poniedziałek, 11 grudnia 2017

154. Matt Rees "Ostatnia aria Mozarta"

- Wyborny występ, madame. Zawsze podziwiałem klasyczną symetrię w muzyce Wolfganga. 
- Powiedziałabym, że to tylko pozory - odparłam. - W każdym jego utworze obecne jest pewne napięcie. Słuchacz rozkoszuje się sposobem, w jaki Wolfgang je rozładowuje. 
Książę smakował wino w ustach. Mój sprzeciw był zbyt bezpośredni. 
- Nie tylko wyglądem przypomina pani brata. On także nie mógł puścić płazem niemądrej uwagi o muzyce. 
- Nie twierdzę, że była niemądra, tylko... 
- Niesłuszna. 

Wiecie jaki artysta sprzedał najwięcej płyt w 2016 roku? Nie, nie. Żaden Bieber czy inna Beyonce. To Mozart, który nie żyje od 200 lat. Dopiero pod koniec roku wydano box z wszystkimi dziełami kompozytora, a i tak w nieco ponad dwa miesiące wyprzedził swoich rywali - to tylko pokazuje, jak wielka siła drzemie w jego muzyce.

Śmierć zdawała się dla niego jedyną gwarancją bezpieczeństwa i odpoczynku. 

Kiedy po raz pierwszy ujrzałam okładkę książki "Ostatnia armia Mozarta", zachwyciłam się nią tak bardzo, że nie zwróciłam większej uwagi na tytuł. Dopiero kiedy w oczy rzuciło mi się nazwisko jednego z moich ulubionych artystów, zadecydowałam o zamówieniu własnego egzemplarza, chociaż opis fabuły wskazywał na powieść o charakterze kryminalnym lub detektywistycznym, a w czymś takim nie czuję się zbyt dobrze. Niemniej, Mozart to Mozart i książka niebawem była już u mnie.

Zrozumiałam, dlaczego Wolfgang postanowił się ożenić gdy zamieszkał w Wiedniu. Grał muzykę z mężczyznami, lecz tworzył ją dzięki kobietom. 

Książka stanowi wariację autora - Matta Reesa - na temat śmierci muzyka. W jego wersji wydarzeń do Wiednia przybywa Nannerl, siostra kompozytora, która decyduje się na własną rękę poprowadzić małe śledztwo i zebrać informacje na temat ostatnich miesięcy życia Mozarta. A informacji jest sporo, często sprzecznych. Jak więc oddzielić kłamstwo od prawdy? Tym bardziej, że ktoś wyraźnie nie chce, aby prawda wyszła na jaw.

Spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz zauważył, że jestem kobietą i stąd brak mi rozumu. 

Najbardziej oszołomiła mnie kreacja Nannerl - jest ona tym bardziej uderzająca, że narracja została poprowadzona w pierwszej osobie, właśnie z perspektywy drugiego cudownego dziecka. Mam wrażenie, że autor idealnie odwzorował jej charakter, nie mówiąc już o wczuciu się w jej położenie w sytuacji po śmierci mistrza i odbiciu bohaterki w swojej wersji wydarzeń. Pomijając już kwestie charakteru Nannerl, autor świetnie poradził sobie z wczuciem się w kobiecą postać - choć mam wrażenie, że to trudne nie było ze względu na dość "męski" charakter bohaterki. Jej upór i spryt potrafią zadziwić. W ogóle motyw kobiety i jej postrzegania jest wyraźnie zaznaczony.

Mężczyźni niszczą kobiety. Nie doceniają naszych talentów. Ciemiężą nasze ciała i rujnują nasze zdrowie swoimi nocnymi umizgami i ciążami, w które nieustannie nas wpędzają. Ja uniknęłam tak nędznego losu. Dlatego mogłam poświęcić się karierze i odnosić sukcesy. Nigdy nie szukałam wsparcia mężczyzny, bo taka pomoc zawsze kosztuje, czasem nawet życie. Żaden mężczyzna nigdy też mnie przed niczym nie powstrzymał. 

