piątek, 12 kwietnia 2019

202. Katja Pantzar „Odnaleźć sisu. Fiński sposób na szczęście przez hartowanie ciała i ducha”

Po przyjeździe do tego kraju spytałam koleżankę z pracy, dlaczego Finowie mało się uśmiechają. Zastanowiła się chwilę, po czym odpowiedziała: - Uśmiechają się od środka. 

Często możemy przeczytać, że Finowie są zimni, małomówni i oschli. Takie są stereotypy, takie informacje napotykamy u pierwszego lepszego źródła. Żeby dostrzec do tego, co najważniejsze, musimy się trochę namęczyć, ale w końcu dokopujemy się do kluczowej informacji. Sisu, czyli fińska cecha narodowa. 

„Odnaleźć sisu. Fiński sposób na szczęście przez hartowanie ciała i ducha” możemy zakwalifikować dwojako. Jeśli spojrzymy tylko na pierwszy człon tytułu, mamy luźną książkę o Finach. Natomiast jeśli zerkniemy na nią przez pryzmat drugiej części tytuły, dostajemy mądrze napisany poradnik. Nie podchodziłabym jednak do tej książki w ten drugi sposób – rozstrzał kulturowy jest spory i nie wszystko zrozumiemy tak, jak powinniśmy, a powinniśmy zrozumieć to głęboko. Innymi słowy, żeby fińskie sposoby na szczęście zadziałały, musimy mieć już jakąś wiedzę o Finlandii. 

Ja jednak patrzę na tę książkę jako kolejną na mojej półce pozycję o kraju tysiąca jezior. Pod pewnym względem jest wyjątkowa. Zazwyczaj autorami takich tytułów są Finowie lub eksperci w tej dziedzinie. Katja Pantzar nie jest ani jednym, ani drugim. Całe swoje życie spędziła w Kanadzie, choć Finlandia nie jest jej całkowicie obca – ma fińskie korzenie. To połączenie daje ciekawe spostrzeżenia – z jednej strony są to obserwacje zupełnie obcej, odmiennej kulturowo osoby, a z drugiej strony Finlandia jest traktowana w sposób osobisty. 

Największym plusem jest dla mnie sięganie do źródeł naukowych. Autorka powołuje się często na najnowsze badania naukowe lub rozmawia z naukowcami, szukając u nich odpowiedzi na swoje pytania. Nie mówi jednak tylko o suchych faktach – działanie fińskich sposób na szczęście sprawdziła na własnej skórze i potwierdza ich działanie. Dzięki temu książka nie należy do beznadziejnej grupy poradników na życie, ani też nie jest nudnym naukowym bełkotem. 

Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie dopatrzyła się rysy na szkle. Skandynawia. Jak zwykle. Wrzucone zostały cytaty, które nie mówią wprost o tym, jakoby Finlandia należała do tej grupy krajów, niemniej może to co nieco sugerować. Serio, Wydawnictwo Jagiellońskie? Takie rzeczy można byłoby jeszcze wybaczyć (ja mogłabym co najwyżej przymknąć oko) byle jakiemu wydawnictwu, ale na pewno nie takiemu, które działa przy bardzo szanowanym uniwersytecie. 

Minus jest jednak niewielki i mogę śmiało polecać „Odnaleźć sisu”. To pozycja przede wszystkim dla rozsądnego czytelnika – nie dla takiego, który przeczyta o ciekawym sposobie na życie i impulsywnie próbuje wdrażać go w swój codzienny plan dnia. Nie trzeba dodawać, że z marnym skutkiem. Refleksja, refleksja i jeszcze raz refleksja. Takie przesłanie wyłania się z tej książki tym należy się kierować przy ocenie zmiany własnego stylu życia. 

I tu pojawia się sisu: nie poddajemy się, wprowadzamy plan w życie. Kiedy zaczynają się ciężkie czasu - i to jest piękno Finlandii - kiedy zaczynają się kłopoty, wiele innych krajów dokręca śrubę, podwaja kontrolę. A Finowie odpuszczają. Rozumieją, że sisu nie polega na tym, żeby cisnąć, sisu polega na tym, by pozwolić ludziom ustalić, co dalej. 


Wydawnictwo: Bona Vita - Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania: 25.10.2018
Liczba stron: 207
Przeczytane: 16.03.2019
Ocena: 9/10

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

201. Marcin Szulc „Irlandia albo frytki z octem”

Współczesny człowiek przyjeżdżający do Irlandii potrzebuje powonienia, żeby mogło ostrzec go przed frytkami z octem. Nawet jeśli miałaby to być jedyna i ostatnia rzecz, jaką cały zmysł powonienia zrobi!

Z czym kojarzy Wam się Irlandia? Ze skoczną muzyką, długimi nogami tancerek, zielonymi klifami, wiatrem, deszczem, pysznym piwem, klimatycznymi pubami? Dla mnie Irlandia to uśmiech – nie tylko Irlandczyków i ludzi wszelkich narodowości, ale przede wszystkim z moim. Zaraz potem stawiam muzykę, owce, słodycze, alkohol, klimat Dublina i przepiękne widoki. I coś, co zawsze muszę zjeść – frytki z octem i ryba. Fuj, wiem. W Polsce nigdy bym tego nie zjadła. 

