środa, 31 maja 2017

125. Podsumowanie maja

Kończy się maj, a ja obiecałam, że uporam się w tym miesiącu ze wszystkimi obowiązkami, a przy tym przeczytam chociaż trzy książki. Z jednego udało mi się wywiązać, z drugiego nie - zgadnijcie z którego. 

Maj kończę z zadowalającym wynikiem. Przeczytałam 4 książki - jedną na studia i trzy czytajki, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś zgubiłam jedną książkę. Ups? Nie, to raczej niemożliwe. Tak czy inaczej, dopiero w połowie miesiąca udało mi się przeczytać zaległe i okropne "Piątkowe noce wampirów" (recenzja). Odbiłam to sobie przepięknym przykładem fińskiej literatury, czyli "Ćmą" (recenzja), a na deser zostawiłam reportaż "Polska odwraca oczy" (recenzja będzie, jak będzie, czyli jak ją napiszę - a zrobię to zapewne w ciągu tygodnia). Spokojnie zdążyłabym przeczytać jeszcze jedną czytajkę, ale miałam wyrzuty sumienia, że się nie uczę. 

Moje sumienie uspokoiło się tym, że doczytałam do końca "Psychologię konsumenta" Katarzyny Stasiuk i Dominiki Maison. To chyba najciekawsza książka naukowa na świecie. Zazwyczaj za podręczniki akademickie płaci się krocie, a wydanie pozostawia wiele do życzenia. W tym przypadku zapłaciłam niewiele (nawet zwykła książka z taką ilością stron i w takim formacie kosztowałaby porównywalnie tyle samo), a dostałam świetnej jakości wydanie - nie dość, że ilustracje są w kolorze, to PWN pofatygowało się i użyło kolorowych napisów i kolorowych ramek. Zawsze narzekam, że książki do nauki psychologii nie ułatwiają uczenia się, a tutaj proszę, już coś. 

Wisienką na torcie w tym miesiącu był czerwcowy "Teraz rock", kupiony w zasadzie tylko dlatego, że potrzebowałam artykułu w nim zawartego do pracy. Naszła mnie jednak refleksja, dlaczego nie kupuję go na bieżąco. Czas to zmienić. Wszystkie lektury dały mi ogólnie wynik 1560 stron, co najgorszym wynikiem nie jest, ale już szykuję się na wakacje i wynik ponad 3000 stron. 

Udało mi się też obejrzeć 16 filmów. Większość znów z poza mojej listy "do obejrzenia", ale tak to jest, kiedy filmy ogląda się rodzinnie (a gust rodziny jest odmienny od mojego). "Hiszpanka" była na tej liście, ale nie spodziewałam się zbyt wiele i zbyt wiele nie dostałam, choć ciekawie było popatrzeć na znajome miasto w takim wydaniu. Pozytywnie zaskoczyło mnie natomiast "Światło latarni". W końcu udało mi się obejrzeć, a nawet napisać recenzję"On wrócił". Do pracy badawczej obejrzałam dwa filmy "Artefakt" oraz "Sugar Man"- i o nich planuję napisać coś więcej, znów coś na wzór recenzji. Filmowy miesiąc zakończyłam porywając trzyletnią kuzynkę do kina na "Smerfy. Poszukiwacze zaginionej wioski". Oprócz tego na liście obejrzanych filmów znajdują się: "Dobór naturalny", "Wykolejony", "Outlander", "Szubienica", "Widzę, widzę", "Bezpieczna przystajń", "Zanim się pojawiłeś", "Niespełnione obietnice", "Love, Rosie" i "Poltergeist". 

Na blogu pojawiło się jedynie 10 postów, co jak na mnie jest liczbą wyjątkowo małą. Opublikowałam pięć recenzji ("Ćma""Piątkowe noce wampirów""Obietnica krwi""Niektóre dziewczyny gryzą" i "Słoneczne miasto"), jedną recenzję filmu ("On wrócił"), dwa podsumowania (to i podsumowanie kwietnia), jedne nowości na stosie oraz dwa muzyczne przekładańce (tutaj i tutaj). 