Inną kwestią, która mnie zadziwiła, jest sam styl autora. Wielokrotnie sprawdzałam, czy autor na pewno jest mężczyzną, mając na uwadze samą Nannerl jako narratora, ale sam styl był mocno męski - konkretny i surowy, bardzo dosadny. Po prostu czuć męskie pióro, które sprawia, że książce bliżej do kryminału niż romansu. Prawdę mówiąc, nie rozumiem, dlaczego w niektórych miejscach pozycja ta klasyfikowana jest jako romans. Wątek miłosny jest tutaj tak nieważny i ukryty, że trudno go dostrzec - gdzieś tam jest, w tyle, niezbyt ważny. Na pierwszy plan wysuwa się intryga.

Nie znam się na szaradach. Jestem ślepa. Nie znoszę rzeczy, które utrudniają dostrzeżenie prawdy. 

No właśnie. Intryga. Wizji na temat śmierci artysty jest tak wiele, że trudno je zliczyć. W "Ostatniej arii Mozarta" autor przedstawia swój punkt widzenia, podparty dowodami, choć zaznacza, że jest to jedynie wariacja na ten temat - kilka faktów historycznych musiał zmienić, aby pasowało do fabuły. Niemniej, faktów i autentycznych postaci jest tutaj bardzo wiele. Jestem pełna podziwu, że Matt Rees potrafił ich tak zwinnie wpleść w swoją opowieść. Historia objawia się również w inny sposób - w magicznych opisach ówczesnego Wiednia. Uwielbiam, kiedy zwraca się uwagę na takie smaczne detale, jak chociażby architektura. Nie mówiąc oczywiście o muzyce - tutaj muzykę wręcz czuje się w słowach. Autor rozebrał kompozycje na nuty, aby ukazać geniusz Mozarta. Ale muzyka nie jest tutaj detalem, tylko głównym rytmem lektury.

Kobieta, która nie lęka się nocy ni śmierci, godna jest, by dostąpić wtajemniczenia. 

Jedynym słabym punktem jest prowadzenie akcji. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że stoi ona w miejscu, choć niby się porusza. To było jak drepczenie w miejscu na mrozie. Niby porusza się nogami, niby śnieg skrzypi pod butami, ale stoi się w miejscu i marznie. To był jedyny powód, dlaczego tak dużo czasu zajęło mi przeczytanie "Ostatniej arii Mozarta" - czytałam kilkadziesiąt stron, na których działo się dość sporo ciekawych rzeczy, ale niezbyt istotnych i które wolno rozkręcały akcję.

Moja droga, oślepłam jako trzylatka. Przez chwilę było mi ciężko. Potem zrozumiałam. Dość się napatrzyłam na ten straszny świat, abym już zawsze miała jego obraz przed oczami. Gdy nie rozprasza mnie wzrok, widzę życie takim, jakim jest naprawdę. 

Ogółem jednak książka jest godna polecenia. Swoją muzycznością zachwyci nie tylko miłośników Mozarta, a opisami Wiednia fascynatów historii - to bardzo dobra lektura, zdecydowanie różniąca się od innych na tle współczesnego rynku wydawniczego.

Lęk winien być strażnikiem duszy, który skłania ją do mądrości. 

Przeczytane: 5.11.2017
Ocena: 7/10

poniedziałek, 4 grudnia 2017

153. Podsumowanie listopada

Moikka!

Dzisiaj bez większego entuzjazmu. Z przykrością patrzę na ranking listopadowy i już martwię się podsumowaniem całego roku. W październiku szło mi idealnie, ale od połowy miesiąca moja chęć czytania malała. W listopadzie ani nie miałam ochoty, ani czasu, więc już w ogóle porzuciłam swoje lektury na jakiś czas. Nie wiem, jak to będzie w grudniu - egzaminy, egzaminy, egzaminy... 

W tym miesiącu mój czytelniczy licznik pokazuje zaledwie 3 książki, które łącznie liczyły 863 strony. Na samym początku miesiąca przeczytałam "Ostatnią arię Mozarta", która niby bardzo mi się podobała, ale jako tako bez fajerwerków. Łatwiej czytało mi się "Człowieka w przystępnej cenie", choć tematyka była zdecydowanie bardziej ciężka. Na koniec miesiąca, w zasadzie w dwa dni, przeczytałam "Margo", czyli książkę, którą w planach miałam od dawna. Recenzje wszystkich trzech pozycji niebawem pojawią się tutaj. 

Najważniejszym wydarzeniem miesiąca (jeśli nie roku) był, oczywiście, koncert HIM w Warszawie (trochę o nim tutaj). 

