czwartek, 20 kwietnia 2017

114. Muzyczny przekładaniec

Moikka!
W końcu po świętach. Mam nadzieję, że wielkanocne pomagiery z ogromnymi uszami przyniosły każdemu książkoholikowi potężną dawkę książek. Jeśli nie - nic straconego. Na pewno każdy z Was ma spory stos książek do przeczytania. 
Ja ostatnio naliczyłam ich 60. Mogłabym zbudować z nich już małą twierdzę. Jestem ciekawa, kiedy je wszystkie przeczytam. Coś czuję, że nigdy. 
Tym bardziej, że ostatnio mam więcej chęci do pisania. Czytanie zdecydowanie mniej mnie pochłania. Co za tym idzie - słucham jeszcze więcej muzyki niż zwykle. Muzyka też jest dość urozmaicona, a poniższe zestawienie odrobinę to obrazuje. Wyjątkowo ciężko jest mi wyłapać jakąś piosenkę dnia, bo nałogowo słucham może czterech piosenek, dzień przy dniu. I tak te cztery piosenki rozbrzmiewają codziennie - a oprócz nich jest masa innych, których słucham tylko raz. Co zrobić?


Czwartek, 6 kwiecień: Turboweekend Neverending


Turboweekend wzbudzał, a w zasadzie nadal wzbudza, we mnie dziwne uczucia. Zawsze miałam wrażenie, że jest to polski zespół - co jak co, dla mnie brzmiał dziwnie polsko. Kiedy skonstatowałam, że formacja pochodzi z Danii i została założona przez szkolnych znajomych, nie mogłam w to uwierzyć. Chociaż piosenka wyszła już dobrych kilka lat temu, mi towarzyszy raz na jakiś czas. Szczególnie podoba mi się teledysk - on w połączeniu z muzyką daje bardzo przyjemne, letnie wrażenie. 


Piątek, 7 kwiecień: AFI Too shy to scream



Chociaż AFI poznałam poprzez zupełnie inną piosenkę, to właśnie ten utwór najbardziej kojarzy mi się z tym zespołem. Zespołu słucham rzadko (sama nawet nie wiem, dlaczego tak się dzieje), a jeśli już go słucham, to zawsze podczas takiej sesji włączam tę piosenkę. Nierzadko poprawia mi humor i dodaje energii. Coś idealnego, żeby rano wstać z łóżka w dobrym humorze, choć może tekst na to nie wskazuje. Do pośpiewania i potańczenia na pewno się sprawdzi. Piosenka pochodzi z albumu Crash Love, który wydany został w 2009 roku. To właśnie na tym krążku znajduje się najwięcej lubianych przeze mnie utworów AFI. 


Sobota, 8 kwiecień: Bullet For My Valentine Waking the demon



Kiedyś w zespole Bullet For My Valentine orientowałam się tylko za sprawą bardziej znanych piosenek. O ironio, kiedy poświęciłam więcej uwagi zespołowi, zmienił on odrobinę swoje brzmienie. Znam więcej nowszych utworów, ale to te starsze wzbudzają we mnie więcej emocji. Przez lata nie wiedziałam o istnieniu tejże piosenki, ale kiedy ją poznałam, przepadłam. Jest to jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie melodii zespołu, bardziej ze względu na to stare brzmienie i fakt, że nie jest do bólu smutna, niż ze względu na samą sympatię. 


Niedziela: 11 kwiecień: Happysad Psychologia



Moja niechęć do polskiej muzyki jest coraz większa i wiedzą o niej już chyba wszyscy w moim otoczeniu. Ale nie powiem, są jakieś polskie perełki, których słucham. Ba, okazuje się, że jest jedna taka piosenka, która potrafi dodać mi energii i zachęcić mnie do działania. Mowa tutaj o "Psychologii" Happysad, która stała się dla mnie hymnem na czas studiów. Zawsze kiedy dopada mnie szczególny leń naukowy, włączam sobie tę piosenkę i zaczynam działać. 


Poniedziałek, 10 kwiecień: Faun Unda



Faun odkryłam zaledwie kilka miesięcy temu, kiedy już prowadziłam bloga. Pamiętam, że pisałam o chęci poznania zespołu lepiej. Czułam, że to się zdarzy. I faktycznie, sukcesywnie poznaje inne piosenki tej niemieckiej formacji. W muzycznym przekładańcu występuje dziś po raz piąty, a ja ubolewam nad faktem, że zespół w najbliższym czasie nie wystąpi w Polsce. Koncerty w Niemczech, Rosji, Czechach lub we Francji - owszem, są. Ale w Polsce, niestety, nie. 


