piątek, 11 października 2019

217. Jaś Kapela "Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać"

Mój gust literacki zdecydowanie mnie nie zaskakuje, ale półka z ulubionymi książkami już tak. Kiedy przyglądam się swoim ukochanym tytułom, jestem zdumiona ich różnorodnością. Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, czy na tej półce znajdują się choćby dwa podobne dzieła. Nic nie wskazywało, że dołączy do nich "Polskie mięso" Jasia Kapeli. 

Gdybym wykazywała zainteresowanie przeróżnymi skandalami, na pewno bardzo dobrze znałabym nazwisko autora. Gdybym przykładała uwagę do wszelakich kreacji medialnych, wiedziałabym o Jasiu Kapeli więcej. Gdybym kierowała się stereotypami, nigdy nie przeczytałabym tak wartościowej książki. Nie da się ukryć, że "Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać" jest pozycją ważną i wartościową. Jeśli ktoś ma obiekcje, powinien odsunąć od siebie na moment przywiązanie do swojej diety oraz emocje,  jakie wywołuje w nim wizerunek autora. 

Tytuł sugeruje, że jest to pozycja o drodze do porzucenia mięsnych posiłków. Nic bardziej mylnego. Owszem, pisarz dzieli się poradami i pokazuje, że większość produktów pochodzenia zwierzęcego obecnie można bardzo łatwo zamienić tymi pochodzenia roślinnego. Podrzuca także wskazówki dla początkujących wegan, którzy za sugestią pisarza trafią prosto do odpowiednich źródeł i gotowych przepisów. To jednak nie wszystko. 

Droga autora to weganizmu to jedno, a książka pokazuje coś znacznie ważniejszego - prawdę o produkcji żywności. Wzmianka o strachu w tytule nie jest tylko ozdobnym dodatkiem. Często mówi się, że weganie rezygnują z mięsa, ponieważ nie chcą krzywdzić zwierząt, natomiast całkowicie zapomina się o lęku. Owszem, produkcja żywności często pozostaje dla nas tajemnicą i nie roztrząsamy się nad każdym spożywanym produktem, jednak to właśnie mięso budzi najwięcej niepewności. 

Jaś Kapela na dwa sposoby przedstawił mięsną gałąź przemysłu. Po pierwsze - powołał się na sprawdzone i rzetelne źródła, cytując badania, raporty, słowa fundacji i znających się na rzeczy osób. Po drugie - zbadał rynek od wewnątrz, zatrudniając się incognito w odpowiednich miejscach, a także docierając do osób pracujących w branży. To właśnie dało rzeczywisty obraz przemysłu - w oczach przedsiębiorców konsument jest chodzącym banknotem i nie jest traktowany ani odrobinę lepiej od zwierząt w ubojniach. Kłamstwa sprawiają, że ludzie ze smakiem jedzą podobno zdrowe, ekologiczne produkty ze zwierząt, które rzekomo żyją na niebiańskiej farmie. 

Niemniej, największą wartością jest stanowisko autora. Chociaż sam jest weganinem, nie nakazuje nikomu wyboru diety. Książka nie ma na celu głośnego nawoływania do weganizmu poprzez wpajanie czytelnikowi, że jego gust kulinarny przyczynia się do cierpienia zwierząt. Nie, nie, nic z tych rzeczy. To tylko (i aż!) zbiór cytatów z badań oraz obraz przemysłu mięsnego. Co czytelnik z tym zrobi, to już jego sprawa. 

Na okładce znajdziemy informację, że książkę poleca się weganom i pożeraczom mięsa. Podpisuję się pod tymi słowami, ponieważ zawsze warto wiedzieć więcej. Weganie przy tej książce mogą się odrobinę nudzić, bowiem nie znajdą tutaj nic, czego by nie wiedzieli. Jednak wielbiciele schabowego o niektórych rzeczach dopiero dowiedzą się z lektury - to dobrze, bo świadomość jest bardzo ważna. Jeśli ktoś nie zmieni diety pod wpływem tej wiedzy, to będzie wiedział, co znajduje się na jego talerzu i jak tam trafiło. Może świadomość sprawi, że mniej żywności będzie lądowało w koszu. 

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Data wydania: 30.09.2018
Liczba stron: 320
Przeczytane: 07.04.2019
Ocena: 9/10

środa, 9 października 2019

216. Witold Szabłowski "Jak nakarmić dyktatora"

Moje zrozumienie niechęci wobec historii jest bardzo powierzchowne, o czym zdałam sobie sprawę przy okazji ostatniej lektury - najnowszej książki Witolda Szabłowskiego. Wydawało mi się, że rozumiem ludzi, którzy nie przepadają za historią, chociaż sama ją uwielbiam. Moja wyrozumiałość okazała się pobieżna, wynikająca z ogólnej życzliwości. 