Na blogu oprócz relacji z koncertu pojawiły się 3 recenzje: "Ja, Ozzy. Autobiografia""Zamach na heroinę" i "27, czyli śmierć tworzy artystę". Obowiązkowo wrzuciłam podsumowanie października i w końcu udało mi się stworzyć obfity post o nowościach na stosie

A jak Wasze czytanie w listopadzie?


sobota, 2 grudnia 2017

152. HIM. Przeminęło z grzechem. Stodoła, Warszawa, 28.11.2017

W marcu HIM ogłosił swój koniec, chociaż jeszcze kilkanaście dni wcześniej obiecywali fanom nową płytę. Na otarcie łez wyruszyli w pożegnalną trasę, dając nam ostatnią szansę posłuchania ich na żywo. Ale, jak powiedział wokalista w ostatnim wywiadzie, to nie jest pożegnanie - to moment na powiedzenie "dziękuję". 

Przez prawie 9 miesięcy czekałam na ten dzień, pełna niepokoju. Błagałam, żeby Ville Valo na koncercie nie był podchmielony. On + alkohol = kiepski koncert, choć może fani o mniejszym rozumie sądzą inaczej (w szczycie sławy zespół na żywo prezentował się naprawdę kiepsko, nie brzmiał dobrze i czysto, nie mówiąc już o oglądaniu przewracających się muzyków, ale rozumiem, że dla młodzieży może to być frajda), co kto woli. Niemniej, na jednym z ostatnich występów podczas Helldone takie połączenie poskutkowało niezbyt miłymi słowami w stronę publiki. Stąd też moje modły. Gorszego końca nie byłoby można sobie wyobrazić. 

Kiedy zespół wyruszył w trasę i pojawiły się pierwsze filmy z koncertów, miałam dość mieszane uczucia - były momenty bardzo dobre, ale przeważały te przeciętne. Nie ma w tym nic złego, grunt to zaśpiewać na poziomie, ale marzyłam, aby ten raz był lepszy od tego w 2015 roku w Gdańsku. A komentarze fanów wzbudzały mój niepokój - że źle, że nuda, że bez uczuć, że bez zaangażowania - ale niewiele się nimi przejmowałam. Niemniej, odetchnęłam dopiero przy ostatnich wieściach z frontu. 

16:40 pod Stodołą, już mnóstwo ludzi. Dodatkowo zrobiła się druga noga kolejki, a ochrona w sprawie wciskających się ludzi interweniowała zdecydowanie za późno. Pozdrawiam też obsługę, która w pewnym momencie stwierdziła, że panowie mogą wchodzić bez kolejki, bo jest ich zdecydowanie mniej. Ochroniarz na pytanie, czy dziewczyna może bez kolejki wejść ze swoim chłopakiem, odpowiedział przecząco (i odrobinę opryskliwie), ale zaraz przepuścił sobie kilka takich par. Pozdrawiam serdecznie! Został pan gwiazdą i będzie pan już zawsze milutko wspominany. 

19:20 na scenie pojawia się support. Nikomu nie pasowało, że ktoś tego dnia na scenie ma się pojawić. Supporty w ogóle są beznadziejną sprawą. Da się je jeszcze wytłumaczyć na dużych, naprawdę dużych koncertach, ale ostatecznie nie mają żadnego sensu oprócz tego, że męczą ludzi i wydłużają czas. Na siłę zostaliśmy zmuszeni do słuchania jakiegoś czegoś, zupełnie niedopasowanego tematycznie do zespołu. Ludzie dookoła przyznawali się jawnie, że nie słuchali, cóż to za coś. No, "coś" to dobre określenie. Nie mówię, że zespół był zły... Nie był. Ale zupełnie nie pasował do naszych Finów. Lekkie gitarowe brzmienie, wystylizowany image, energia, radość. Miałam wrażenie, że oglądam i słucham amerykańskich chłopców, którzy wymarzyli sobie bycie gwiazdami rocka. Ot, tyle. Przyjemnie się słuchało, choć na żywo byli jeszcze bardziej teatralni. Z chęcią posłucham ich latem rano w samochodzie, żeby się obudzić przed dniem w pracy, ale ostatecznie znikną w czeluściach niczym niewyróżniającej się muzyki.

