środa, 19 czerwca 2019

208. Ja służę książkom czy książki służą mi?

Jeszcze kilka lat temu sądziłam, że zagięcie narożnika książki nie jest grzechem śmiertelnym. Ba, nie używałam zakładek - zapamiętywałam numer ostatnio przeczytanej strony lub też delikatnie zaginałam jej narożnik. To nic, że w tym samym czasie płakałam, kiedy na nowiusieńską książkę wylała mi się zupa... Nie będę ukrywać - książka okazała się okropna, a na dodatek wciąż cuchnie serem.

Moje nastawienie było proste - szanowałam książki, ale w granicach rozsądku. Książki miały mi służyć do zrelaksowania się lub miały być przydane w nauce. Nie wyobrażałam sobie, że mam na nie chuchać i dmuchać. Niemniej, po jakiś czasie obracania się w książkowym środowisku coś się we mnie zmieniło. Poczucie winy po książkowym wypadku stawało się coraz większe. Czułam się naprawdę okropnie, kiedy narożnik okładki zadarł mi się w torebce. Drżałam na samą myśl, że mogłabym wygiąć grzbiet książki... No, może aż tak mi nie odbiło, niemniej sami rozumiecie. 

Szybko się z tego wyleczyłam - w końcu książki mają służyć mi, a nie ja książkom. Niektórzy popadną w taką skrajność, że książek nie będą czytać w ogóle, aby przypadkiem nawet delikatnie ich nie uszkodzić. Kto wie, może niektórzy będą czytać tylko ebooki, a książki papierowe będą kolekcjonować na półce, bez czytania danych egzemplarzy. Jak dla mnie - przesada, Z książką w ręku mamy czuć się pewnie i komfortowo, a nie drżeć z obawy przed ewentualnym zniszczeniem.

Nie mówię, że nie powinniśmy książek szanować. Owszem, powinniśmy - jak każdą rzecz materialną i niematerialną. Wszystko jednak w granicach rozsądku. Wciąż jest mi przykro, kiedy wyleję na książkę herbatę, jednak wiem także, że to drobnostka, a książka oprócz powłoki materialnej ma także wymiar duchowy, mentalny, niematerialny... W każdym razie, jak zwał, tak zwał. Nie trzęsę majtami, kiedy wkładam książkę do torebki, ale odsuwam ją od brudnych rąk dzieciaków wokół mnie. W podręcznikach akademickich zaznaczam ważne fragmenty markerem, ale nie bazgrolę długopisem po okładkach powieści.

Książki mają swoją funkcje - służą ludziom. Do czego? Do poznawania innych kultur, do zdobywania wiedzy, do wciągania się w interesujące historie. Innymi słowy, książka powinna być funkcjonalna i dzięki niej powinniśmy osiągać pewne cele, ale rzeczy materialne także powinniśmy szanować - to na nie wydajemy swoje ciężko zarobione pieniądze i ktoś stworzył je swoją ciężką pracą.

Owszem, książki nie są aż tak bardzo drogim produktem, ale należy szanować każdą złotówkę. Nawiasem mówiąc, książki w Polsce jednak są drogie, jeśli spojrzymy na inne kraje i ich średnie zarobki. Mój stosunek do książek jest porównywalny do mojego stosunku do aparatów i sprzętów elektronicznych. Z aparatem w ręce muszę czuć się pewnie, bez obawy, że go upuszczę. Najlepsze zdjęcia powstają w trudnych warunkach. ale uszkodzenie jest możliwe nawet w specjalnej torbie podróżnej. Trzymanie sprzętu w ukryciu, żeby przypadkiem się nie popsuł, nie ma zupełnie sensu - wówczas nie robimy żadnych zdjęć.

Podobnie jest z książkami. Owszem,. nie powinniśmy ich niszczyć, ale bez obaw powinniśmy z nich korzystać. W końcu to normalne, że używane produkty mogą być odrobinę zniszczone.

Jaki jest Wasz stosunek do tego tematu? Nie da się ukryć, że w czytelniczym kręgu sprawa jest nieco (czyt. bardzo) kontrowersyjna. Ale moje zdanie jest proste - książki mają nam służyć, a nie my książkom.


