Oj tam. Długie oczekiwanie na zwrot pieniędzy? Oj tam. Setna oferta dla niezdecydowanego klienta? Oj tam. Wymijająca odpowiedź z działu produktu? Oj tam. Niedostępność kolejnej oferty? Oj tam. I to tłumaczenie po tysiąc razy... Mam wrażenie, że ja od jakiegoś czasu mówię w kółko to samo. 

Miejsce 1 - picie alkoholu
Serio, serio. To największa zmiana, jaka zaszła we mnie przez ostatnie dwa lata. Mam wrażenie, że moja mama uwielbia, kiedy po ciężkim dniu wchodzę do domu baaaardzo naładowana i przeklinam wszystko, co się da. Ona wtedy z uśmiechem na ustach mówi, żebym nalała sobie wina. Awaryjna butelka zawsze stoi w lodówce i rzadko kiedy się nie przydaje. Szybki obiad, szybkie sprzątanie, książka, muzyka i białe, zimne winko. Wtedy nie istnieję dla nikogo. Po całym dniu obcowania z ludźmi, czuję się bardzo zmęczona i spięta. Introwertyczna dusza daje znać o sobie wieczorem. Poza tym - alkoholowe prezenty od klientów nie mogą się zmarnować. 

Zdziwieni? Ja bardzo.