Prawda jest taka, że historia jest zbyt potężnym i ogólnym zagadnieniem, żeby jej nie lubić. Każdy może znaleźć w niej coś dla siebie. Historia to życie codzienne, muzyka, kino, teatr, maszyny, rozwój cywilizacji, miasta, architektura, moda, ludzie, technologia, podróże, literatura, medycyna, przyroda... Historia to wszystko. Kwestia znalezienia odpowiedniej tematyki. Witold Szabłowski uzmysłowił mi to za pomocą książki "Jak nakarmić dyktatora". Historia to też kuchnia i, wbrew pozorom, kuchnia może wpłynąć na wszelakie decyzje mniej lub bardziej ważnych osobistości. 

Mówi się, że od żołądka do serca. Od żołądka także do mózgu - i nie mówię tu tylko o dostarczaniu odpowiednich składników odżywczych. Jedzenie poprawia nam humor. Pewne smaki przywołują miłe lub złe wspomnienia, a posiłki mogą nas zachwycić. Ogólnie kuchnia wpływa na nasz stan emocjonalny, a to jest ściśle związane z procesem decyzyjnym. Pojawia się więc pytanie, co jedli dyktatorzy przed podejmowaniem ważnych decyzji? 

Na to pytanie odpowiada autor "Jak nakarmić dyktatora". Witold Szabłowski dotarł do żyjących kucharzy kilku dyktatorów, żeby dowiedzieć się co nieco o życiu tyranów - tym razem od kuchni. W roli satrapów pojawiają się: Saddam Kusajn, Pol Pot, Fidel Castro, Idi Amin i Enver Hodża. Ich rządy pokazane są z perspektywy osób, które przygotowywały im posiłki nie tylko za czasów ich największej sławy. 

Kucharze dyktatorów w rozmowie z autorem mogli obalić przeróżne mity na temat diety swoich pracodawców. Spożywanie ludzkiego mięsa - przede wszystkim mięsa zabitych wrogów? To nonsens. Uchylają rąbka tajemnicy o specjalnych i ukochanych posiłkach tyranów, a nawet sprzedają magiczne triki lub całe przepisy na swoje popisowe dania. Ze słów gastronomów możemy dowiedzieć się, jakimi ludźmi byli tytułowi dyktatorzy - bo przecież nie rządzili całymi dobami, ale z pewnością przez całe doby byli ludźmi, jakichkolwiek rozkazów by nie wydali. 

Książka jest ciekawa nie tylko ze względu na historię, ale też kulturę i opowieści o różnych krajach. Witold Szabłowski ujął mnie swoimi reportażami o Turcji, malując mi w głowie obraz tego państwa. Tym razem także zabrał mnie w odległą i niezwykłą podróż do różnych zakątków świata. 

Jeśli kogoś nie interesuje historia i/lub kultura, to lektura może się okazać dla niego atrakcyjna ze względu na kuchnię. Uwierzcie mi - zapachy przypraw aż biją ze stron książki, a para z garnków niemalże przecieka przez okładkę. Czasami pomiędzy smakowitymi opisami pojawiają się zdjęcia, a one dodają pikanterii całemu menu - i nie zakłóca tego nawet brak kolorów fotografii. Czarno - białe migawki przedstawiają nie tylko słynne dania,  ale także kucharzy lub restauracje. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam "Jak nakarmić dyktatora". Jeśli lubicie historię, podróże, obce kultury, to książka na pewno przypadnie Wam do gustu. Z kolei lekkość słów Witolda Szabłowskiego sprawi, że lektura będzie szybka i przyjemna.

Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 18.09.2019
Liczba stron: 320
Przeczytane: 02.10.2019
Ocena: 7/10

poniedziałek, 30 września 2019

215. "Ptaki czarownicy. Baśnie fińskie"

Nie ma nic bardziej magicznego od szczypty słów zamkniętych w przepięknych opowieściach. A gdzie szukać największego skupiska czytelniczej magii? Oczywiście, że w baśniach. 

Już od dawna marzyłam o upolowaniu "Ptaków czarownicy", czyli fińskich baśni. Znalezienie czegokolwiek z literatury fińskiej graniczy z cudem. Nie mówiąc już nawet o tych starych książkach - wspomniany zbiór fińskich baśni został wydany przez Wydawnictwo Poznańskie w 1988 roku. Magia wydawała się być potrzebna do poszukania tej książki, jednak niespodziewanie sprawnie udało się ją znaleźć i bardzo szybko była już u mnie. 