Z maja jestem względnie zadowolona. Obawiam się jednak, że w czerwcu będzie mnie tu jeszcze mniej z racji natłoku na studiach. Nie bijcie mnie za to - wszystko odpracuję w lipcu, sierpniu oraz wrześniu. Wam tymczasem życzę zaczytanego czerwca!


poniedziałek, 29 maja 2017

124. Katja Kettu "Ćma"

Człowiek jest zwierzęciem, które chce wiedzieć.

"Akuszerka" Katji Kettu oczarowała mnie i zawładnęła moim umysłem na czas czytania, a także na długo później. Dawno nie czułam takich emocji przy lekturze. Byłam ciekawa kolejnych książek autorki, jednak głównie ze względów swoich fińskich zainteresowań. "Akuszerka" była książką oryginalną i ciekawą, więc nie byłam w stanie wyobrazić sobie, aby autorka mogła napisać coś jeszcze dobrego, rozwijającego jej zdolności pisarskie, nie mówiąc już o czymś lepszym. Taka typowa autorka jednej książki. Dlatego też do lektury "Ćmy" podeszłam z lekkim wzruszeniem ramion i bez żadnych wymagań. Niesłusznie.

Łatwiej mi było uwierzyć w swoją głupotę, kiedy została ona wypowiedziana na głos.

Już na samym początku poznajemy piętnastolatką Finkę, córkę Białego Generała, która okazuje się być w ciąży z ruskim chłopaczkiem, za co już została ukarana oderwaniem języka. Postanawia uciec przed wstydem i złością ojca - pokonuje granicę na nartach i dostaje się do Związku Radzieckiego, gdzie chce odnaleźć ukochanego, żyjącego w niewiedzy, że za niedługo zostanie ojcem. Wilczy Kieł opowiadał jej o swoim kraju pełnym dobrobytu. Irga nigdy nie wierzyła w te opowieści, ale postanowiła zaryzykować - wszędzie będzie lepiej niż w Finlandii, patrząc na jej obecne położenie. Okazuje się jednak, że wszędzie byłoby lepiej niż w Związku Radzieckim. Szybko zostaje oskarżona o rzekome szpiegostwo, zmuszona torturami do podpisania stosownych dokumentów i przetransportowana do gułagu w Workucie.

Co było, to było, nie trzeba się smucić. Żałujmy żywych, którzy boją się, że umrą. 

Katja Kettu potrafi zachwycić czytelnika różnymi perspektywami w książce - tutaj taki zabieg znów ma miejsce. Najważniejszą perspektywą, zaraz po głównej bohaterce, jest narracja młodej Finki, która przyjeżdża do maryjskiej wioski, gdzie właśnie został zamordowany jej ojciec. Mężczyzna szukał tam swoich korzeni, śladu po matce Irdze Malinen, która była więźniarką. Upojony alkoholem pisywał brednie w listach kierowanych do córki, która nigdy nie wierzyła w jego opowieści. Ale kiedy trafia do wioski, już nie musi wierzyć - wie. Wie i postanawia doprowadzić rozwiązanie zagadki do końca. W końcu matka ojca to jej babcia.

No tak, gdy życie jest puste, a ubranie zawszone na śmierć, to ludzkie twarze robią się paradoksalnie wyrazistsze. To dziwne, ale tak to bywa. I nawet najgorsze pokraki nabierają wartości. 