Kilka drobnych minut po 20:30 wychodzi HIM, a mnie ogarnia dziwne uczucie, które towarzyszy mi, kiedy po kilku latach spotykam kogoś znajomego. Jedno spojrzenie na zespół, a już ma się ochotę powiedzieć "no hej, dawno Cię nie widziałam". Uczucie było tak dziwne, że z pierwszej piosenki niewiele pamiętam - serio. Podobnie jak w Gdańsku w 2015 roku, tym razem także rozpoczęli od "Buried Alive by Love". Zabrakło mi mocnego uderzenia w bębny - chodzę na koncerty i szukam tego wrażenia, które wywarł na mnie wtedy samymi pierwszymi dźwiękami Kosmo za perkusją. Może było, może nie było. Ja nie słyszałam. Ale czy przez to przekreślam koncert? Nie.

Kiedy ostatnio byłam na koncercie The Sisters of Mercy w Gdańsku, miałam wrażenie, że długo nie będę na tak świetnym występie - bardzo dobrze, na wysokim poziomie, z klasą i muzyka, która sama w sobie powoduje uśmiech na twarzy. Szczerze? Obawiam się, że teraz naprawdę długo nie będę na takim koncercie - HIM znów przejął dowodzenie. Czułam, że tak może być, już kiedy zobaczyłam na scenie ogromny metalowy heartagram.

Dobór setlisty, tak często krytykowany, dla mnie był dobry. Zawierał przekrój całej twórczości z największymi hitami, wiec to idealne opcje na trasę pożegnalną. Zabrało mi jednak "Sleepwalking Past Hope" - dziewięciominutowy majstersztyk, najbardziej zawiła kompozycja HIM i eksponująca wszystkie walory każdego z muzyków - w pewnym fragmencie popisuje się gitara, zaraz bas, później perkusja, swoją chwilę mają klawisze, a całości przyświeca wokal. Chociaż "popisuje" nie jest dobrym słowem - tam nie ekspozycji na siłę, żeby pokazać, jaki ktoś jest dobry. Obawiałam się, że będzie trochę kulawo bez tego utworu, ale pustkę wypełniła po prostu dobra zabawa i zarażający entuzjazm fanów.


Najmocniejszą chwilą koncertu niezaprzeczalnie było "It's All Tears" w wykonaniu, jakiego nikt nigdy nie mógłby się spodziewać. Cudowny efekt nałożony na mikrofon, tajemnicze brzmienie barytonu, mocne wysokie tony, mroczny dół. Rewelacyjne intro, które brzmiało jak oczko puszczone do fanów. Miałam wrażenie, że Valo szydzi sobie z nas, każąc zgadywać, cóż to za piosenka. Jestem w szoku, że ludzie od razu nie podłapali i nie zaczęli śpiewać - moje usta, pomimo szoku i zaskoczenia, same z siebie się poruszały. Ostatnie refreny i zakończenie doprowadziły do raju. Coś niesamowitego. Powietrze wydawało się być naładowane elektrycznością, a ja miałam gęsią skórkę z ekscytacji już od samego wstępu instrumentalnego, zanim rozbrzmiał wokal.

Nie zabrakło dwóch moich ukochanych piosenek, czyli "The Kiss of Dawn" i "In Joy and Sorrow". Po koncercie w Gdańsku szczególnie upodobałam sobie "The Sacrament" i teraz zespół tylko podbił mi wartość tej piosenki. Zapałałam też nową miłością do "Killing Loneliness", choć wersja płytowa jest co najwyżej średnia. Znalazło się także coś, co idealnie prezentuje spokój w wokalu, czyli "Gone With The Sin", które potrafi zdziałać ze mną cuda, kiedy się niepokoję. Z entuzjazmem posłuchałam też "Bleed well" - uwielbiam ten utwór, głównie ze względu na gitary i tekst, a nawet podobają mi się w nim klawisze (choć normalnie ich nienawidzę). Miłą odmianą okazała się piosenka "Heartkiller", która zastąpiła "Scared to Death" jako reprezentanta "Screamworks: Love In Theory And Practice". Dla mnie tym bardziej miła, że jest to pierwszy utwór zespołu, jaki świadomie (mniej lub bardziej) przesłuchałam. Niemniej, wyrzuciłabym trzy piosenki bez żalu na poczet "Sleepwalking Past Hope" - chociażby "Heartache Every Moment", "Poison Girl", "Tears on Tape". Jeśli chodzi o tytułową piosenkę z krążka z 2014 roku, śmiało można było ją zastąpić "All Lips Go Blue", co bardziej porwałoby ludzi. Niemniej, setlista była piekielnie dobra, jeśli chodzi pożegnalną trasę - każdy znalazł tutaj coś dla siebie, coś ze swojej ulubionej płyty i okresu twórczości.