Wtorek, 11 kwiecień: Larisa Ciortan Smells like teen spirit



Nienawidzę programu "The Voice of...". Niesamowicie mnie nudzi, wydaje mi się okropnie sztywny i ma w sobie mniej elementu rozrywkowego od jakiegoś konkursu w stylu dziecięcej Eurowizji. Jednak kiedy przyjrzałam się niepolskim wersjom tego programu, zachłysnęłam się ludźmi, którzy brali w nich udział. Szczególnie zszokowała mnie Rumunia, a już w ogóle przepadłam w powyższym wykonaniu kultowego utworu Nirvany. 


Środa, 12 kwiecień: Chris Isaak Solitary man



Chris Isaak to chyba jeden z moich ulubionych wokalistów, w których głosie zawsze przepadam, ilekroć go słucham. "Solitary man" to podobno jedna z najpopularniejszych piosenek pięciu ostatnich dekad, ale ja jakoś tego nie zauważyłam. Spotkałam ją kilka lat temu za sprawą coveru w wykonaniu HIM i, prawdę mówiąc, sądziłam, że oryginał należy do Chrisa, a nie Neila Diamonda. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Oryginał mnie jednak nie porywa, a najwłaściwszą wersją wydaje mi się właśnie ta powyższa. 


Czwartek, 13 kwiecień: Green Day Johnny B. Goode (wersja na żywo)



Zapuszczając się w trochę starszą piosenkę, ale w nowszym wykonaniu, w czwartek towarzyszyła mi niezwykle energetyczna wersja "Johnny B. Goode" Green Day'a. Green Day ze swoją dynamiką i klimatem ożywili tę piosenkę jeszcze bardziej, choć wydawałoby się to niemożliwe. Jeszcze wykonanie na żywo - a wiadomo, że Green Day na żywo ma jeszcze więcej energii niż na kawałkach studyjnych. Jak i w przypadku środowej piosenki, znam wiele coverów tego utworu, ale powyższy podoba mi się najbardziej. 


Piątek, 14 kwiecień: Extreme More than words



W piątkowy wieczór usiadłam do przepięknej ballady, do której nakręcono skromny, klimatyczny, czarno-biały teledysk. Piosenkę uwielbiam za jej przesłanie, nie tylko za sam tekst, czy muzykę samą w sobie. Jestem przeciwniczką mówienia o miłości wprost - od słów zdecydowanie bardziej wartościowe są czyny. Wyrażanie swoich uczuć sobą, nie tylko przez słowa, powinno być dla nas naturalne. Niestety, często mam wrażenie, że ludziom łatwiej przychodzi mówienie, niż okazywanie uczuć. 


Sobota, 15 kwiecień: Céline Dion My heart will go on



Sto piąta rocznica zatonięcia Titanica przypomniała mi, jak dawno temu ten statek wywarł na mnie ogromne wrażenie. Być może nawet historia samego statku bardziej na mnie oddziaływała. Potrafiłam godzinami oglądać zdjęcia wraku i szukać informacji na ten temat. Nurkowanie i podziwianie zatopionego Titanica byłoby dla mnie spełnieniem marzeń. Ale filmowa historia nie odbiła się, oczywiście, bez echa. Z tym, że film byłam w stanie obejrzeć tylko raz. Nie pamiętam, czy odważyłam się na drugi raz, a trzeciego na pewno nie było. Niemniej, rocznica ta przypomniała mi o tej mojej dziecięcej fascynacji i natchnęła do pisania. Znów. Miałam niedomknięty wątek jednej z bohaterek w książce. Powierzchownie wiedziałam, jak go zakończyć, a przy tym nadać głębie jej osobowości, ale teraz jest on doprecyzowany i pociągnięty dalej - i to dalej, niż kiedykolwiek mogłabym się po sobie spodziewać. Samej piosenki uczyłam się kiedyś grać na gitarze i śpiewać - nie wyszło to z mojej inicjatywy i nie przykładałam się specjalnie do nauki tego utworu. 


