poniedziałek, 15 października 2018

183. Mei - Long Hopgood "Jak Eskimosi ogrzewają swoje dzieci? Rodzicielskie przygody z całego świata"

Myślicie czasami, jak ludzie z drugiego krańca świata wychowują swoje dzieci? Jak ludzie na obrzeżach cywilizacji rozwiązują problemy, który my rozwiązujemy za pomocą narzędzi, dostępnych pod ręką przez rozwój cywilizacyjny? Jacy my bylibyśmy, gdyby przyszło nam urodzić się w zupełnie innej kulturze? No i... "Jak Eskimosi ogrzewają swoje dzieci?". 

Na tytułowe pytanie oraz wiele innych autorka odpowiedziała w swojej książce, wcześniej zdobywając fachową wiedzę od ekspertów oraz zbierając cenne wskazówki od rodziców z różnych stron świata. Bo chociaż świat jest różnorodny, rodzice często zmagają się z tymi samymi problemami podczas wychowywania swoich pociech.

Nie mam dzieci, ale po książkę sięgnęłam głównie z ciekawości poznawczej oraz swojego zainteresowania odmiennymi kulturami - tutaj można, a raczej trzeba podpiąć psychologię międzykulturową. Wiedząc już, że autorka konsultowała się z niejednym psychologiem oraz specjalistami z dziedzin pokrewnych, po prostu musiałam sięgnąć po tę pozycję. 

Mogę śmiało powiedzieć, że książka jest napisania w taki sposób, że zadowoli zarówno rodziców, jak i mniej lub bardziej zwyczajnego ciekawskiego. Wynika to z tego, że najpierw opisywana jest pewna sytuacja z punktu widzenia naszej i odmiennej kultury, a następnie wplecione są słowa innych rodziców oraz zdanie specjalistów. Stąd też autorka przekazuje praktyczną oraz teoretyczną wiedzę, a wiadomo - żeby wszystkie informacje miały zastosowanie, oba te czynniki muszą być uwzględnione. Na końcu prawie każdego rozdziału znajduje się podsumowanie lub zakończenie, którego forma dostosowana jest to tematyki zamykającego ustępu. 

Nie powiem, książka jest ciekawa, ale odrobinę rozczarowująca. Spodziewałam się większej liczby ciekawostek z różnych stron świata, a dostałam ich tak naprawdę garstkę, która została dokładnie opisana.

Wydawnictwo: Mamania
Data wydania: 2016
Liczba stron: 260
Przeczytane: 14.08.2018
Ocena: 5/10

piątek, 12 października 2018

182. Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilczyca"

Po niezbyt udanej lekturze "Wilka" Katarzyny Bereniki Miszczyk przyszedł czas na drugi tom serii, czyli "Wilczycę". Posiadając już pewne informacje o bohaterach oraz stylu autorki, do książki podeszłam odrobinę niechętnie, ale wiedząc, czego mogę się spodziewać. 

Margo może w końcu odetchnąć - zaczęły się wakacje, nie musi wstawać na sobotnie treningi pływania, przestali interesować się nią nawet pracownicy Instytutu, którzy prowadzą eksperymenty na młodzieży, a podana przez nich wilcza szczepionka nie uaktywniła się. Niebawem jednak wraca szkoła, a w tym samym czasie w okolicy zaczyna dochodzić do brutalnych morderstw. Wszystko wskazuje na atak dzikiego zwierzęcia. Czy to któryś z wilczych przyjaciół dziewczyny?

Powiem szczerze, że jestem pozytywnie zaskoczona. Między "Wilkiem", a "Wilczycą" istnieje ogromny przeskok, jeśli chodzi o styl autorki. Od razu czuć chociażby odrobinę większe doświadczenie i większą dojrzałość. Przejawia się to przede wszystkim w języku i konstrukcji powieści. Wciąż jest przewidująco, ale na czytelnika czeka więcej niespodzianek. 