7 komentarzy:

  1. No moją opinie ukształtowała filologia polska. Oraz fakt, że w moje ręce prawie nie wpadają książki nowe, śliczne i idealne. Moje książki są z biblioteki, są całe pogryzdane, pisane na maszynie, okładki to naprawdę rzadkość, wypadające strony, błędy w druku, wyrwane kartki - codzienność. Ale te wszystkie błędy i zniszczenia często dodają im uroku, a notatki po poprzednich studentach to skarbnica wiedzy. Nie hiperbolizuję, w "Wampirze" np. ktoś zaznaczał wszystkie fragmenty, gdzie obecna była muzyka, i wykorzystałam to w swoim licencjacie, a w "Pannach z Wilka" ktoś zwrócił mi uwagę, jak ważna jest symbolika koloru białego. Za to notatki tak zwane dyskusyjne prowadzą czasami do międzypokoleniowych dyskusji czytelniczych, a notatki użytkowe pozwalają dowiedzieć się, ile dawniej kosztowała studenta zupa i kotlet schabowy. To się nazywa dusza! Poza tym zwróćmy uwagę na fakt, że gdy książki były na wagę złota, a nie wódeczki, ich właściciele swobodnie po nich pisali, i dzisiaj jest to uważane za niezwykle cenne. Czemu my mamy się przed tym wzbraniać?
    Nie miałabym też problemu np. z tym, żeby oderwać od książki zniszczoną okładkę. Jeżeli nie jest ona dziełem sztuki, to nie będę miała żalu, jak się oderwie, bo najważniejsza jest treść.
    Z zasady nie wylewam na książkę kawy, bo to może zniszczyć czytelność, a nienawidzę wszystkiego, co utrudnia czytanie - zbyt wiele razy przebijałam się przez książki prawie nieczytelne. Ale z dwojga złego wolę kawę i zupę niż font bezszeryfowy :P
    Książka to dla mnie żywy przedmiot, jego główną rolą jest przekazywać dalej wiedzę, krążyć z rąk do rąk, rozszerzać krąg wtajemniczonych, dlatego też pożyczam książki bardzo często bezzwrotnie. Jak ktoś mi je zniszczy albo zapomni oddać - nie szkodzi, grunt, żeby przeczytał. Wiedza, przekaz, będą u mnie zawsze na pierwszym miejscu, estetyczne i zadbane są u mnie tylko książki, które są dziełami sztuki - komiksy, książki obrazkowe, podręcznik do typografii, książki o estetyce książki. One są cudowne, ale np. rzadko uczę się z tego podręcznika, bo boję się go czytać. Powinnam mieć drugi egzemplarz "na zaczytanie na śmierć" :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam podobne zdanie do Twojego. Jeżeli mam książkę, z której się czegoś uczę to nie mam oporów, żeby zaznaczać w niej fragmenty. Tak na prawdę często sobie robię notatki na marginesach i mam specjalny system oznaczania ;). I w sumie nie rozumiem bulwersowania się tym, że w książkach jest coś pozaznaczane. Skoro jest moja i mam z niej wynieść jak najwięcej to czemu nie? I tak jak Ty najbardziej dbam o książki, które są małymi dziełami sztuki ze względu na to jak są wydane.

    OdpowiedzUsuń
  3. W sumie ja zawsze zaznaczam, to moja książka i nie mam z tym problemu

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja generalnie jestem zdania, że każdy niech sobie robi ze swoimi książkami to, co chce. Sam kupił? Sam za nie odpowiada i sam o nich decyduje, tyle.

    Ale chciałam tu z innej beczki. Rozwala mnie sytuacja, kiedy ludzie na swoje książki chuchają i dmuchają, ale z biblioteki to już gną, łamią im grzbiety, jedzą przy nich ile wlezie, bo przecież to nie ich, no to po co mają dbać. Serio, znam takie osoby i czasem nawet obserwowałam ich poczyniania na instagramie i aż mi tatuaże poodpadały...
    Pozdrawiam ciepło :)
    Kasia z niekulturalnie.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdecydowanie to książki są dla ludzi ;) Powinniśmy z nich korzystać i czerpać jak najwięcej a nie tylko ustawić ładnie na półce :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Szanuję książki zarówno moje jak i te wypożyczone z biblioteki czy też od znajomych. Z drugiej strony lubię też czytać stare wydania, które przeszły już przez setki i rąk i nawet więcej. ;)

    OdpowiedzUsuń