Niedziela, 16 kwiecień: Guns N’ Roses Sympathy for the devil



Nienawidzę Guns N’ Roses. Scenę rockową i metalową uwielbiam, ale największych gigantów po prostu nie mogę słuchać. Trudno. Niemniej w niedzielę przełamałam się i posłuchałam - i to nie tak od siebie. Przez całe święta oglądaliśmy rodzinnie filmy - głównie horrory. Jako że normalni ludzie czas świąteczny spędzają bardziej pobożnie, ja postanowiłam zmartwychwstanie świętować w iście wampirzym klimacie - oglądając "Wywiad z wampirem" i "Królową potępionych" po raz setny. I tym razem, wpatrując się w napisy, spostrzegłam, że w tle leci chwytliwa piosenka. Jedna z najlepszych scen... "Don't be afraid... I'm going to give you the choice I never had." A więc co mogło mi towarzyszyć dzień po takim wampirzym seansie? Przecież to wyraźnie podobało się nawet Lestatowi. 


Poniedziałek, 17 kwiecień: Bon Jovi Bed of roses



Nigdy nie byłam specjalną fanką tegoż zespołu oraz ani samego w sobie Johna. Jego głos nigdy mnie tak nie porywał. Nigdy też nie wchodziłam choćby ciut głębiej w muzykę formacji... A szkoda. Gdybym wcześniej wpadła na "Bed of roses" na pewno więcej uwagi poświęciłabym na zapoznanie się z historią i piosenkami zespołu.  To kolejna piękna ballada w tym zestawieniu. Nic dziwnego, że muzyka tak skutecznie odciągnęła mnie od czytania, a skłoniła do pisania. O tak, piosenka znajduje już swoje zastosowanie w pisaniu dalszych fragmentów książki. Sam kontekst napisania tegoż utworu też jest warty odnotowania - Jon przytargał pianino hotelowe do swojego pokoju, gdzie zaczął opisywać, jak czuł się w tamtej chwili. Zaledwie kilka minut wypływania uczuć z serca, a powstała tak cudowna piosenka. 


Wtorek, 18 kwiecień: Paramore Still into you (wersja na żywo, Pinkpop)



Paramore to taki twór, który kiedyś bardzo, ale to bardzo lubiłam. Potem ich brzmienie trochę się zmieniło, a w ostatnim czasie tak drastycznie, że nie jestem w stanie słuchać tej formacji bez szpilki wbitej w serce. Nie mówię, że nowe brzmienie jest złe. Jest po prostu... inne. I mniej dojrzałe, bardziej dziecinne, infantylne i idealne, aby zbić pieniądze na masowym odtwarzaniu piosenki we wszystkich możliwych rozgłośniach radiowych. We wtorek jednak rozkoszowałam się piosenką z tego, jak na moje oko, przejściowego okresu w historii zespołu. 


Środa, 19 kwiecień: Peter Gundy Sorrows Passing



Jeśli sądzicie, że w ciągu tych dwóch tygodni nie mogłam już wynaleźć sobie czegoś piękniejszego i bardziej inspirującego do pisania, jesteście w błędzie. W środę napisałam dziesięć tysięcy sto trzydzieści jeden znaków, głównie przy tym utworze. Utwór jest idealny, ale od połowy przechodzi w coś magicznego. To właśnie sprawia, że moje palce same suną po klawiaturze, a głowa pracuje, wysyłając do moich rąk odpowiednie słowa, pochodzące prosto z serca. Peter mnie zdumiewa z każdą nową pracą. Zawsze sądzę, że już niczego piękniejszego nie da rady stworzyć, a wtedy on to robi. 


wtorek, 18 kwietnia 2017

113. Charles Bukowski "Faktotum"

Zebrało się wokół nas kilka komarów. Krążyły na wysokości naszych oczu. 
- Ciągnie je do wina - zauważył mój towarzysz. 
- Skurwysyny są znałogowione. 
- Wiedzą, co dobre. 
- Piją, żeby zapomnieć o swoich kobietach. 
- E tam! Piją i tyle. 

Im więcej książek Bukowskiego czytam, tym mniej mam do powiedzenia na temat jego twórczości. Dlaczego? Ponieważ jedynie mogę zachęcić do poznania jego dzieł. Mogę zachęcać i zachęcać, ale żadne niebukowskie zdania nie oddadzą charakteru jego książek. Nic nie może do autora zachęcić bardziej niż jego własne słowa. 