Bohaterowie też są zupełnie inni. Wciąż nie brakuje im młodzieńczej naiwności oraz wykazują się ponadprzeciętnym sprytem (lub też szczęściem), ale przez swoje wakacje błyskawicznie dojrzeli. Nie sposób tego nie docenić, bo to właśnie ich charaktery oraz sposoby wypowiadania się przyczyniły się do tego, że druga część jest zdecydowanie lepsza od pierwszej. 

Mogę śmiało powiedzie, że "Wilczyca" jest kojąco przeciętna. Akcja jest barwna, przez co czytelnik może się choć trochę ubawić podczas czytania, choć trudno nazwać to dobrą rozrywką. Ot, szybka lektura na jesienny wieczór.

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 22.08.2018 
Liczba stron: 416
Przeczytane: 02.09.2018
Ocena: 3/10


środa, 10 października 2018

181. Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilk"

W Nowym Jorku zostawiłam wszystkich znajomych i całe dotychczasowe życie. Może nie było zbyt ciekawe, ale było moje. 

Kojarzycie te młodzieżowe książki fantasy, kiepsko napisane, ale pełne patosu? Pamiętam, że kiedy byłam nastolatką z ogromną chęcią sięgałam po młodzieżówki z pogranicza fantastyki, ale oprócz ciekawej historii, często zwracałam uwagę na styl. Wiele tego typu książek jest po prostu okropnie napisana – i jakoś mnie to nie dziwi.

"Wilk" to powieść o zwyczajnej dziewczynie, której rodzice postanawiają przenieść się z Nowego Jorku do małego miasteczka. Od tego czasu Margo nawiedzają koszmary, ale większą zmorą jest dla niej bycie nową osobą w szkole, w której każdy zna każdego. Obawy tylko częściowo okazują się słuszne - szybko zaprzyjaźnia się z szaloną Ivette, a przystojny Peter zaprasza ją na randkę. Z czasem przekonuje się również do cichego i skrytego Maxa. Ale czy wszystkim może ufać? Pełnia księżyca być może postawi wszystko w innym świetle. 

Czy po tym opisie nie jest już wiadome, jak sprawa się zakończy? Przyznam, że dawno nie spotkałam się z tak przewidywalną książką - obawiam się, że nawet jako mała dziewczynka mniej więcej przepowiedziałabym zakończenie. Mniej więcej, ponieważ mały element zaskoczenia był - niewielki, ale zawsze. 

Do lektury podeszłam zgodnie z radą autorki w przedmowie, że jest to napisana przez piętnastolatkę książka młodzieżowa i tak należałoby ją traktować. Jest to jednak poprawione wydanie -  Katarzyna Miszczuk utemperowała charakter Margo, dorzuciła kilka opisów i nową postać. Niewiele, a jednak. Reszty postanowiła nie zmieniać, żeby książka nie przestała odzwierciedlać jej nastoletniej wersji. Doskonale to rozumiem. 

Niemniej, jestem szalenie ciekawa, jak wyglądała wersja bez poprawki. Teraz książka nie jest nawet przeciętna - i nie mówię tego jak typowa osoba dorosła. Wciąż lubię książki młodzieżowe i widzę ich ogromny potencjał, doceniając głównie dobre historie, a zwracając mniej uwagi na styl. Tym bardziej, jeśli autorzy nie są zbyt doświadczeni (tutaj jest to debiut) i mają niewiele lat. 

Styl jest bardzo prosty, co zdecydowanie jest plusem, ponieważ czyta się błyskawicznie. Czasami wręcz łopatologicznie prosty, co kontrastuje z niektórymi wyrażeniami. Ale ważniejsza jest fabuła. Niestety, jest ona tak schematyczna, że podczas czytania można byłoby przejść do połowy i nie byłoby problemu ze zorientowaniem się w sytuacji. Zmienia się to odrobinę pod koniec książki, co mnie ogromnie ucieszyło. 