Pomysł na książkę jest fenomenalny, a jej wykonanie to prawdziwa uczta czytelnicza. Akcja poprowadzona jest w taki sposób, że trudno zaspokoić ciekawość czytelnika po jednej stronie, trzeba przeczytać wszystko od razu. To nie jest łatwa lektura, a przyjemność jej czytania nie ma nic wspólnego z lekkością, tylko stanowi raczej coś głębokiego na wzór literatury wysokiej. "Ćma"  serwuje czytelnikowi ogrom prawd uniwersalnych, w żaden sposób niezwiązanych z życiem obozowym. Przy tym jest tak zaskakująca, że trudno domyśleć się zakończenia. Ja zawsze mam najbardziej absurdalne pomysły na zakończenie książki i to zakończenie pojawiło się w mojej głowie, ale szybko je zignorowałam. Trudno jest przewidzieć, co będzie na następnej stronie, a co dopiero mówić o ostatniej. Początek, jak to Kettu, był trochę chaotyczny, ale to ze względu na mnogość wątków i wrzucenie czytelnika od razu na głęboką wodę. Wszystko klaruje się w ciągu kilku kolejnych akapitów.

Tutaj nikt nie chce pamiętać. Rosja jest krajem, w którym zapominanie to ludowa tradycja, a trzymanie w tajemnicy jest największą życiową zaletą. 

Mnogość postaci też nie jest przerażająca. Autorka potrafi idealnie wykreować bohaterów, a ich ilość nie oznacza mniejszej jakości. Wszyscy są bardzo charakterystyczni i łatwi do zapamiętania, nie tylko przez własną historię, ale też sposób mówienia czy zachowywania się. Jakkolwiek z początku mogą wydawać się nielogiczni, to po chwilowym już poznaniu, każdy ich gest nabiera znaczenia. Irytuje mnie tylko w recenzjach innych osób nazywanie Irgi nastolatką. To nie jest książka o nastolatce. Irga szybko przestaje mięć piętnaście lat, bo akcja jest mocno rozciągnięta w czasie. A nawet gdyby, w tamtych czasach jej wiek był zupełnie inaczej odbierany, nie wspominając już o obozowych realiach.

Niewolnik nie jest wdzięczny za zdjęcie kajdan. Zaczyna gardzić swoim panem i go zabija. 

Właśnie przez tą różnorodność wśród bohaterów, autorka idealnie pokazała fińskość i rosyjskość. Chociaż akcja dzieje się na terenach północno-wschodnich, poza granicami Finlandii, to jednak mentalność Finów została perfekcyjnie przedstawiona, szczególnie w zestawieniu z Rosją i samą Republiką Maryjską.  Obnażona prawda? Raczej tak, skoro "Ćma" wciąż nie ukazała się w Rosji. Podoba mi się też przepaść pomiędzy biednymi bohaterami, a postaciami, które gromadzą wokół siebie bogactwo i sprawują władzę.

Czas upływa na myśleniu, a dzień na kręceniu głową. 

Władza to zdecydowanie najlepszy motyw w tej książce. Nigdy nie czytałam żadnej pozycji, która tak świetnie przedstawiałaby konstruowanie władzy oraz machizmy, które powodują, że ktoś jest osobą uległą wobec osób nadrzędnych. Wątek ten szczególnie uderzający jest w obozowej rzeczywistości, ale to nie jest coś, co możemy sobie wyobrazić, raczej coś, co nam, Polakom, wydaje się wręcz nie do pomyślenia, jeśli spojrzymy na obozy na terytorium naszego kraju. Jest to najmocniejszy punkt "Ćmy" i nie mogę o nim nic więcej napisać, aby nie zdradzić fabuły. Aspekt władzy nie dotyczy tylko radzieckich gułagów, ale też współczesnej Rosji. Chociaż sytuacja jest fikcją literacką, to sposoby rządzenia są autentyczne.

Wiedziałam, że jeśli wcześniej nie umrę z głodu lub podczas porodu, to na pewno zabije mnie w końcu strach.