Poeta. Każdy człowiek jest poetą. 

Na moje piąte spotkanie z Bukowskim wybrałam "Faktotum", czyli powieść składająca się z osiemdziesięciu siedmiu krótkich rozdziałów. Tym razem nie były to zróżnicowane tematycznie opowiadania, a chronologicznie ułożone historie o wspólnym trzonie, który stanowiła praca. Henry Chinaski przedstawia czytelnikowi swoje zajęcia zarobkowe, dzięki którym udaje mu się jakoś utrzymać przy życiu, zdobyć kobietę, pisać i obstawić kilka zakładów na wyścigach konnych. A jak wiadomo, prac tych było wiele.

Bez przerwy powtarzałem sobie, że nie wszystkie kobiety na świecie to kurwy, tylko mnie się taka trafiła.

Już zanim sięgnęłam po tę pozycję, wiedziałam, że będzie mi się podobać. Tak już mam - uwielbiam Bukowskiego i nie sądzę, aby jakakolwiek jego proza mogłaby mi nie przypaść do gustu. Obawiałam się jednak, czy "Faktotum" będzie mi się czytało lekko czy będę musiała się trochę pomęczyć. Nad większością próz Bukowskiego musiałam odrobinę posiedzieć, jedynie "Listonosza" przeczytałam jednym tchem w ciągu niedługiej podróży. Kiedy już zorientowałam się, że spoiwem łączącym rozdziały jest tematyka pracy, obawiałam się, że odrobinę większa powaga motywu spowoduje pewną ciężkość. 

Zawsze zaczynałem pracę z przeświadczeniem, że wkrótce zrezygnuję lub zostanę wyrzucony, co dawało mi pewien luz, niesłusznie brany za inteligencję lub jakąś tajemną siłę wewnętrzną. 

Ale proszę Was. Bukowski i powaga? Dla Bukowskiego praca jest najmniej poważnym tematem spośród wszystkich. Jego stosunek do zdobywania pieniędzy jest tak lekceważący i ironiczny, że czytało się przyjemnie i lekko, ale zarazem refleksyjnie. Dawno nie zastanawiałam się tak intensywnie nad własną pracą zawodową, jak przy czytaniu tejże książki. Każdy pracoholik i zadufany w sobie niby ważny człowiek powinien zapoznać się z tą lekturą. 

Jeśli nie potrafisz być dżentelmenem, to nie bądź przynajmniej świnią.

Może i wszystkie rozdziały kręciły się wokół pracy, a Bukowski wydaje się płytką pijaczyną, to miałam wrażenie, że ta książka ma drugie dno. W moim odbiorze "Faktotum" było tak naprawdę o tym, co jest ważne w życiu każdego człowieka i o tym, co wpływa na to, że czujemy się szczęśliwi, a także o byciu sobą i poszukiwaniu własnej istoty. Może tylko ja tak odbieram ten tytuł, ale warto zaryzykować, przeczytać i to sprawdzić. 

Oddawałem panu swój czas. Nie mam niczego innego do oddania. Oddawałem to, co człowiek ma najcenniejszego. Za nędznego dolara i dwadzieścia pięć centów za godzinę.

Nie myślcie jednak, że było refleksyjnie i mdło. Nie, od Bukowskiego nie należy się spodziewać żadnych refleksji wprost - czytelnik musi sam dojść do wszystkiego. Chyba klimat tejże książki mogę zamknąć w tym, co chciałam zrobić, czytając ją. Otóż miałam ogromną ochotę rzucić wszystko, wyjechać do Ameryki, łapać każdą pracę, aby tylko jakoś przetrwać, nie przejmować się niczym, pić, palić, zaliczać panienki, jeździć na wyścigi konne, zbierać mandaty i... poznawać życie. 

Odpoczywam. Lenistwo zawsze było kulą u nogi mych ambicji.

Gorąco polecam "Faktotum" fanom Bukowskiego i osobom, które chcą dopiero poznać jego świat. Nie wiem, czy jest to dobra pozycja na rozpoczęcie tej czytelniczej znajomości, ale na pewno jest to najlepsza powieść Bukowskiego, jaką do tej pory przeczytałam. 

- Naprawdę jesteś pisarzem?
- Czasem. 
- Potrzebuję kogoś, kto ma dobre pióro. Dobry jesteś?
- Każdy pisarz uważa się za dobrego. 

