poniedziałek, 24 lipca 2017

128. Justyna Kopińska "Polska odwraca oczy"

Książkę Justyny Kopińskiej "Polska odwraca oczy" widziałam już wszędzie - naprawdę wszędzie. Po moim pierwszym reportażu na temat współczesnej Polski poczułam ciągotki do tematu i widząc żółtą okładkę tej pozycji w jakże kuszącej cenie, nie zastanawiałam się długo. 

Reportaże dotykają wszelakiej tematyki - problemów polskiego więziennictwa i wypuszczanych na wolność zbrodniarzy, specyfiki działań policji, traktowania pacjentów chorych psychiczne, znęcania się sióstr zakonnych nad małoletnimi w placówkach opiekuńczo - wychowawczych, korupcji, sądowego dramatu ofiar gwałtów, walkach niepełnosprawnych o renty, ukrywaniu problemów. Wśród przytłaczających fragmentów znalazłam rozdział pozytywny - choć może ma on pozytywny wydźwięk tylko dla mnie - a dotyczył on samobójczej śmierci małżonków, z których jedno z nich śmiertelnie zachorowało, a drugie nie wyobrażało sobie życia bez niego.  

Różnorodność ta wydaje się być największym atutem książki, choć rozdziały mogły być lepiej uporządkowane tematycznie. Na początku każdego z nich znajduje się kilka informacji, które miały wprowadzić czytelnika w temat, jednakże często zdarzało się, że było to streszczenie całego tekstu - wówczas zbędnym wydawało się tracenie czasu na czytanie nierzadko zbyt przeciągniętych stronic. 

Dla mnie największą zaletą był styl autorki, wynikający z przeprowadzonego przez nią śledztwa. Podoba mi się, że autorka nie ocenia żadnej ze stron konfliktu, kiedy takowy prezentuje. Przytacza suche fakty oraz wypowiedzi osób, które coś w danej sprawie miały do powiedzenia lub po prostu są stronami dochodzenia. Starała się dotrzeć do wielu źródeł, dlatego w reportażach pojawia się dużo perspektyw. Zderzenie dwóch światów zupełnie różnych ludzi pokazuje prawdziwy obraz sytuacji. 

Niemniej, raz autorka zaplątała się w przedstawianiu sprawy. Niestety, był to rozdział, który szczególnie sobie upodobałam, bo dotyczył pośrednio pracy psychologa. Chociaż świadkowie wyraźnie mówili, że psycholog wydawał zaświadczenie o przeciwwskazaniach do pracy z bronią, ale sąd podjął ostateczną decyzję, nie wspomagając się owym zaświadczeniem, to autorka w ostatnich słowach tego rozdziału zakwestionowała kompetencje psychologa, pisząc, że wydał zezwolenie, choć nie powinien. No cóż... 

Jednak z książki wyłania się obraz Polski, z której każdy niby zdaje sobie sprawę, ale w którą nie chce lub nie może uwierzyć. Absurdy prezentowane w polskiej telewizji to sielanka przy rzeczywistości. Dodatkowo wydają się być one nagłaśniane tylko po to, aby tymi tanimi sensacjami odwrócić uwagę obywateli od tego, co naprawdę dla nich ważne i co dotyczy ich życia codziennego. 

Czy książkę polecam? Zdecydowanie tak. Justyna Kopińska włożyła mnóstwo pracy w przygotowanie swoich reportaży, sumiennie badając każdą opisaną sprawę. Książka jest mocna, ale na mnie większe wrażenie zrobiły "Najlepsze buty na świecie" Michała Olszewskiego. 

Przeczytane: 22.05.2017
Ocena: 7/10


środa, 19 lipca 2017

127. PigOut "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera"

Wstaję, spoglądam w kalendarz, a tam piątek trzynastego. "Oho, urodziny mojej karmy. No dawaj życie, zaskocz mnie!" - przykozaczyłem w myślach. Nie minęło nawet pięć minut, wtem odkrywam, że nigdzie nie ma telefonu, czyli gra już dawno rozpoczęta. Ok, challenge accepted. 