Oprócz władzy zauroczona byłam magią i wierzeniami. Książka jest bardzo mistyczna, oddziaływająca na zmysły. Religia i czary to nie wszystko. Rytuały nie miałby w sobie nic, gdyby nie wykorzystywały natury. To właśnie maści z bzu i wywary z dzikich roślin sprawiały, że niemal czułam zapach tych specyfików na stronach książki. Miałam wrażenie, że więcej magii jest tutaj, niż w niektórych tytułach fantastycznych. Ba, przez większość czasu ma się wrażenie, że jest to książka fantastyczna, opierająca się na magii i religii Maryjczyków. Ich czary tak pochłaniają czytelnika, że trudno mu choćby o krztę racjonalności. Doświadcza też tego Verna, która próbuje zdrowym rozsądkiem dowiedzieć się, kto zamordował jej ojca.

Gdy nikt nie rozkazuje, ludzie trzymają się tego, do czego przywykli.

Prawdziwą wisienką na torcie jest język i nie mówię tego wyłącznie o wybitym stylu Katji Kettu. Autorka znów mnie porwała. Może nie jest tak brutalna jak w "Akuszerce", mniej opiera się o seksualność i dzikość, ale wciąż są to mocne i wyraziste składowe jej literatury. Językowo "Ćma" jest lżejsza od "Akuszerki", ale mentalnie zdecydowanie cięższa i bardziej wymagająca. Poprzez język rozumiem też języki obce. Pojawia się tutaj fiński, rosyjski i maryjski, a częste wypowiedzi szczególnie w języku maryjskim zazwyczaj nie są tłumaczone - chyba że bohater zaraz tłumaczy, co powiedział. Początkowo się irytowałam, ale zabieg okazał się rewelacyjny. Czasami dało się wyłapać, o co chodzi, ale zdarzało się nie. Przez to czytelnik czuł się jak Irga lub Verna. Obie fińskojęzyczne, nie mogły zrozumieć podobieństw języka maryjskiego do fińskiego, przez co niewiele rozumiały z rozmów, które wokół nich się toczyły. Języka dotyczy jeszcze jedna ciekawa kwestia - główna bohaterka jest niemową, ale Kettu tak poprowadziła akcję, że ucięty język Irgi nie spowodował nudy, jak mogłoby się wydawać.

Przypomina mi to Twoje majaczenie w delirium, ojcze. Raz znalazłam cię w saunie na podłodze, gdy strzelałeś do mrówek ze strzelby z zakrzywioną lufą. Podobno zaczęły ci pyskować, tobie, profesorowi. Tam na zewnątrz nic nie ma. 

Trudno nie wspomnieć o samym wydaniu. Za projekt okładki odpowiada Martii Ruokonen, ale autorem ilustracji o tytule "Forgive me" jest Eemil Karila. Przepiękne jest też samo wnętrze - symboliczna figura szachowa przy prologu, ćma przy poszczególnych częściach oraz prowizoryczne szkice obozu.

Nie płacz, Dziki Ptaszku, bo zmokną twoje piękne oczy. 

Czy książkę polecam? Zdecydowanie. Widzę jednak niepokojący trend wśród osób czytających nałogowo, a także wśród wydawnictw. Sprzedają się książki lekkie i niezobowiązujące, a nawet jeśli dotyczą poważnego tematu i niosą jakieś przesłanie, to styl pisarzy jest... No właśnie. Jest żałosny, nijaki, każdy pisze tak samo. "Ćma" jest dla osób, którym nie zależy na ilości przeczytanych książek, ale na ich jakości. Sądzę, że książkę docenią ludzie, który uwielbiają literaturę klasyczną lub wysoką, a także ludzie zainteresowani innymi kulturami, wierzeniami - szczególnie północnymi i wschodnimi. To jest niewielki procent wśród niewielkiego procentu czytelników, więc rozumiem niską sprzedaż takich książek.

Drżącymi rękami podałam mu kuksę z wodą. Nagle poczułam się nieśmiała i niezdarna. Musisz żyć, kochany! Wróbelek wypił wodę i wyszeptał gorączkowo, głosem zmienionym bólem istnienia:
- Jak tutaj można żyć?
Umysł niknie, nadzieję pochłania wieczna zmarzlina, a na barkach zaciskają się sztywne zawiasy nieba. Lecz czy ja mogę powiedzieć coś takiego słabej istocie? Zgodnie z prawdą oświadczyłam:
- Nie można. 
Ale wyjdziemy z tego. Pozostaniemy przy życiu. 
Ponieważ tak trzeba. Bo to jest zemsta życia.