Bohaterowie też nie są nadzwyczajni. Pomijając aspekty ich genetyki, jak można wywnioskować po tytule. Są nieskomplikowani, charaktery dość stereotypowe (w opozycji do tych, którzy w sposób przewidywalny łamią stereotypy), niemniej nie są irytujący, jak to bywa w wielu lekturach dla młodzieży.  

"Wilk" to lekka powieść, którą czyta się i zapomina. Nie wnosi nic do życia czytelnika i trudno powiedzieć, żeby mogła zagwarantować mu dobrą zabawę. Patrząc na obecny rynek wydawniczy ani trochę nie rozumiem, dlaczego książka została wznowiona - rozumiem zainteresowanie autorką w ogóle, ale na półce z młodzieżówkami znajdziemy przytłaczającą liczbę lepszych lektur.

Najważniejsze, że wiem, kim jesteś dla mnie...

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 22.08.2018 (2006)
Liczba stron: 320
Przeczytane: 31.08.2018
Ocena: 2/10

środa, 3 października 2018

180. Karl Whitney "Dublin. Miasto nieodkryte"

Od mojej podróży do Dublina minęło już prawie pięć miesięcy, a ja tysiące razy zdążyłam się stęsknić. Owszem, może miasto nie jest zapierające dech w piersiach, ale dla mnie zawsze będzie osobistym symbolem. To miejsce, które ma swój czar i niepowtarzalną atmosferę - nic dziwnego, że zakochałam się od razu. 

Podobnie jak natychmiast po zobaczeniu musiałam mieć książkę "Dublin. Miasto nieodkryte". Moją uwagę zwróciło przede wszystkim ostatnie słowo tytułu. Nieodkryte. Tak, to zdecydowanie coś dla mnie. Podczas wizyty w Dublinie kręciłam się po mniej lub bardziej turystycznych miejscach, ale, prawdę mówiąc, do najbardziej oklepanych miejsc raczej nie zajrzałam (pomijając te, które naprawdę chciałam odwiedzić). Zdecydowanie lubię schodzić ze szlaku i wybierać bardziej urokliwe miejsca, w których jest mniej turystów. 

Spodziewałam się więc po tej książce czegoś zaskakującego. Tym bardziej, że autor - Karl Whitney związany jest w Dublinem od zawsze. Wydawać by się mogło, że ktoś taki pokaże nam miejsca, które mało kto zna. Niestety - tak się tylko mogło wydawać. 

Owszem, książka zawiera kilka informacji, które mnie zaskoczyły, jednak nie było ich zbyt wiele. Tematyka też jest uboga, a niektóre rozdziały są niemalże o tym samym. Co więc mamy w tej pozycji? Ścieki, rzeki, James Joyce, przedmieścia, deweloperzy i opuszczone osiedla. Tak, to wszystko - jest naprawdę ubogo. 

Jak to możliwe, że na ponad dwustu stronach zmieszczono tak niewiele? Cóż, kiedy połowę miejsca zabierają liczne informacje o autorze, trudno upchnąć w książce niewiele więcej. W lekturze o mieście dowiedziałam się o przejażdżce rowerowej autora, przeprowadzkach, jego rodzinie, historii edukacji, jakimi autobusami jeździ, co wypił... Naprawdę? Kiepsko. 

Mam wrażenie, że nie poczułam w ogóle klimatu Dublina. Po przebrnięciu przez wstęp popadłam w melancholię ze względu na znajome nazwy miejsc, z którymi tak emocjonalnie się związałam. Gdyby nie to, zapewne w ogóle nie poczułabym nic podczas tej lektury. 

Jeśli ktoś planuje wycieczkę do Irlandii lub uwielbia książki o tym kraju, może spokojnie odpuścić sobie tę lekturę. Co prawda zaznaczyłam tam całkiem sporo miejsc, które planuję jeszcze odwiedzić, ale więcej można dowiedzieć się nawet z przewodnika. Założę się, że tam nawet te miejsca zostały lepiej przedstawione. 


Wydawnictwo: Magnum
Data wydania: 2014
Liczba stron: 216
Przeczytane: 12.09.2018
Ocena: 3/10