Niewątpliwie Irlandia służy twórczemu myśleniu. Mam jednak wrażenie, że jest za mała, żeby wszyscy, którym otwiera się tutaj umysł, mogli jednocześnie rozwinąć swoje skrzydła. Nie będę wymyślał powodów, dla których tak się dzieje. Po prostu ich nie znam. 

Marcin Szulc jest adwokatem, który wyemigrował z Polski do Irlandii ponad dekadę temu. Zna więc Irlandię z perspektywy świeżego imigranta, ale też z perspektywy osoby, która mieszka tam na stałe. Byłam ciekawa przede wszystkim tej drugiej strony. Życie chwilowego pracownika na obczyźnie nie jest specjalnie ciekawe pod kątem kulturowym – oczywiście, nie zawsze. Ale jednak długi pobyt za granicą pokazuje zdecydowanie więcej i pozwala na zrozumienie różnic między dwoma państwami. 

Irlandia może zapłodnić intelektualnie lub pomóc rozwinąć skrzydła, jeśli zapłodnienie przyszło skądinąd. Mam jednak wrażenie, że nie potrafi dać jednego i drugiego równocześnie. 

Książka „Irlandia albo frytki z octem” podzielona jest na dwanaście rozdziałów. Już sam spis treści mówi, że nie będzie to poważna lektura. Słodko – gorzki wydźwięk idealnie pasuje do irlandzkiej narracji. Taką też narrację poznałam, kiedy rozmawiałam z Polakami, mieszkającymi na stałe w Dublinie. Inaczej się nie da. Dla turystów pewne rzeczy są niewidoczne, bo wychodzą dopiero po zamieszkaniu w Irlandii. Właśnie do tych rzeczy drzwi otwiera nam autor tej książki. 

Mówiąc o zapachu wcale nie mam nic złego na myśli. Irlandia jest po prostu inna i wiele rzeczy, które tutejsi uznają za normalne, szokują kontynentalnych Europejczyków. I to bardziej niż drobne dziwactwa Brytyjczyków. 

Nie da się ukryć, że jest to szybka lektura – wystarczy tak naprawdę jeden krótki wieczór, żeby ją przeczytać. Jeśli ktoś uwielbia ironię i sarkazm, będzie czytał trochę dłużej, bo po drodze będzie miał kilka przystanków na większe i mniejsze parsknięcie śmiechem. Przez większość czasu Marcin Szulc w zasadzie rzuca same minusy mieszkania na Zielonej Wyspie, ale niech Was to nie zmyli, ani też niech Was to nie zniechęci. Prawdziwy smaczek czeka na Was na samym końcu. 

Przekonałem się jednak, że sugerowanie rozwiązań problemów będących przedmiotem narzekań spotyka się tutaj ze zdziwieniem. Narzekać to „my”, ale rozwiązania niech znajdują „oni”. „Oni” też zajmą się wprowadzeniem tego w życie, żeby „nam” było lepiej. Tak właściwie, to czemu jeszcze tego nie zrobili? 

Chociaż „Irlandia albo frytki z octem” może pomóc w podjęciu decyzji o wyjeździe na stałe, to ludzie planujący krótką podróż lub po prostu zainteresowani Irlandią znajdą tutaj coś dla siebie. Inaczej patrzy się na ten kraj, mając w głowie informacje, które w tak humorystyczny sposób przekazuje autor. Wierzcie mi, ja też inaczej patrzę na to wszystko, odkąd dowiedziałam się, że typowy irlandzki pub nie ma nic wspólnego z typowym irlandzkim pubem (serio, serio) lub też, że wszystko, co dobre, może być tylko i wyłącznie irlandzkie. 

„Jakiś czas” to bardzo istotne pojęcie w Irlandii. „Jakiś czas” ma długość zależną od kontekstu i doświadczenie uczy mnie, że zawsze trzeba „jakiś czas” zdefiniować i doprecyzować. 

Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Książka ląduje na liście moich ulubionych książek, a to niemały zaszczyt, patrząc na mój gust. Niedoświadczonym w temacie może otworzyć oczy na sprawy, o których nigdy by nawet nie pomyśleli. Nic dziwnego – bo Irlandia to nie tylko to, co znajdujemy w pierwszym lepszym przewodniku turystycznym… Lub też może przede wszystkim to nie to. Choć nie powiem – widok małych owieczek może zasłonić widoczność na rzeczy ważniejsze.

Wiele rzeczy jest z pozoru identycznych, leczy przy bliższym poznaniu okazuje się, że pod powłoką normalności czai się celtycki duch. Który na każdym kroku znajduje irlandzkie rozwiązanie irlandzkiego problemu. 