Jakiś czas temu zastanawiałam się, co zrobię, kiedy przeczytam już wszystkie książki mojego ukochanego Bukowskiego. Odpowiedź na to pytanie nasunęła się sama, kiedy jeszcze przed premierą w moich rękach znalazła się książka "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera". Teraz już wiem - po lekturze twórczości Buka przerzucę się na bloga PigOuta. 

Możecie to nazwać początkami Alzheimera, ja trzymam się wersji, że to zwykły trolling ze strony mózgu.

PigOut to nie kto inny, jak nasz rodzimy bloger. Wiem, co sobie pomyślicie - "oho, kolejny polski wielki filozof, który nic nie robi, tylko wyśmiewa innych, a za swoje pożalsięboże teksty dostaje profity". Mi od razu zasunęli się youturzeby, którzy na swoich kanałach to może i mają coś do powiedzenia, a na pewno nie jest to materiał na książkę - tym bardziej, że większość "twórców" internetowych lubi się powtarzać. Innymi słowy, za darmoszkę i legalnie można przeczytać te same treści w Internecie, chociaż za książkę chcą kilka dyszek. Podobno papier trzeba oszczędzać. Pieniądze też. No cóż.

Podsumowując, świat ewidentnie nie chce, żebym był szczupły, mnie z kolei nie chce się walczyć ze światem i w ogóle pierdolę, nie robię. Zapuszczam Netflixa. 

Ale PigOut to nie jeden z nich. Bloger nie szczędzi autoironii ani sarkazmu wobec społeczeństwa. Jakże moja niegodziwa część lubi takie psioczenie na polską mentalność oraz współczesny świat wraz z jego absurdalnymi zachowaniami rodem z jaskini. Kilka tekstów, niestety, pokryło się  blogiem, ale można to wybaczyć - nie było ich tak wiele, żebym żałowała na tę pozycję miejsca na półce.

"Trudno, w końcu ile razy człowiek się hajta?" - pytają sami siebie. Cóż, młodzi i zakochani naprawdę wierzą, że tylko raz.

Czego dotyczą teksty blogera? Otóż tego, co dzieje się wokół nas. Taka różnorodność została ujarzmiona w czterech częściach, w skład których wchodzą tematycznie spójne rozdziały. Wydaje Wam się, że nasza codzienność nie jest godna opisywania? No może... Ale PigOut robi w taki sposób, że czytanie jego szyderstw doprowadza do łez. O ile na na widok ogromnych kolejek trzy dni przez trafieniem jakiegoś produktu do sprzedaży oraz koczowanie przez sklepem popukałabym się w czoło i tyle, tak autor ubiera to zjawisko w zabawne słowa, dodając barwne opisy dantejskich scen.

Nie wiem, z czego to wynika, ale ostatnio moi znajomi zaczęli masowo się hajtać. Albo się zmówili, albo rząd faktycznie zdelegalizował pigułki antykoncepcyjne.

Oprócz tego pisze o (nie)fenomenie Greya, kondycji kina, fejsowym szpanie, skazaniu na nędznego sylwestra, zajęciach upadających "gwiazdach", męskich wypadach, ułomności naszego mózgu, przesądach na temat piątku trzynastego, fenomenu Chodakowskiej i dietach cud. Ja najbardziej lubię fragmenty o osobistych przygodach autora i jego złej karmie. Wiem, że to sadystyczne, ale z chęcią poczytałabym więcej o tych kłopotach oraz sposobach na wyjście z opresji. Jeszcze więcej poczytałabym o komentarzach na temat blogsfery. Serio. Autor się nie cacka i wkłada kij w mrowisko. Policzek dla każdego blogera.

W przeliczeniu na złotówki to równowartość golfa trójki. Redzi był w takim szoku, że odruchowo pociągnął kasjerkę za włosy, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem nie Tusk w masce. O dziwo, nie. 

