7/01/2020

7/01/2020

232. Jojo Moyes "W samym sercu morza"

232. Jojo Moyes "W samym sercu morza"


- Panie komandorze - powiedziała - jedyni ludzie, którzy znają odpowiedzi na wszystkie pytania, to ci, którzy nigdy nie stanęli w obliczu pytań. 

Uwielbiam poznawać nowe fakty historyczne całkowicie przypadkiem, ale jestem wniebowzięta, kiedy dzieje się to za pomocą książek - szczególnie po których w życiu bym się tego nie spodziewała. Kilka dni temu nie postawiłabym nawet złamanego grosza, że w po raz pierwszy przetłumaczonej na język polski pozycji Jojo Moyes poznam kawałek nieznanej mi historii. 

"W samym sercu morza" to opowieść o australijskich kobietach, które podczas wojny wyszły za mąż za brytyjskich żołnierzy, stacjonujących wówczas na kangurzym kontynencie. Po wojnie rząd brytyjski postanowił ściągnąć te młode kobiety do siebie, a one znajdowały w sobie siły, aby wejść na pokład statku i wyruszyć w odległą podróż, nierzadko do mężczyzn, których widziały zaledwie kilka razy w życiu, a także mało lub całkowicie nic nie wiedząc o ich codziennym życiu w Wielkiej Brytanii. Zdarzało się, że w listach panowie obiecywali im wiele, choć w Wielkiej Brytanii ich życie było już ułożone, o czym młode żony nie miały pojęcia. Mimo wszystko, płynęły w nieznane z wielką ufnością i miłością w sercu. 

Ten wątek historyczny został przedstawiony na podstawie losów kilku kobiet - przede wszystkim różniących się od siebie żon, które w normalnych okolicznościach najprawdopodobniej nigdy nie zamieniłyby ze sobą słowa. Każda z nich jest inna i każda z nich ma diametralnie różną relację z mężem. Tymczasem Jean, Margaret, Frances i Avice zamknięte są w jednej ciasnej kajucie.

To właśnie bohaterki są głównym atutem powieści. Ich kreacje są naprawdę bardzo dobre - każda z nich inna, wzbudzająca ciekawość, przedstawiona w sposób budujący napięcie, z własną przeszłością. Chociaż niektórych fragmentów ich historii można się domyśleć, postacie nie są zbyt przewidywalne, a już na pewno nie są przesadzone w żadną ze stron - ot, naturalne i prawdopodobne do spotkania w realnym świecie. 

Niewątpliwym plusem okazało się dla mnie zakończenie. Nie za słodkie, ale też nie za bolesne - wyważone i możliwe. Nic dziwnego, skoro historia jest inspirowana prawdziwą historią, na dodatek samej babci autorki. Rodzinne konotacje nie wprowadziły jednak pudrowej ckliwości, o nie, wszystko było w odpowiednich dawkach. A jeśli chodzi o inspiracje prawdziwymi wydarzeniami, zawsze są one mile widziane. Tym bardziej, kiedy dotykają zdarzenia mało znanego w społeczeństwie. 


Muszę jednak przyznać, że chociaż samo zakończenie bardzo mi się podobało, nie było ono specjalnie zaskakujące. Chociaż na łamach wydrukowanych stron rozgrywają się wzniosłe, szczęśliwe i tragiczne momenty, nie było dla mnie prawie żadnego elementu zaskoczenia. Jednocześnie, choć brzmi to sprzecznie, nie było nic do bólu przewidywalnego. Autorka bazowała na bardzo prawdopodobnych historiach, choć niekoniecznie dawała jasne wskazówki co do dalszych losów bohaterek. Mamy do czynienia ze schematami, które może aż tak mocno nie są wyeksploatowane w literaturze, co nie znaczy, że nie są spotykane. 

Niestety, to wrażenie było potęgowane przez brak wartkiej akcji. Nic dziwnego, skoro przez całą książkę bohaterki... po prostu płynęły. To nie były dramatyczne sceny statku wojennego lub tonącego Titanica, zdecydowanie nie. Dopiero ostatnie 150 stron rozkręciło powieść tak bardzo, że ciężko było odłożyć ją na bok. To właśnie te ostatnie rozdziały zaważyły na końcowej pozytywnej ocenie. 