"Ptaki czarownicy" to, oczywiście, zbiór fińskich baśni - tych mniej i tych bardziej znanych. Większość z nich jest mniej znana nawet w Finlandii, co całemu zbiorowi dodaje uroku. Uwielbiam ogromne zbiory regionalnych gawęd, ponieważ wtedy czytam coś nowego. Baśnie fińskie były dla mnie czymś prawie nieznanym - tylko kilka z nich znałam już wcześniej. 

Jakie są fińskie baśnie? Inne. Bardziej surowe, czym przywodzą na myśl dalekie i bezludne części północnej Finlandii oraz klimat tamtych rejonów. Są też bardziej abstrakcyjne i do zrozumienia ich często trzeba pozbyć się zdroworozsądkowej logiki. Zarazem są także bardziej konkretne - język jest prosty i dosadny, więc dialogi przypominają stereotypową rozmowę Finów. 

"Ptaki czarownicy" polecam osobom, które zakochane są w magicznych opowieściach. Ci, który kochają północne kręgi, koniecznie muszą przeczytać tę książkę. Jestem pewna, że dadzą się zaczarować fińskim słowom.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Data wydania: 1988 rok
Liczba stron: 303
Przeczytane: 15.06.2019
Ocena: 8/10

poniedziałek, 16 września 2019

214. Tomek Cze "Komornik, czyli śmieszna opowieść o emigracji"

Uwielbiam książki o Irlandii pisane z polskiego punktu widzenia, ponieważ świetnie obrazują różnice kulturowe. Już wcześniej miałam okazję przekonać się, jakie śmieszne sytuacje z tego wynikają. Kiedy więc znajomi polecili mi "Komornika, czyli śmieszną opowieść o emigracji", nie zastanawiałam się zbyt długo i zamówiłam książkę.

Książka Tomasza Cze powstała na podstawie przeżyć autora, który zmuszony został do wyjazdu z Polski. Powód? Prawie taki sam jaki miała większość ludzi, wyjeżdżających za granicę jeszcze kilkanaście lat temu - problemy finansowe, chęć lepszego zarobku, życie na wyższym poziomie.

To podobno najlepsza opowieść o emigracji. Naprawdę? Bardzo, ale to bardzo w to wątpię. Wiem, że o książce nie świadczy okładka ani wydanie, jednak tutaj formatowanie tekstu (lub też raczej jego brak) skutecznie utrudniało czytanie. Raz na jakiś czas fragmenty nie zostały wyjustowanie, co wprawiało mnie w stan niezwykłej irytacji. Kto by się spodziewał, że tak drobna rzecz okaże się tak upierdliwa.

Sama jakość słów... Szkoda o tym w ogóle pisać. Poziom niski. Zdaję sobie sprawę, że książka nie została napisania przez wybitnego autora, jednak przez kilka stron czytałam w kółko to samo. Czasami zmieniały się tylko wyrazy, a czasami tylko ich szyk. Dodać do tego charakter samego autora, który winę zrzuca na innych lub dla kontrastu i wzbudzenia litości przyjmuje na siebie winę, aby wybielić się przed czytelnikiem... Nie, zdecydowanie to nie dla mnie.

To właśnie sprawiło, że opisywanie wydarzenia są smętne, a akcja ciągnie się jak flaki z olejem. Nuda. Ogromna nuda. Rzekomy wątek kryminalny i komedia chyba także uciekły ze stron z tej książki. Przez prawie 300 stron zaśmiałam się tylko raz, a żart nie był specjalnie wyszukany.

Jednak najważniejsze jest to, o czym "Komornik" miał być. Podobno to opowieść o emigracji. Podobno. Ja powiedziałabym, że to opowieść o życiu Tomasza Cze, a emigracja do Irlandii jest tutaj wątkiem bardzo pobocznym. Zdziwieni? Nie możecie w to uwierzyć? Ale jak inaczej wytłumaczyć to, że akcja zaczyna się dziać na zielonej wyspie dopiero od 80 strony? Wcześniej czytamy o rodzinie i dyskotekowych imprezach...

Dla mnie ta książka nie ma większego sensu bytu. Nie mam pojęcia, komu mogłabym ją polecić, bo osobom zainteresowanym tematem polskiej emigracji lub Irlandii, na pewno nie mogę jej zarekomendować.

Wydawnictwo: -
Data wydania: 05.06.2017
Liczba stron: 264
Przeczytane: 30.08.2019
Ocena: 2/10