Nagłym punktem kulminacyjnym było uwielbiane przez wszystkich "Right Here In My Arms" - jak zwykle powiem, że trzeba mieć niezłe ego, żeby napisać taką piosenkę, a jeszcze większe, aby wychodzić na scenę i ją śpiewać, czarując fanów nie tylko głosem, ale też pełnią swojej osoby. To był też moment, w którym autentycznie zaczęłam martwić się o swój głos, a przy równie porywającym "Rebel Yell" miałam wrażenie, że już naprawdę mam chrypę (tak naprawdę nie miałam - dziękuję mojemu nauczycielowi śpiewu, tak, tak, wrzeszczałam grzecznie z przepony i rzucałam na maskę, na pewno). Przy tej pierwszej oczywiście wszyscy świetnie się bawili, może nawet aż za. Występ został przerwany przez wokalistę - ktoś upadł (bójka czy wypadek, oto jest pytanie), jednak nic się nie stało. Ale to właśnie przy drugiej piosence Valo nieźle popisywał się swoim głosem - serio, sprawdźcie, co robił przed ostatnimi refrenami i w trakcie ich. Mam jednak wrażenie, że trochę za mało dali się wyżyć i wykrzyczeć fanom, kiedy weszli ponownie na scenę i pierwsze dźwięki coveru rozbrzmiały, kiedy fani nie byli na to gotowi. Gdybym nie znała zespołu, pomyślałabym, że śpieszy im się i mają nas gdzieś. Zespół jednak znam, więc tak nie myślę. 

Instrumentalnie zespół, jak zwykle prawie, stał mocno i solidnie. Och, szczególnie Linde, jego palce i gitara! Aż żal, że tak mało osób interesuje się jego drugim projektem i aż żal, że nie skupia się on  w nim bardziej właśnie na gitarze. To, co ten facet potrafi robić z tym instrumentem w takim zespole... Cóż, zespół rangi HIM na pewno na kogoś tak uzdolnionego nie zasługuje - mam wrażenie, że to właśnie Linde jest najbardziej pokrzywdzony zamknięciem w złotej klatce HIM. Mige oczywiście też dał popis, Burton cichutko umilał nam piosenki z tyłu, no i Kosmo, którego dalszej kariery jestem szalenie ciekawa. Zespół jako zespół także stał mocno. Bałam się, że rozpad sprawi, że nie będzie między nimi tej radości przyjaźni, którą widać w dość wielu spojrzeniach między nimi już na scenie. To się nie zmieniło. Ville i Mige wciąż sobie żartują, nierzadko na obiekt swoich uciech biorąc gitarzystę. To tylko pokazało, że koniec zespołu nie był ich końcem.

Wisienką na torcie, a zarazem pierwszymi skrzypcami, był wokal. Zresztą, zawsze był i byłby nadal. Za dużo charyzmy siedzi w tym już ponad czterdziestoletnim ciele, a głos jest zbyt nieziemski i hipnotyzujący, aby mogło być inaczej. Mam wrażenie, że Ville dorósł w końcu do bycia wokalistą. Dojrzał do mikrofonu i poznał swój głos, eksplorując go na różnych biegunach. Zawsze bawił się wokalem, jednak bardziej dla samej zabawy, a teraz wydaje się znać jego zakamarki, dlatego pozwala sobie na scenie na różne duże smaczki i małe smakowite kąski, składające się na wyśmienitą ucztę dla uszu. Pozwala sobie na więcej, bo wie, że może i wie, że zrobi to dobrze. Chociaż wydawać się to może dziwne, wokalnie rozwinął się dopiero teraz.