Monotonną akcję zazwyczaj można wybaczyć, kiedy książka - a szczególnie romans - przepełniona jest inspirującymi przemyśleniami podmiotu lub narratora. Tutaj tego nie dostrzegłam. Owszem, opisy i przemyślenia są obecne, jednak pozostaje spory niedosyt, jeśli weźmiemy pod uwagę ich jakość. O ile zazwyczaj zaznaczam sporo cytatów w książkach, tutaj nie zaznaczyłam prawie żadnego. Ten fakt nie byłby tak rozczarowujący, gdyby wątek historyczny był mniej ciekawy, a położenie młodych żon całkowicie zwyczajne. 

Dotychczas przeczytałam tylko jedną pozycję Jojo Moyes i zauważam pewne podobieństwo - poprawność stylu, względna przewidywalność, dobrze odzwierciedlony portret psychologiczny bohaterów oraz zbyt duża liczba stron. "W samym sercu morza" uważam za pozycję po prostu czwórkową, dobrą, zwyczajnie poprawną. Gdyby odciąć jej znaczącą część stron, lektura na pewno byłaby ciekawsza, a akcja zdecydowanie żywsza. 

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 01.07.2020
Liczba stron: 544
Przeczytane: 30.06.2020
Ocena: 5/10


5/28/2020

5/28/2020

231. Podsumowanie marca i kwietnia

231. Podsumowanie marca i kwietnia


Musicie przyznać, że ostatni czas jest szalony. Marzec wywrócił życie do góry nogami większości z nas - w tym też u mnie. Może właśnie dlatego nie mam pojęcia, jak to się stało, że mamy koniec maja, a ja jakimś cudem przegapiłam moment na opublikowanie wpisu na podsumowanie marca i kwietnia? Zatem do dzieła - dziś przychodzę do Was z czytelniczym podsumowaniem tych dwóch miesięcy. 

W marcu udało mi się przeczytać 21 książek, co dało 8300 stron. Jak to możliwe?! Nawet nie chcę wiedzieć, ale tak właśnie wyszło. Co więc było na marcowym stosie? Praktycznie same rozczarowania - "Jaga", "Miasteczko zbrodni. Dlaczego zginęła Iwona Cygan", "Ciemno, prawie noc", "Nie zapomnij o mnie", "Cokolwiek wybierzesz", "Paranoja", "Hotel Varsovie. Bunt chimery", "Hanka. Pierwsza powieść o Ordonównie", "Vatran Auraio", "Gliny z innej gliny", "Witchborn. Córka czarownicy", "Na haju do raju. Życie na Fidżi i Vanuatu", "Czas pogardy", "Jak rozmawiać z dziećmi, kiedy ktoś umiera" i "Matka, która nie miała matki". Pojawiło się kilka bardziej neutralnych pozycji, czyli tych naukowych - "Socjologia narodu i konfliktów etnicznych", "Skuteczna rekrutacja i selekcja pracowników", "Dobór personelu" i "Psychologia kliniczna - tom 1". Do dobrych lektur z marca zaliczam niewiele tytułów - "Sztywniak" oraz "Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości". 

Jeśli jesteście pod wrażeniem mojej kondycji czytelniczej w marcu, zdziwicie się na wieść, że w kwietniu przeczytałam... okrągłe 0 książek. Tak, dobrze czytacie. Taką mam już chyba naturę, że jeśli jeden miesiąc czytanie idzie mi rewelacyjnie, w kolejnym książki mnie parzą w dłonie oraz oczy. To drugie, patrząc na ilość kiepskich lektur w ostatnim czasie, jest dość prawdopodobne... 

Przez liczne zawirowania, na blogu także zrobiło się cicho. W marcu pojawiły się 4 posty czytelnicze podsumowanie stycznia i lutegomój wywód o braku wiary w książki oraz 2 opinie - opinia o "Sprzedanej" oraz o "Prostytutkach". W kwietniu, podobnie jak z czytaniem, okrągłe 0. 

A jak Wasza kondycja czytelnicza? Mam nadzieję, że na kwarantannie cały czas słychać u Was szelest stron. 

5/01/2020

5/01/2020

230. Mary Roach "Sztywniak. Osobliwe życie nieboczszyków"

230. Mary Roach "Sztywniak. Osobliwe życie nieboczszyków"

Śmierć jest zjawiskiem, które budzi wiele emocji, głównie tych negatywnych. Może oznaczać utratę kogoś bliskiego, cierpienie konającego, a także strach z powodu nieznajomości życia pośmiertnego. Rodzi wiele pytań, na które ludzie od dawna szukali odpowiedzi - czy to w naturze, filozofii czy religii. Na całe szczęście postęp nauki sprawia, że o umieraniu wiemy coraz więcej - w szczególności o tym, co się dzieje z ciałem tuż przed, w trakcie i po śmierci. Odpowiedzi na te nurtujące pytania dostarczają nam, oczywiście, zmarli - we własnej osobie.