Co do jego opinii... No właśnie - czy PigOut jest hejterem? Według  mnie nie. To po prostu szczery komentator otaczających nas zjawisk, których w gonitwie codzienności nie dostrzegamy nic nadzwyczajnego. Nie widzimy absurdu naszych działań, nie wspominając o zastanowieniu się nad nimi. Lekkie pióro i specyficzny humor sprawiają, że nie jest to wylewanie smutów, ale niezła zabawa. Ale przewrażliwiony na krytykę - szczerą, zasłużoną i konstruktywną - zapewne z miejsca nazwałby autora hejterem.

Jest takie niepisane prawo, zgodnie z którym facet powinien minimum raz w roku, na co najmniej 24 godziny, wybić z chaty w celu totalnego zezwierzęcenia się. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco polecić tę książkę. Jakby to powiedział pan popełniający  tę wydawniczą zbrodnię -  książce mówimy zdecydowane "chyba tak", bo "cycki opadają". Tymczasem ja spadam na bloga PigOuta i zapraszam tam każdego, kto waha się przed lekturą. Nie wzbraniajcie się, wszak autor założył go pod wpływem alkoholowego upojenia...

Od wczoraj nic już nie jest takie jak kiedyś. Mój zmysł wzroku został zbrukany, a umysł wypaczony. To, co zobaczyłem, na zawsze wypaliło piętno. Inwestycja w alkohol i próby wymazania pamięci nie powiodły się. Napiszę, co widziałem ku przestrodze dla innych, ale wcześniej niech wszystkie matki ukryją dzieci. 

Ocena: 9/10
Przeczytane: 16.07.2017



niedziela, 16 lipca 2017

126. Nowości na stosie

Uhuhu, no to się porobiło. Nie było mnie ponad miesiąc - poprzedni wpis wrzucony był ostatniego dnia maja i przychodzę dopiero teraz, w połowie lipca. A więc proszę się na mnie nie rzucać z ząbkami (chyba że to wampirze kły), już się tłumaczę. Ale najpierw... Moikka!

Podsumowanie maja było ostatniego dnia tegoż miesiąca, choć zazwyczaj zamieszczam tego typu wpisu pierwszego dnia nowego miesiąca (nigdy nie wiadomo, czy wieczorem nie przeczytam jeszcze jednej książki). Tym razem było inaczej, ponieważ pierwszy dzień czerwca wypadał w czwartek, a był to czwartek, kiedy miał się pojawić muzyczny przekładaniec. Tak więc postanowiłam, że podsumowanie będzie w środę, muzyczny przekładaniec w czwartek. 

Ale, jak widzicie, muzyczny przekładaniec nie powstał. Dlaczego? Otóż dlatego, że w tamtym czasie zaczęłam intensywniej pisać swoją pracę na studia, a że związana jest z muzyką, to tej było ponad miarę - na pewno na tyle dużo, że trudno byłoby wybrać jeden utwór dnia. Poza tym... No dajcie spokój. Pisać pracę o muzyce, słuchać muzyki dla przyjemność i jeszcze więcej na potrzeby pracy, a do tego tworzyć posta o takiej tematyce? Nie ma szans. 

Praca pracą, były egzaminy. Sądziłam, że ze wszystkim wyrobię się bardzo szybko i w zasadzie w połowie czerwca tu wrócę, więc nie widziałam potrzeby informowania o małej przerwie. Problem polega na tym, że sprawa z moją pracą nieco się skomplikowała. Śmieszna historia. Miała być o kształtowaniu zespołu rockowego i metalowego jako marki, technikach marketingowych, koncepcjach psychologicznych tłumaczących fenomen jakiegoś zespołu i postaw konsumenckich fanów wobec tychże zespołów. To wszystko na podstawie trzech przykładowych formacji. Nie ma bata, najpierw odpadły postawy, później koncepcja trzech zespołów, a w efekcie końcowym moja praca dotyczy tylko garstki technik marketingowych. Nie wierzycie, że było aż tyle materiału do pisania? Phi. Mam obecnie 45 stron, a to nie koniec. Trzeba wyedytować pracę, dodać część praktyczną oraz wrzucić kilka znaczących obrazów. 