Przeczytane: 19.05.2017
Ocena: 10/10

sobota, 27 maja 2017

123. "On wrócił" reż. David Wnendt

Źródło: filmweb
Minęło już trochę czasu, odkąd przeczytałam książkę Timura Vermesa "On wrócił". O samej książce możecie przeczytać tutaj. Dopiero teraz udało mi się zasiąść do filmu. Czy warto go obejrzeć? Jak najbardziej. 

Przede wszystkim trudno tutaj powiedzieć o ekranizacji. Staram się w ogóle nie traktować filmów jak ekranizacji, tylko mówię sobie "na podstawie powieści", "na podstawie powieści", "na podstawie powieści", tak w kółko. Wtedy mniej od filmu wymagam i wyłapuję się na wyszukiwaniu w nim motywów, które zostały wykorzystane w książce. Film nigdy nie będzie książką i twórcy filmu "On wrócił" doskonale zdawali sobie z tego sprawę, tworząc wariację na temat książki i poruszonej w niej tematyce.

Główny wątek pozostaje bez zmian - Adolf Hitler budzi się nagle na nieokreślonym terenie zielonym, nie mając nic przy sobie. Ubrany jest w mundur, który został ubrudzony w pobliskiej kałuży. Sytuacja może nie byłaby tak dziwna, gdyby nie fakt, że jest XXI wiek, a żaden z jego współpracowników nie odpowiada na wołania. I wtedy podchodzą oni - młodzi chłopcy, przedstawiciele współczesnej młodzieży niemieckiej. Nie mają na sobie munduru Hitlerjudend, ale jeden z nich ma na plecach napis "Ronaldo 7", czyli zapewne swoje imię... 

Cześć sytuacji została zachowana, ale mam wrażenie, że zupełnie odbiegnięto od samej powieści - niektóre dialogi były niedokończone, niektóre fragmenty nie znalazły swojego zastosowania, a niektóre zostały przesunięte w kolejności. Już od samego początku widz zderza się z wieloma ciekawymi scenami, których autor powieści nie ujął w swoim dziele. Czy to dobrze? Tak. A to dlaczego? Ponieważ rozszerzono to, co i tak można przeczytać. 

Od połowy film staje się uzupełnieniem książki, która nawet pojawia się na ekranie. Filmowy Hitler już ją napisał. Podoba mi się ten zabieg. Po pierwsze - jeśli ktoś czytał książkę, tutaj może zobaczyć coś więcej, a nie tylko obrazki, które wcześniej widział w wyobraźni za sprawą czytanych słów. Po drugie - jeśli kogoś film zaciekawi, chętniej sięgnie po lekturę, która jest wykorzystywana jako rekwizyt, niż jakoby było o niej wspomniane na początku lub na końcu produkcji. Ba, będzie nawet wiedział, jakiej okładki szukać w księgarni. Po trzecie - to fantastyczny pomysł na marketing powieści, nie kolejny chamski product placement soku lub telefonu mark X. Czytelnictwo trzeba promować, a wiadomo, że chociaż film jest na podstawie książki, to i tak przyciągnie całą szerzę ludzi, którzy nie czytają. Dzięki temu może poczują się zachęceni do pozycji Timura Vermesa. 

Dlaczego jeszcze podoba mi się pomysł odbiegnięcia od samej powieści? Dlatego, że powieść jest suchym przedstawieniem faktów. Jeśli trafi w ręce bezrefleksyjnej osoby, może stać się niebezpiecznym narzędziem. Nie ma tam żadnego komentarza, a wnioski należy wyciągnąć samemu. Film trafia do większej liczby odbiorców, a oczywistym wydaje się być fakt, że mniej inteligentni ludzie chętniej sięgną po film niż książkę. Istniało zatem ryzyko, że ktoś zrozumie przesłanie pisarza w inny sposób. Tutaj widz ma do czynienia z refleksją już na ekranie. 