Wieczór mógł być jednak piękniejszy i zadbać o to mogli wyłącznie fani. Pozdrawiam w tym momencie wszystkich ludzi, którzy koncert oglądali przez ekran swojego telefonu - jesteście genialni. Szczególne podziękowania kieruję w stronę dziewczyny, która przez prawie cały koncert trzymała telefon nad głową, przed moimi oczyma. Nagrywała każdą piosenkę. Ja rozumiem, że każdy chce mieć pamiątkę i w tym też celu raz nawet wyciągnęłam telefon, ale szybko go schowałam. Jak można się dobrze bawić z tym ustrojstwem? Jeśli ktoś oglądał koncert przez telefon, to tak naprawdę go tam nie było. Muzycy na scenie to nie małpki w zoo, żeby ich nagrywać i robić im zdjęcia - od tego mają sesje zdjęciowe, a koncerty są od kontaktu z ludźmi. A jak mają się kontaktować, kiedy patrzą na publikę i widzą telefony, a nie twarze? Wspomnianej dziewczynie miałam ochotę wyrwać telefon, podeptać go i zasadzić jej kopniaka w tyłek - i to nie tylko ja, bo psuła zabawę wielu ludziom wokół mnie. Byłoby też milej, gdyby fani nie wciskali się na siłę pod scenę, taranując innych. Przez to było sporo krzyku i przepychanek, na które smutno się patrzyło.

Osobną kwestią jest też sam klub. Nagłośnienie bardzo dobre, dźwięk idealnie się rozkładał, chociaż Valo i tak cały czas czuwał nad tym, aby wszystko było jak najlepiej, porozumiewając się z dźwiękowcami - testował głos w kolejnej piosence i dawał sygnały obsłudze, aż osiągnął idealne brzmienie. Raz nawet głos zniknął, były też drobne problemy z gitarą, ale zastanawiam się, czy ktokolwiek to zauważył i zapamiętał. Oprócz chwilowego braku wokalu jedynym problemem był poziom głośności - dla mnie odrobinę za cicho. Mankamentem Stodoły jest jednak coś zupełnie innego - organizacja wyjścia. Szatnia na górze, szatnia na dole, jedna droga wejścia i wyjścia... W jednym miejscu była kolejka do szatni na dole, kolejka do koszulek, kolejka do toalet, schody do szatni na górze i kolejka do baru. I teraz do każdego z tych punktów ludzie nie tylko podchodzili, ale też odchodzili. Na całe szczęście znalazła się odpowiednia osoba - pani z obsługi klubu wprowadziła twarde reguły i udało się zapanować nad chaosem. Ale nie skupiajmy się na złych aspektach.

Jeden z najpiękniejszych gestów, wyrażających esencję pożegnalnej trasy, nastąpił w momencie, kiedy zespół po nawoływaniu fanów pojawił się kolejny raz na scenie. Oklaski, tupanie nóg, gwizdanie, piszczenie, krzyczenie. Na scenie pojawił się też rzucony transparent z napisem "Thank you guys and good luck". Lakoniczny Valo wydał z siebie dźwięk teatralnego zdziwienia, pomieszanego z rozczuleniem, po czym to nam podziękował i życzył powodzenia. Wspomniane słowa z wywiadu znalazły potwierdzenie - ale kto komu dziękuje? My im czy oni nam?

Tak. To nie było pożegnanie. Pogrzebaliśmy HIM, składając mu należyty hołd. To wszystko. Przygoda dopiero się zaczyna. Zamknęliśmy jedne drzwi, a teraz podążamy ciemnym korytarzem, aby otworzyć kolejne.


wtorek, 21 listopada 2017

151. Ozzy Ozbourne, Chris Ayres "Ja, Ozzy. Autobiografia"

- Słyszałeś te ciężkie brzmienia na płycie Led Zeppelin?
Bez mrugnięcia okiem odpowiedział:
- My zagramy ciężej. 

Kiedyś sądziłam, że biografie to najnudniejsze książki na świecie. Fakty z życia danej osoby, zarysowane drzewo genealogiczne, ukończone szkoły, sukcesy w pracy i mnóstwo, mnóstwo dat. Kiedy pomyślałam o przeczytaniu biografii jakiegoś swojego ulubionego zespołu, także przechodziły mnie ciarki. Wyobrażałam już sobie, jak w tak nudny sposób opisywane są każde albumy, rok po roku, co uczyniłoby z muzyki suchy fakt. Tak, kiedyś tak sądziłam. A później chwyciłam za książkę "Ja, Ozzy. Autobiografia".

Rodzice widzieli mnie w telewizji, o czym dowiedziałem się od braci kilka dni później. Nawet jeśli byli ze mnie dumni, nie powiedzieli tego. Łudzę się jednak, że byli. 