Wszystko się tak przeciągnęło i jeszcze zakończone nie jest - będzie jutro. Niemniej, chwila relaksu i post na bloga to rzecz wspaniała. Tym bardziej, że przychodzę do Was z nowościami, które pojawiły się na moim stosie. Same przyjemności. Cóż to takiego?

Chciałam zamówić kilka nowych książek, chociaż na stosie jest ich tyle, że głowa mała - pokój zresztą też. No ale... Wiecie sami. No i nadarzyła się okazja, bo ktoś z towarzystwa widział potrzebę nabycia książek, na co ja od razu wyskoczyłam z propozycją, że to ja zamówię, za jedną przesyłką i w ogóle fetysz książkowy - składanie zamówienia przez Internet, rozpakowanie paczuszki i inne takie. Co zamówiłam?

Przede wszystkim Bukowskiego. Stwierdziłam, że przeczytałam tylko pięć jego książek i przywaliłam sobie nimi w czoło. Mam zasadzę, że przy każdym zamówieniu kupuję Buka lub Muminki, więc teraz postanowiłam zadośćuczynić. Zamówiłam sobie dwie książki Bukowskiego - "Kłopoty to męska specjalność" oraz "Najpiękniejsza dziewczyna w mieście". Wybrałam też dwie książki, które jakiś czas temu bardzo chciałam przeczytać i tym sposobem zaopatrzyłam się w "Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?" oraz "Niedokończony eliksir nieśmiertelności", tym samym wyrabiając już do końca życia własne (nie)zapotrzebowanie na "literaturę" polską. Jako wisienkę dorzuciłam "W Dolnie Muminków", na co moja mordka uśmiechnęła się szeroko. Nawet aż tak nie bolało mnie to, że mój współzamawiający zażyczył sobie dwóch książek Oksanen (dla niekumatych - Finlandia i te sprawy), których tak naprawdę nie miałam ochoty mu oddawać, ale nie dałam tego po sobie poznać. Co do Muminków - już dawno przeczytane, tak, tak.

Na samym końcu pojawiła się w mojej skrzynce mailowej niesamowita wiadomość, którą początkowo wzięłam za spam. Ogarnęłam co i jak, przejrzałam dołączone zapiski i pomyślałam: "orajusiumuszęprzeczytaćtęksiążkę". Mowa o "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera". I tak - ją też już przeczytałam. Kilka minut temu. Nocka zerwana - położyłam się spać o 4:51, kierując się zdrowym rozsądkiem, jak to pięknie w swojej książce ujął PigOut. Czy nie pisałam przypadkiem, że do jutra muszę wysłać pracę? Tak? No to się powtórzę. Do jutra muszę wysłać pracę (do jutra rana), a ja siedzę i czytam książkę blogera. Niby studentka psychologii, a co robię ze swoim życiem?

Jeszcze słowem pocieszenia (samej siebie) dodam, że przerwa ta była mi potrzebna. W czerwcu w zasadzie nie czytałam i trochę się zdystansowałam oraz nabrałam świeżości. Tego mi właśnie było potrzeba. No i nowych książek też. Czytaliście coś z tego? Dajcie znać, bo nie wiem, za co pierwsze teraz chwycić. A, dobra, za nic. Dokończę pisać pracę. A potem... A potem napiszę cztery recenzje na bloga. Szykujcie się!


środa, 31 maja 2017

125. Podsumowanie maja

Kończy się maj, a ja obiecałam, że uporam się w tym miesiącu ze wszystkimi obowiązkami, a przy tym przeczytam chociaż trzy książki. Z jednego udało mi się wywiązać, z drugiego nie - zgadnijcie z którego. 