Przeczytane: 01.04.2017
Ocena: 10/10

czwartek, 13 kwietnia 2017

112. Kim Harrison "Za garść amuletów"

Jeśli duszą nie opiekuję się umysł, to nie ma ona niczego, co by ją chroniło przed rozpadem. 

Na pewno każdy z Was zna to pełnie napięcia oczekiwanie na premierę kolejnej części swojej ulubionej książkowej serii. Właśnie to czekanie sprawia, że zakup nowego egzemplarza wydaje nam się czymś magicznym. Gorzej, kiedy o premierze nic nie słychać przez kilka lat, a nadzieja na jej ukazanie zostaje porzucona. Tak było w przypadku "Zapadliska" Kim Harrison. Kiedy w końcu w pierwszej połowie ubiegłego roku dowiedziałam się, że czwarty tom zostanie wydany (w tym czasie autorka wydała już tak wiele kolejnych części, że aż szkoda mówić), byłam wręcz wniebowzięta. Niestety, moja euforia z miesiąca na miesiąc zastępowała miejsce niechęci. Premiera była przesuwana, często w rzekomy dzień trafienia książki na półce nie było żadnej informacji, a kiedy się już pojawiała po kilku kolejnych dniach, nie było mowy o żadnych konkretnych datach. 

Nie boję się, pomyślałam, chociaż była to nieprawda. Cóż, bałam się tylko tyle, ile pomogłoby mi to utrzymać się przy życiu.

W końcu jednak jest! Po tylu latach czekania, w moich rękach pojawiło się "Za garść amuletów". Tak bardzo nie mogłam w to uwierzyć, że przez kilka dni książka leżała na stosie i patrzyłam na nią z lękiem, że zaraz zniknie. Aż w końcu ją chwyciłam i zaczęłam czytać. Bałam się, że ponad 700 stron będzie szło ciężko - poprzednie części sobie dawkowałam, dość topornie (co nie znaczy, że mniej przyjemnie) mi się czytało. Ale wiecie co? Przepadłam. Przyssałam się do tej książki w stylu iście wampirzym i w tempie tychże stworzeń skończyłam ją czytać. 

Byłam zmęczona, głodna i wkurzona. Całkowicie straciłam kontrolę nad moim życiem. To już nie było zwykłe posuwanie się zrywami. Nie, teraz musiałam ocalić świat przed moim byłym chłopakiem, a moją współlokatorkę przed nią samą. A co mi tam. Czemuż by nie?

Rachel Morgan to czarownica, która ryzyko ma we krwi. Głupia, głupia czarownica! Odeszła z ISB - Inderlandzkiej Służby Bezpieczeństwa, przez co ścigało ją mnóstwo stworów, a ona sama cudem uszła z życiem. Założyła własną firmę ze swoją przyjaciółką - wampirzycą Ivy, z którą zamieszkała w kościele. W "Wampirzych amuletach" pracuje jeszcze ktoś - mały stworek z wielkim męskim ego, piętnastocentymetrowy pixy Jenks. Mało Wam? To dopiero przedsmak tego, z czym można spotkać się w poprzednich trzech częściach serii. 

Ja byłam na wpół martwa, Ivy się puszczała, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo, a Jenksowi nic nie było, bo miał słodycze.

I tym razem Rachel nie potrafi stronić od niebezpieczeństwa. Jej wspólnik wciąż z nią nie rozmawia, Ivy ma coraz większą ochotę na jej krew, a Kisten... O, a Kisten ze swoją nonszalancją, połączeniem ciepła i wampirzego ryzyka wciąż pozostaje jej chłopakiem. Do gry dołącza Nick, była miłość czarownicy, który przez swój niebezpieczny człowieczy umysł i złodziejski dryg, wpada w kłopoty. Tym razem Rachel ma do stracenia więcej niż własną duszę. Nick ukradł coś, co może zmienić świat na zawsze, a ona musi temu zapobiec. Nie będzie to łatwe - tym bardziej, że zaginiony artefakt jest cenny dla łaków. Ich watahy łączą się w jedność, co nie miało miejsca od wieków. 

Zawsze umiera się w samotności, choćby naokoło były setki ludzi. 