Mary Roach i ja mamy tę samą cechę - jesteśmy ciekawskie. Od dziecka chciałam wiedzieć więcej o umieraniu, a śmierć jawiła mi się jako fascynujące zjawisko, które można badać, badać, badać, a i tak pozostaną w niej niezbadanie obszary. W mojej głowie pojawiały się pytania, na które nie mogłam znaleźć odpowiedzi, a których zadawać często nie wypada.

Z pomocą przyszła Mary Roach, która nie bała się formułować głośno niewygodnych pytań. Jej zainteresowanie śmiercią okazało się być szerokie, co w połączeniu z głodem wiedzy poskutkowało szerokim wachlarzem zagadnień w książce "Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków". Umarli, wbrew pozorom, nie są aż tak nudni. Chociaż teoretycznie nie wykonują żadnych czynności, to ich ciała są wykorzystywane do wszelakich celów. Autorka zajęła się tematem przekazywania zwłok w celach naukowych, jednak nie ograniczyła się do jednej dziedziny nauki.

Ponadto, Mary Roach bardzo poważnie podeszła do każdego zagadnienia, wnikliwie zagłębiając temat. Każdą myśl sprawdzała w pozycjach naukowych, dzięki czemu bez problemu wskazuje źródła swojej wiedzy oraz podaje konkretne badania z danego obszaru. Co najciekawsze, w celu napisania książki spotkała się z wieloma ekspertami. Każdy omawiany przez nią temat zgłębiła rozmową z ekspertem. Mało tego - najczęściej spotkania odbywały się w miejscu pracy naukowców, co oznaczało wizytę w laboratorium, przyglądanie się gnijącym ciałom lub bierne uczestnictwo w szkoleniu, podczas którego lekarze medycyny estetycznej zajmowali się głowami nieżyjących pacjentów.

Największym atutem pozycji jest jednak styl. Aby książka popularnonaukowa była ciekawa i dobrze się ją czytało, musi być napisana lekko oraz zabawnie. Zbyt żartobliwy ton nie był tutaj wskazany, jednak sztywność (jakże to wymowne...) byłaby nie do przebrnięcia. Mary Roach w obliczu tak dużego wyzwania, wykazała się niezwykłą dojrzałością i szacunkiem. Było poważnie, kiedy zagadnienie wymagało zachowania klasy, ale wysublimowany humor autorki sprawiał, że wiedza zaprezentowana w książce sama się przyswajała. Pisarka zadbała o to na samym wstępnie, prezentując swoją postawę wobec zagadnienia śmierci - nauka, szacunek, ale także eleganckie przekazanie wiedzy.

Książkę bezsprzecznie polecam, choć jestem zdania, że konieczna jest jej aktualizacja. Pojawiło się mnóstwo nowych ciekawostek ze świata umarłych a najnowsze badania rzucają nowe światło na wiele z omówionych aspektów. Kilkukrotnie podczas czytania łapałam się na tym, że na studiach prezentowano mi zupełnie inną wiedzę - zdecydowanie nowszą. Niemniej, warto przeczytać!

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 03.07.2019 (25.01.2010)
Liczba stron: 296
Przeczytane: 29.03.2020
Ocena: 7/10

3/20/2020

3/20/2020

229. Piotr Mieśnik i Magda Mieśnik "Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości"

229. Piotr Mieśnik i Magda Mieśnik "Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości"


Kilka lat temu miałam okazję przeczytać reportaż "Czarodzejki.com" Ewy Egejskiej, która spisała historie kilku prostytutek. Autorka dobrała wówczas kobiety, które były naprawdę różne - nie tylko pod względem osobowościowym, ale także z powodu sytuacji życiowej oraz motywacji do pracy w seksbiznesie. Teraz w moje ręce trafiła inna lektura o tej tematyce. 

"Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości" to nic innego jak kulisy pracy prostytutek oraz innych, związanych z nimi ludźmi - od alfonsów po lekarzy. Piotr Mieśnik i Magda Mieśnik dotarli do różnych osób z branży erotycznej, a także zbadali akta głośnych spraw, które dotyczyły handlu ludźmi i wykorzystywania seksualnego. 