Najbardziej podoba mi się rozszerzenie myśli książkowej na temat rządów Hitlera, która w filmie pada w zupełnie nowej scenie. "Że albo istniał cały naród świń, albo to, co się wydarzyło, nie było żadnym świńskim czynem, lecz wolą narodu.", choć cytat ten został trochę zmieniony. Scena jednak jest obłędna. Nie tylko ze względu na rozwiniecie tej myśli, ale też ze względu na sposób patrzenia na historię. Zamiatanie jej pod dywan nic nie daje. Milczenie na temat Hitlera podobnie. Trzeba to zaakceptować. Trzeba go zaakceptować. Trzeba zaakceptować to, że jest częścią nas, częścią naszej historii. I trzeba zaakceptować, że nie wszystko było złe.

Największym atutem filmu są nagrania ludzi na ulicy i ich autentycznych reakcji na widok człowieka, który wygląda i zachowuje się jak Adolf Hitler. Jak można się domyśleć, reakcje były różne i bardzo skrajne. Czasami nie miałam też pojęcia, czy w niektóre postaci wcielał się jakiś aktor, czy były to także realne osoby. Jeśli byli to aktorzy, to bardzo świetni. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś kręcił z ukrytej kamery spotkanie Hitlera z jakimś człowiekiem, który z początku traktuje to spotkanie jako żart, ale w momencie, kiedy facet z wąsem zaczyna na niego krzyczeć, panicznie się boi.

Jedynym, co mi się nie podobało, był dobór muzyki. Killar nie pasował tam ani trochę. Jedynie jedna kompozycja tam pasowała, ale była ona tak sztampowa i przemielona w różnych komediach, że w uszy się nie rzucała.

No właśnie. Czy to komedia? Hm... Raczej nie. Część była zabawna, owszem. Do zrozumienia tych żartów nie potrzeba było takiego aż znowu dystansu, jak to miało miejsce w książce. Tutaj bardziej śmiano się z Hitlera i z tego, jak zachowuje się w dzisiejszym świecie. Trochę jak w "Goście, goście". Później jednak wszystko się zmienia, a film staje się poważny.

Pojawia się też pytanie - co najpierw? Książka czy film? Prawdę mówiąc, twórcy filmu podeszli do tematu tak, że w całej historii przywrócenia Hitlera do współczesności, więcej da się zrozumieć, jeśli najpierw obejrzy się film, a dopiero później przeczyta książkę. Ja z kolei najpierw zabrałam się za książkę, a dopiero później za film i nie wynudziłam się przy nim, gdyż był zupełnie nieprzewidywalny. Nie jest to może arcydzieło, ale niesie przesłanie.

Zdecydowanie polecam, nawet jeśli ktoś nie jest zainteresowany tematyką Trzeciej Rzeszy i historią w ogóle. Jest to film dla osób o giętkim umyśle, które uwielbiają zastanawiać się, co by było, gdyby, ale też dla osób, które chciałyby zobaczyć możliwą opcję. Także osoby zainteresowane współczesnym światem politycznym znajdą tutaj coś dla siebie. Ale mam wrażenie, że każdy mógłby wynieść lekcję, dlatego film polecam wszystkim bez wyjątku.

Obejrzane: 24.05.2017
Ocena: 8/10

piątek, 26 maja 2017

122. Chloe Neill "Piątkowe noce wampirów"

Phi. Nie zdobyłam go. Ani nie mam zamiaru. To fura kłopotów w ładnym opakowaniu. 

Wiecie dlaczego drugi tom Wampirów z Chicagolandu nosi tytuł "Piątkowe noce wampirów"? Bo żeby autorka mogła wymyślić taki absurd, musiała nieźle balować w piątkowy wieczór i zacząć pisać na kacu w sobotę rano. Innego wytłumaczenia nie ma.