Wydawać by się mogło, że w książce dominuje wątek lub raczej wątki miłosne. Nic z tych rzeczy. Tutaj wątek miłosny został całkowicie zepchnięty na dalszy tor, a jedyna bardziej miłosna scena zajmuje może z dwie strony. Tak więc od razu ostrzegam - to nie jest paranormalny romans dla nastoletnich fanek wampirzych pocałunków i ich magnetycznego erotyzmu.

Nigdy. Jest czerń. Jest biel. Szarość to tchórzliwy pretekst do mieszania naszych chęci z potrzebami.

A więc co to jest? Kawał dobrej, niedocenionej fantastyki. Kim Harrison stworzyła niesamowity świat, a pomieszanie współczesności i magii daje obraz rzeczywistości, który mógłby być czymś realnym. Plastyczność obrazu sprawia, że wydarzenia wręcz widziałam w swojej wyobraźni. Wszystko jest dokładnie wytłumaczone, nie ma żadnych niedomówień i nie można mieć żadnych wątpliwości. Sam pomysł na świat i historię poszczególnych ras jest niesamowity i doprecyzowany z niezwykłą dbałością. Kim Harrison napracowała się przy wszystkich drobnostkach, nawet nawiązała kontakt ze specjalistami od nurkowania, aby ten motyw w książce był realistyczny.

Nie płakałam. Zdecydowanie nie płakałam. Czekałam, aż znikną paskudne uczucia, i łzy płynęły mi z oczu, ale nie płakałam, do cholery!

Ta dbałość o szczegóły przewija się na każdej stronie książki, dlatego należy się uważnie wczytać, aby nic nie przeoczyć. Tym bardziej, że czasami jest coś podane jako suchy fakt, a rozwinięte tego następuje dopiero w kolejnym rozdziale. Autorka daje tym samym pole do pracy umysłowi czytelnika. Nie znaczy to jednak, że książka przez to staje się przewidywalna. Jedyne, co jest w niej pewne to kłopoty i zwroty akcji. Nawet kiedy bohaterowie ustalają szczegółowy plan działania, nie można być pewnym, co się wydarzy. Plan zmienia się tysiące razy, a na samym końcu i tak wszystko diabli biorą. Dzieje się wiele, bardzo wiele, więcej niż w trzech innych książkach razem wziętych. 

Niebezpiecznych przyciąga osoba im równa, a słabi się jej boją.

Kim nie zawiodła mnie, jeśli chodzi o poczucie humoru. Chociaż pojawiło się więcej powagi, a nawet i smutku, niż w poprzednich częściach, to chyba przy "Za garść amuletów" śmiałam się najwięcej. Co jak co, ale Rachel przy swojej tendencji do problemów, zachowuje ogromny dystans i poczucie humoru - nierzadko czarne. Żarty nie wynikają wyłącznie z osobowości bohaterów, ale także z kontekstów sytuacyjnych. 

Nie umiałam oczytać słów, lecz Ivy mogłaby poprowadzić moje palce po zarysach liter, żebym na nowo określiła swój świat.

Co do bohaterów - to seria, która ma ich naprawdę wyraźnie wykreowanych. Uwielbiam ich wszystkich, wyjątkowo nie mam problemów z dopasowaniem imion do postaci, każdy jest zupełnie inny i swoją historią znacząco odróżnia się od innych. Każdy ma swój zestaw zachowań, sposób ubierania się, czy chociażby pulę charakterystycznych słów. "Za garść amuletów" zaskoczyło mnie przede wszystkim wątkiem Ivy - tajemnicza wampirzyca zostaje odrobinę zdemaskowana, przez co na jaw wychodzą jej inne cechy. Ivy nie staje się kimś innym, ale poznajemy ją jeszcze bardziej - co nie znaczy, że traci na charakterze. Zadziwił mnie też Jenks i jego wzrost. Jak pisałam, ma on piętnaście centymetrów, ale... 

Chciałam się napić, ale potem zrobiło mi się głupio, że myślę o wodzie, kiedy moi przyjaciele chcą się zabić nawzajem. 

Nie spodziewałam się, że zostanie rozwinięty wątek wilkołaków aż na taką skalę - fani tych stworzeń będą zadowoleni. O ile łaki przewijały się w poprzednich częściach, czasami były nawet na pierwszym planie, to jednak w centrum znajdowały się zazwyczaj wampiry, czarodzieje, demony lub elfy (w zależności od części). Ja fanką wilkołaków nie jestem, ale łaczy wątek poprowadzony w tak zdumiewający sposób bardzo przypadł mi do gustu. Także nowe aspekty magii mnie zachwyciły - fanatycy zaklęć i czarodziejów znajdą w tej książce sporo dla siebie. Rachel zaczyna praktykować jakby inny odłam magii, więc starzy czytelnicy mogą dowiedzieć się więcej o prawach, które rządzą w Zapadlisku.