Temat prostytucji jest trudny i bardzo delikatny. Bardzo łatwo zrobić z tego tanią sensację, kiepski harlequin lub moralizatorski przykład zepsucia. Społeczeństwo unika tego tematu, udając, że w promilu kilkuset kilometrów nie ma osób, które są związane z prostytucją. Nic dziwnego. Większość z nas posiada stereotypowy obraz prostytutki, który wyklucza bycie dobrym człowiekiem, przykładną matką, pilną uczennicą, bogatą prawniczką lub wspierającą żoną. Ludzie wykluczają prostytutki ze społeczeństwa, ale one  są w nim są obecne i najczęściej nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. Muszę przyznać, że z tak specyficznym tematem autorzy poradzili sobie mistrzowsko. 

Dobór osób w książce sprawił, że poznajemy branżę z każdej możliwej strony. Poruszone zostały głośne sprawy znanych celebrytów, bogatych i wpływowych biznesmenów, a także osób, które możemy mijać codziennie na ulicy, nie domyślając się nawet ich drugiego życia. Poznajemy historię transwestyty, który w swojej małej miejscowości jest zwykłym chłopakiem. Są kobiety, które zostały zgwałcone. Są mężczyźni, który zostali porwani i zmuszeni do pracy w burdelu. Są masażystki erotyczne. Są starsze panie. Są panowie, którzy korzystają z usług prostytutek. Są tirówki i są ekskluzywne panie do towarzystwa. Są swingersi. Są uzależnieni od narkotyków alfonsi. Są nieletnie galerniki. Są naprawdę wszyscy, wiec w książce dostajemy swoisty przegląd ofert i prawdziwy pogląd sytuacji w Polsce. Do całości brakuje tylko osób z gałęzi pornograficznej. 

Przytoczone zostały akta spraw, wywiady z przeróżnymi osobami, zalecenia lekarzy, badania seksuologów, statystyki... Otrzymujemy więc wiadomości z pierwszej ręki lub ze sprawdzonych źródeł. Jestem pełna podziwu dla autorów za tak profesjonalne podejście do tematu oraz staranne przygotowanie, które z pewnością musiało być nie tylko czasochłonne, ale też męczące ze względu na trudność dostępu do odpowiednich osób. 

Sposób prezentacji poszczególnych historii oraz styl autorów to zdecydowanie atuty książki, którą czyta się błyskawicznie. Użyty język jest prosty, nieoceniający i niestygmatyzujący. Nie ma tutaj miejsca na ocenę lub morale. Są za to suche fakty, które są wystarczająco wstrząsające. W gestii czytelnika pozostaje (lub też nie) stworzenie opinii o wspomnianych ludziach oraz moment na zastanowienie się nad mechanizmem świata, w którym od zawsze seksbiznes pełnił jakąś funkcję. 

Reportażowi trzeba też coś jasno przyznać - jest po prostu ciekawy. Nie mam tutaj na myśli, że seksbiznes jest wspaniały i fascynujący, jednak pod pewnymi względami budzi zainteresowanie - szczególnie pod tymi psychologicznymi. Odpowiednio poprowadzone wątki sprawiły, że lektura była naprawdę intrygująca - czasami zabawna, czasami smutna, a czasami przerażająca. 

"Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości" to nie lada gratka dla fanów literatury faktu, ale sądzę, że każdy może zaspokoić swoją ciekawość. Piotr Mieśnik i Magda Mieśnik dobrze odrobili lekcje i przygotowali solidny reportaż o pracy prostytutek. 

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 29.01.2020
Liczba stron: 320
Przeczytane: 17.03.2020
Ocena: 9/10

3/11/2020

3/11/2020

228. Papier przyjmie wszystko. Dlaczego przestałam wierzyć w książki?

228. Papier przyjmie wszystko. Dlaczego przestałam wierzyć w książki?


Mam wrażenie, że współczesne nośniki informacji mają swoją niepisaną rangę. Pomimo tego, że obecnie każdy z nas może za pomocą internetu stać się osobą publiczna, telewizja i książki mają swoją społeczną wartość. Internetowi twórcy głośno krzyczą na Instagramie, kiedy zostają zaproszeni do telewizji - to podnosi ich wartość. Muszą być ważni, skoro pojawią się w programie telewizyjnym. Telewizja to jednak nie wszystko. Aby udowodnić swoją mądrość, trzeba wydać książkę. 