Wydawnictwo: Wizard Media
Data wydania: 2018
Liczba stron: 176
Przeczytane: 01.02.2019
Ocena: 9/10

sobota, 6 kwietnia 2019

200. Podsumowanie marca

Ależ przyśpieszyło! Zawsze czas pomiędzy zimą i wiosną jest tak nieuchwytny, że nawet trudno określić go w ramach konkretnych dni. Za to wyraźnie ten czas czujemy. Większość zapewne pozytywnie, ale ja już nastrajam się negatywnie. Zimy nie było i nie ma czego ukrywać. Brakowało mi śniegu, niskim temperatur i czasu na myślenie. A teraz zbliża się najcięższy okres w roku. Na myśl o słońcu i wysokich temperaturach już robi mi się niedobrze. Byle do jesieni. 

Ale co z książkami w marcu? Nieźle, nieźle. Przeczytałam 4 książki, co dało 1071 stron. Najlepsza książka poprzedniego miesiąca to „Odnaleźć sisu” - recenzja już gotowa, zdjęcia zrobione, kwestia opublikowania. Pozytywnie zaskoczyła mnie „Pacjentka”, o której więcej przeczytacie tutaj. Oprócz tego przeczytałam również „Wielki Ogarniacz Życia, czyli Jak być szczęśliwym nie robiąc niczego” oraz bajkę dla dzieci „Vladek. Najmilszy wampirek na świecie”


Najmilszym akcentem marca był zdecydowanie wyjazd do Krakowa na koncert. Korpiklaani, Turisas, Trollfest... Nie ma nic przyjemniejszego od muzyki. Nawet książki muszą się schować. 

A jak tam u Was książkowe i mniej książkowe podsumowanie marca? 


niedziela, 31 marca 2019

199. Teresa Grzywocz „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach”

Mogę się założyć, że większość z Was ma w głowie idealny obrazek stewardesy. Perfekcyjny makijaż. Schludny mundur. Wysokie obcasy. Ciasno spięte włosy, bez żadnego zbłąkanego luźnego kosmyka. Szeroki uśmiech. Pogodny ton głosu. Mało kto pomyśli o niewyspaniu, zniszczonych paznokciach, babcinych pantoflach, ciężkiej pracy. A jednak – praca stewardesy to nie bajka o podniebnej księżniczce. 

Teresa Grzywocz to polska stewardesa, która poznała ten zawód na własnej skórze. Latała przeróżnymi samolotami, a na koncie ma doświadczenie w pracy nawet u największych linii lotniczych świata. Swój fach przedstawia w książce już po raz drugi, choć dla mnie to pierwsze spotkanie z autorką. 

„Opowieści pokładowe” pokazują prawdziwe życie na wysokościach. Teresa Grzywocz zaprasza nas na pokład w celu przedstawienia swojej pracy. Nie skupia się na tym, kto i jak lata – celebryci, gwiazdy muzyki i kina, milionerzy, szejkowie, politycy, przeciętni Kowalscy. Nie, tym razem goście nie są aż tak istotni, choć często są ważnym punktem zaczepienia. To opowieść o pracy pod niebem, a nie o zabawnych historyjkach ze znanymi ludźmi. Ale wiadomo – ludzie, a klienci to już przede wszystkim, wpływają na sposób wykonywania pracy. 

 W książce podoba mi się najbardziej to, że autorka nikomu nie odradza, ani też nikogo nie zmusza do wybrania takiej ścieżki zawodowej. Po prostu ją przedstawia, a robi to w sposób tak ciekawy, że może zainteresować każdego.  Ta pozycja to nie tylko lektura dla przyszłych stewardes, ale ciekawa opowieść do osób, które choć w minimalnym stopniu interesują się lataniem lub choć raz wybrały samolot jako swój środek transportu. 

Teresa Grzywocz nie skupia się na samych plusach swojej pracy i łamie stereotypy. Prawda, tylko prawa. To mi imponuje. Wszystkie za i przeciw. Wszystkie wady, wszystkie zalety. Zabawne anegdoty, mrożące krew w żyłach historie i samotny los podniebnych pracowników, a do tego zabawne quizy oraz jakże wymowne listy  – tutaj mamy wszystko. Przede wszystkim czytamy o rzeczach praktycznych, nie tylko teoretycznych. Przecież wszyscy wiemy, co w pracy teoretycznie mamy robić, a co praktycznie robimy. Jak sądzicie, co może robić stewardesa? Mały spojler – wszystko. 

Książkę czyta się bardzo szybko, kiedy już się do niej porządnie zabierzemy – mi wystarczył tak naprawdę lot z Katowic do Dublina, czyli niecałe 3 godziny. Książka sprawdziła się idealnie w podróży. Zmieniła też mój punkt widzenia na obsługę w samolotach. Teraz zupełnie inaczej postrzegam stewardesy, dlatego też książkę będę polecać klientom biura podróży, w którym pracuję. Im więcej świadomych pasażerów, tym lepiej! 

Wydawnictwo: Zona Zero
Data wydania: 27.06.2018
Liczba stron: 325
Przeczytane: 05.02.2019
Ocena: 9/10