Ozzy Osbourne znany jest wszystkim, nie trzeba go przedstawiać. Słynny rockman i wieloletni członek jednego z najważniejszych zespołów w historii muzyki - Black Sabbath - zapisał się w pamięci ludzi nie tylko talentem wokalnym, ale również, jeśli nie przede wszystkim, swoim skandalicznym zachowaniem. Mówili, że Ozzy nie napisze tej książki, a jednak - oto jest. Być może przewidywano, że muzyk będzie miał problemy ze zebraniem wspomnień (alkohol, narkotyki i szaleńcze tempo życia robią swoje), ale coś tam udało mu się wyciągnąć z pamięci.

Czasem tak jest lepiej, gdy znajomość ma trwać jedną noc. 

Patrząc na życie Ozzy'ego można się spodziewać, że książka będzie, delikatnie mówiąc, dość ciekawa i serwująca specyficzne opowieści. Faktycznie, lektura jest pełna humoru i wyraźnie przedstawia barwne wydarzenia z życia muzyka, a napisana została tak lekkim piórem, że czyta się ją w mgnieniu oka, mając przed oczyma opisywane sytuacje.

Osobiście najbardziej bałem się tego, że się rozminiemy z oczekiwaniami fanów. Wiedziałem, że nie możemy w nieskończoność klepać "Iron Manów", że potrzebujemy nowych wyzwań. Ale też nie mogliśmy do każdego kawałka dodawać instrumentów dętych i grać jakiegoś debilnego abstrakcyjnego jazzu. Zespół nazywał się Black Sabbath i póki tak było, musieliśmy grać ciężko, żeby ludzie nas brali na poważnie. 

Oprócz śmiechu książka dostarcza też... refleksji. Mamy okazję poznać Ozzy'ego z innej strony niż tylko muzyka. Pojawia się całe mnóstwo prywatnych wątków, głównie ze strefy rodzinnej, co dla fanów nie będzie dużym zaskoczeniem, a jednak dostarczy mnóstwo ciekawych informacji. Ozzy pokazuje się nam też z drugiej perspektywy - nie tylko szaleńczej wersji muzyka zespołu metalowego, ale także w wersji osoby, która swoje w życiu przeszła i może coś na ten temat powiedzieć. Książka dedykowana jest fanom, ale już na pierwszej stronie wspominany jest Randy Rhoad. Jak wiadomo, Ozzy bardzo przeżył (przeżywa) jego śmierć i to właśnie fragmenty poświęcone młodemu gitarzyście mocno dotknęły mojego serca.

Najsmutniejsze jest to, że dopiero po wytrzeźwieniu widziałem, jak podle się zachowuję. Wierzcie mi, teraz już wszystko rozumiem. 

Dlaczego uważam, że "Ja, Ozzy" jest jedną z najlepszych biografii? Otóż dlatego, że na siłę nie zostały upchnięte w niej daty i suche fakty. Wydarzenia zostały przedstawione tak, że czytelnik ma wrażenie bycia w tamtym miejscu i w tamtym czasie. Styl jest fenomenalny, jego prostota pasuje do tematyki, a równowaga w emocjach zostaje zachowana - idealnie dryfuje się pomiędzy złymi i dobrymi wydarzeniami. Nie bez znaczenia ma tutaj dystans Ozzy'ego do samego siebie i otaczającego go świata. Ponadto, tekst urozmaicony został fotografiami, które dopełniają opisy.

No więc pewnego dnia wyszedłem z próby i już nie wróciłem. 

Książkę gorąco polecam nie tylko miłośnikom muzyki i fanom Black Sabbath oraz samego Ozzy'ego Osbourne'a. To kawał dobrze napisanej biografii, więc warto do niej zajrzeć, nawet jeśli nie lubi się mocniejszych brzmień. Ja często do niej zerkam, kiedy mam zły humor - wystarczy otworzyć książkę na dowolnej stronie i już mimowolnie się śmieję.

- Wie pan co? - mówię. - Jeśli mogę coś zrobić dla kościoła, cokolwiek, proszę mi dać znać, dobrze?
- O, to bardzo miłe z pańskiej strony. Nie gra pan przypadkiem na organach?
- E... nie. 
- Ale gra pan w jakimś popowym zespole, prawda?
- Tak, gram. 
- Mogę wiedzieć, jak się nazywacie?
- Black Sabbath. 
- A. - Pastor przez chwilę marszczy czoło, potem patrzy na mnie i mówi: - Trochę dziwna nazwa, nie uważa pan?

Przeczytane: 26.07.2014
Ocena: 10/10