Jeszcze kilka lat temu wydanie książki miało wielką rangę. Jeśli pisano o kimś, ten ktoś musiał być wartościową, mądrą i inspirującą osobą, która odniosła znaczący sukces. Dziś biografie o ludziach bez nazwiska wydawane są szturmem. Nic nie mówiące pseudonimy krzyczą głośno z zaproszeń na spotkania autorskie. Dlaczego powinnam przeczytać ich historię? Co odnieśli w życiu? Do czego mogą mnie zainspirować? Schemat jest często bardzo podobny. Wykreowany problem, który pokonali sami. Drobne kłótnie, które od razu nazywane są prześladowaniem i hejtem. Problemy, z którymi każdy z nas zmaga się na co dzień, zostają wyolbrzymione do niebotycznych rozmiarów. A za tym stoi sprzedaż i to wcale nie książek. Kupcie moje koszulki, kupcie moje kubki, kupcie bilety na spotkanie ze mną... Dlaczego miałabym kupić spotkanie z Tobą? Dlaczego masz być bardziej wartościowy od spotkania z moją przyjaciółką, skoro mam zapłacić za te 2 godziny?

Youtuberka radzi, jak samemu wyjść z zaburzeń odżywiania. Blogerka parentingowa mówi, co to znaczy dobrze wychować dziecko. Domorosły psycholog pomaga wyjść z depresji w magiczny sposób - po prostu przestań być smutny. Szafiarka wskazuje Ci miejsce na idealne wakacje, nie wspominając o wcześniejszym przygotowaniu się na ewentualne niebezpieczeństwa. Doradca finansowy zarabia na swój sukces jednym sposobem - Twoją głupotą. 

Książki o niczym. Papier przyjmie wszystko. Kiedyś to, co zostało wydrukowane, było świętą prawdą. Nie drukowało się byle czego. Dzisiaj nie można zaufać nawet książkom naukowym. W dziale "psychologia" leżą same gnioty i poradniki motywacyjne. Ciężko wybrać dobry podręcznik akademicki, ponieważ w wielu z nich powielane są wciąż te same błędy. Trudno o rzetelną książkę o zdrowym odżywianiu, ponieważ większość z nich nie opiera się na naukowych badaniach. Dostęp do wiedzy eksperckiej jest dramatycznie utrudniony przez gąszcz kłamstw. To, co znajduje się w książce, wcale nie jest świętą prawdą. Obdzieramy książki z mądrości.

Jeszcze kilka lat temu trzeba było mieć w zanadrzu dobrą historię, nietuzinkowy styl i warsztat pisarski. Dzisiaj dobrą literaturą nazywany jest pierwszy lepszy erotyk, w którym przewijają się w kółko te same frazesy. Kiedyś piękno literatury opierało się na wyszukanych słowach, dziś - na tandetnych okładkach z nagimi torsami umięśnionych mężczyzn. Część wydawanych autorów nie potrafi zachwycić nas magią słów, nie bawi się stylem, nie eksperymentuje zdaniami. Wydawnictwa pomijają korektę, więc w tekście coraz częściej znajdujemy liczne błędy - nawet te ortograficzne. 

Książki przestały być atrybutem mądrości. Dzisiaj każdy z nas może wydać książkę. Każdy. Nawet ten, który nie ma nic wartościowego do powiedzenia i swoją niewiedzą może zaszkodzić drugiemu człowiekowi. Żeby poszukać dobrej pozycji, trzeba przeczytać kilka, a nawet kilkadziesiąt recenzji (które często są pozytywne, bo nie wypada pisać negatywnie, skoro dostało się darmową książkę). Żeby przeczytać książkę naukową, wcześniej trzeba zostać ekspertem, żeby wiedzieć, czy ktoś nie wciska nam nieprawdy. Paradoks, prawda?

Krzyczymy, że ekologia powinna być naszym priorytetowym stylem życia. Tymczasem hurtowo marnujemy papier na drukowanie idiotyzmów. Równie dobrze większość wydawniczego chłamu mogłaby być tworzona jako papier toaletowy z nadrukowaną historyjką.

Na zakończenie dla kolegów i koleżanek z blogów książkowych - piszcie szczere recenzje. Jeśli wydawnictwo dostanie negatywną opinię o danym tytule, może przemyśli wydanie podobnego szajsu. 
Copyright © Pikkuvampyyrin kirjamaailma , Blogger