W jego głosie dało się wyczuć zakłopotanie typowe dla chłopca. Czterystuletniego chłopca.

O czym jest ta książka? O tym, że główna bohaterka nienawidzi swojego stwórcy, ale coś tam ją do niego ciągnie, przy czym nic się w tym wątku nie dzieje. Dzieje się za to w gazetach, które rozpisują się o wampirach jak o gwiazdach filmowych. Wampiry z domu Cadoganów dowiadują się, że jeden ze śmiertelników planuje napisać krwawy i kompromitujący reportaż na ich temat, czemu starają się zapobiec. 

Popularność pociąga za sobą krytykę, rodzi zazdrość. Taka jest ludzka natura, czy nam się to podoba, czy nie. 

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie to, że dawno temu zamówiłam ją w pakiecie z pierwszym tomem. Leżała długo na stosie i czekała na swój dzień. W końcu potrzebowałam lekkiej lektury, w dodatku przekonałam samą siebie, że przecież chcę przeczytać wszystkie książki o wampirach, więc co mi szkodzi? Kolejny paranormal romance mnie nie zabije. Tylko tyle, że to nie jest kolejny romans paranormalny. To jest jeszcze gorsze. 

A ty umarłeś za prawdę czy za piękno?

Bohaterowie to totalny koszmar. Niby wampir ma 150 lat, a zachowuje się jak dziecko. Całe grono potężnych, starych kreatur ulga czarowi przepięknej czarownicy. Wszyscy są tak płytcy, że w zasadzie trudno coś o nich powiedzieć - ważniejsza postać ma jedną cechę charakterystyczną i tylko ona jest pokazywana, jedynie nią się w życiu kieruje. Zły to zły, dobry to dobry. Najśmieszniejsze jednak jest to, że tutaj wampiry są świadome swojej ułomności i tego, że kiedyś wampir był istotą poważną. Za to jedyny plus należy się "Piątkowym nocom wampirów".

Omal nie rzuciłam się, żeby zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy, ale przypomniałam sobie, jaką mam śliczną sukienkę.

Hasłem przewodnim książki i tak jest absurd. Merit nie słyszy, co rozmówca Ethana mówi przez telefon, chociaż ma udoskonalone zmysły i siedzą w jednym pomieszczeniu. Z tym słuchem to w ogóle zabawna sprawa - wampirzyca siedzi w jadalni wypełnionej innymi wampirami, ale nie słyszy, co kto mówi. Ba, niby musi dochować wielkiej tajemnicy, a jednak o niej mówi i co? Tak, i jej też nie słyszą.

Dzięki Bogu, że przyszłaś, jeszcze przed chwilą byłem młodszy od wszystkich i to co najmniej pięćdziesiąt lat.

Fabuła to dno i mam wrażenie, że wydawca zdawał sobie poniekąd z tego sprawę. Nie mam pojęcia, czy ktoś tę książkę przed wydaniem przejrzał. Myślniki w wypowiedziach były notorycznie połykanie, więc nie wiedziałam, czy to wypowiedź bohaterki, czy narracja. W jednej wypowiedzi nawet pojawił się nawias. Nie wiem, jak można do kogoś mówić nawiasem, no ale... Dodajmy do tego jeszcze dość sporo literówek, a nawet i jeden błąd ortograficzny.

No dobra, wróciliśmy na właściwe tory. Niech szlag trafi sprawiedliwość, skoro można pogadać o seksie.

Książki nie polecam. Przy niej to nawet wampirze paranormal romance jest dziełem sztuki. Ale tak to jest, kiedy nałogowy oglądacz telewizji zabiera się za pisanie. 

To są wampiry, Merit. Drapieżniki, które narodziły się w czasach, gdy to słowo brzmiało poważniej niż dziś. I nie chodziło tylko o mroczną aurę. 

Przeczytane: 13.05.2017
Ocena: 2/10