Odejść od kogoś, kogo się kocha, potrafi tylko niewiarygodnie silna osoba.

Przez te lata zapomniałam już, że Kim Harrison zazwyczaj serwuje też niezłą ucztę dla moich uszu. Wyjątkowo do fabuły wprowadziła tylko jeden utwór z tytułu i nazwy zespołu, ale tak go polubiłam, że mogę to wybaczyć, bo książce nic nie brakuje. Jedyne minusy, jakie widzę, leżą nie po stronie autorki, ale po stronie wydawnictwa. Sporo literówek i źle odmienione wyrazy, a także całe zagranie z premierą. Najbardziej boli mnie to, że zamiast dobrze wypromować ten tytuł, o książce wydawnictwo nie wspomniało nawet nic w dniu premiery, a ukazanie się kolejnego tomu jest uzależnione od sprzedaży tego tomu. 

Oni nigdy się nie zmieniają, tylko po prostu lepiej się kamuflują. 

Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zapoznać się z tą serią, a uwielbia fantastykę, gorąco polecam poprzednie części ("Przynieście mi głowę wiedźmy", "Dobry, zły i nieumarły", "Każda magia jest dobra"). Wyraźnie odróżnia się od tego, co obecnie znajduje się na półkach w księgarni. Zdaję sobie sprawę, że znalezienie pierwszej części może być trudne, ale warto trochę pomyszkować. Z kolei fani Rachel Morgan mogą odetchnąć z ulgą i piszczeć z zachwytu. Warto było czekać tyle lat. 

To było dziwne, cywilizowane. Tak, przyszłam pana obrabować. Cudownie; zechce się pan przedtem napić herbaty?

Przeczytane: 31.03.2017
Ocena: 10/10



niedziela, 9 kwietnia 2017

111. Nowości na stosie

Moikka! 

Dziś jeden z moich ulubionych postów, czyli nowości na stosie. Właśnie siadam do recenzji, ale na szybko postanowiłam zrobić ten wpis. Zupełnie zapomniałam, że nie pochwaliłam się, co ostatnio do mnie o dotarło - a dotarło wiele dobra. 

Jak już kiedyś pisałam, w moim przypadku są dwa pewne terminy zamawiania książek - rozpoczęcie nowego roku akademickiego i rozpoczęcie letniego semestru. Zazwyczaj wtedy szaleję, ale tym razem rozważnie podeszłam do zakupów. Jak się okazało, nie muszę kupować żadnych nowych książek do modułów, które właśnie realizuję, ale całkiem sporo literatury uzbierało się do badawczej pracy pisemnej pod indywidualną opieką (coś na wzór pracy licencjackiej). Skusiłam się też na dwie czytajki - nie szalałam za dużo, aby się nie rozpraszać od nauki. 

Zaczynając od największych przyjemności - zaopatrzyłam się w "Słoneczne miasta" Tove Jansson. Nie mogłam odpuścić i zamówienie świeżo wydanej książki mojej ukochanej autorki było wręcz obowiązkowe. Do zestawu mój ukochany pisarz płci męskiej - Bukowski i jego "Faktotum", które już skończyłam czytać. 

Z książek do pracy bardzo zaskoczyła mnie "Psychologia konsumenta". Podręcznik na wysokim poziomie nie tylko ze względu na informacje, ale też na sposób ich przedstawienia - kolorowe ilustracje, obrazkowe przykłady. Pierwszy raz miałam wrażenie, że podręcznik akademicki kupiłam za grosze, choć mało nie zapłaciłam. W porównaniu do jakości cena była niewielka. Zaczęłam już czytać książkę "Pre-swazja", która napisana jest tak, że spokojnie może po nią sięgnąć nie tylko psycholog. Najmniejsze wrażenie robi na mnie właśnie "Wywieranie wrażenia". ale za to niepozorna "Biologia atrakcyjności człowieka" bije wszytko - już same tytuły rozdziałów są intrygujące. 

Tymczasem uciekam skrobać recenzję Buka!