Maj kończę z zadowalającym wynikiem. Przeczytałam 4 książki - jedną na studia i trzy czytajki, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś zgubiłam jedną książkę. Ups? Nie, to raczej niemożliwe. Tak czy inaczej, dopiero w połowie miesiąca udało mi się przeczytać zaległe i okropne "Piątkowe noce wampirów" (recenzja). Odbiłam to sobie przepięknym przykładem fińskiej literatury, czyli "Ćmą" (recenzja), a na deser zostawiłam reportaż "Polska odwraca oczy" (recenzja będzie, jak będzie, czyli jak ją napiszę - a zrobię to zapewne w ciągu tygodnia). Spokojnie zdążyłabym przeczytać jeszcze jedną czytajkę, ale miałam wyrzuty sumienia, że się nie uczę. 

Moje sumienie uspokoiło się tym, że doczytałam do końca "Psychologię konsumenta" Katarzyny Stasiuk i Dominiki Maison. To chyba najciekawsza książka naukowa na świecie. Zazwyczaj za podręczniki akademickie płaci się krocie, a wydanie pozostawia wiele do życzenia. W tym przypadku zapłaciłam niewiele (nawet zwykła książka z taką ilością stron i w takim formacie kosztowałaby porównywalnie tyle samo), a dostałam świetnej jakości wydanie - nie dość, że ilustracje są w kolorze, to PWN pofatygowało się i użyło kolorowych napisów i kolorowych ramek. Zawsze narzekam, że książki do nauki psychologii nie ułatwiają uczenia się, a tutaj proszę, już coś. 

Wisienką na torcie w tym miesiącu był czerwcowy "Teraz rock", kupiony w zasadzie tylko dlatego, że potrzebowałam artykułu w nim zawartego do pracy. Naszła mnie jednak refleksja, dlaczego nie kupuję go na bieżąco. Czas to zmienić. Wszystkie lektury dały mi ogólnie wynik 1560 stron, co najgorszym wynikiem nie jest, ale już szykuję się na wakacje i wynik ponad 3000 stron. 

Udało mi się też obejrzeć 16 filmów. Większość znów z poza mojej listy "do obejrzenia", ale tak to jest, kiedy filmy ogląda się rodzinnie (a gust rodziny jest odmienny od mojego). "Hiszpanka" była na tej liście, ale nie spodziewałam się zbyt wiele i zbyt wiele nie dostałam, choć ciekawie było popatrzeć na znajome miasto w takim wydaniu. Pozytywnie zaskoczyło mnie natomiast "Światło latarni". W końcu udało mi się obejrzeć, a nawet napisać recenzję"On wrócił". Do pracy badawczej obejrzałam dwa filmy "Artefakt" oraz "Sugar Man"- i o nich planuję napisać coś więcej, znów coś na wzór recenzji. Filmowy miesiąc zakończyłam porywając trzyletnią kuzynkę do kina na "Smerfy. Poszukiwacze zaginionej wioski". Oprócz tego na liście obejrzanych filmów znajdują się: "Dobór naturalny", "Wykolejony", "Outlander", "Szubienica", "Widzę, widzę", "Bezpieczna przystajń", "Zanim się pojawiłeś", "Niespełnione obietnice", "Love, Rosie" i "Poltergeist". 

Na blogu pojawiło się jedynie 10 postów, co jak na mnie jest liczbą wyjątkowo małą. Opublikowałam pięć recenzji ("Ćma""Piątkowe noce wampirów""Obietnica krwi""Niektóre dziewczyny gryzą" i "Słoneczne miasto"), jedną recenzję filmu ("On wrócił"), dwa podsumowania (to i podsumowanie kwietnia), jedne nowości na stosie oraz dwa muzyczne przekładańce (tutaj i tutaj). 

Z maja jestem względnie zadowolona. Obawiam się jednak, że w czerwcu będzie mnie tu jeszcze mniej z racji natłoku na studiach. Nie bijcie mnie za to - wszystko odpracuję w lipcu, sierpniu oraz wrześniu. Wam tymczasem życzę zaczytanego czerwca!