poniedziałek, 27 lutego 2017

93. Albert Espinosa "Kim moglibyśmy być, gdybyśmy nie byli nami"

Ludzie rozumieją jedynie to, co chcą zrozumieć, to, co ich interesuje.

Czytelnictwo wciąż mnie zaskakuje. Kiedy dochodzę do wniosku, że w książkach nie znajdę już chyba nic odkrywczego, nowego i oryginalnego, zawsze przypadkiem trafiam na jakąś perełkę. Tym razem w moje ręce wpadła "Kim moglibyśmy być, gdybyśmy nie byli nami" Alberta Espinosa. Dosłownie wpadła, bo skorzystałam z promocji w księgarni i kuszona niską ceną, wybrałam właśnie tą pozycję. Inaczej zapewne nigdy nie byłoby mi dane jej przeczytać.

Boimy się. Wszyscy się boimy, chociaż życie ma tę dobrą stronę, że prawie nikt nas nie pyta o to, jakie są nasze lęki. Przeczuwacie je, odnajdujecie, spotykacie się z nimi pewnego dnia na lotnisku, na ciemnej ulicy, wsiadając do autobusu w nieznanym mieście. I nagle zdajecie sobie sprawę, że czujecie lęk przed lataniem, przed ciemnościami, przed tym, że was okradną albo obawiacie się uczucia miłości oraz tego, że przez seks utracicie część samych siebie.

Ciężko jest mi napisać cokolwiek o akcji książki. Być może dlatego, że trwa ona w przeciągu 24 godzin i wspomnienie o jakimkolwiek wydarzeniu może już zabić ciekawość potencjalnego czytelnika. Powołując się na opis od wydawcy, mogę potwierdzić, że główny bohater- Marcos, właśnie stracił matkę i nawet nie zdążył opłakać jej śmierci. Decyduje się na zakup zastrzyków, dzięki którym już nigdy nie będzie musiał spać. Zanim jednak wstrzykuje sobie specyfik, dostrzega w oddali niezwykłą dziewczynę, a zaraz potem otrzymuje telefon od szefa z poleceniem natychmiastowego wstawienia się w pracy. A więc odpowiednia chwila na odebranie sobie snów zostaje przesunięta w czasie... 

Lubię ludzi, którzy z taką łatwością sprawiają, że czujesz bijące od nich ciepło. Robią to tak zwyczajnie, że nie wiesz, w jaki sposób to osiągają. Podobnie jak jeden z tych tajnych kodeksów formy Microsoft- źródło zna tylko twórca.

Gdybym miała powiedzieć coś prostego o tej książce, powiedziałabym, że jest ona skarbnicą cytatów. Niemal z każdej strony mogłabym wyciągnąć jakieś ciekawe sentencje na różnorakie tematy- bardziej błahe i te poważniejsze, traktujące o życiu. Mam wrażenie, że pojawiający się tutaj wątek fantastyczny jest wyraźną metaforą, jednakże to nie jest miejsce na przedstawienie mojej interpretacji tych aspektów. Niemniej, do takich doszłam wniosków, a książka urosła w mojej głowie do pozycji dość uniwersalnej, którą można zrozumieć na swój indywidualny sposób. Zdania są zazwyczaj krótkie, słownictwo nie jest wyszukane, ale jest jakieś piękno w tej prostocie. Być może właśnie tak autor przedstawił głębię prawdy. W dodatku ukrytej, bo nic bardziej wyszukanego od głównego wątku, nie zostaje podane. Jakby Espinosa zostawiał nam, czytelnikom, otwartą furtkę wyobraźni do kreatywnego szukania większego sensu jego słów.

Czy możesz podziwiać coś, czego nie zazdrościsz? Albo czy możesz zazdrościć tego, czego nie podziwiasz?

Jedyną słabą stroną, jakiej się doszukałam, było zakończenie. Fakt, jest ono ciekawe i oryginalne, ale... trochę się zawiodłam. Jako zwolenniczka dobrych zakończeń i szczęśliwej miłości, nieco się rozczarowałam zakończeniem. Choć słowo "rozczarowałam", czy "zawiodłam" niezbyt tutaj pasuje. Po prostu wywołało we mnie dysonans poznawczy. Zakończenie jest na swój sposób piękne i szczęśliwe, choć w odmiennym znaczeniu tego pojęcia. Ale i jego nie będę tutaj przytaczać, aby nie zepsuć zabawy przyszłym czytelnikom tej pozycji.

Pewnego razu matka powiedziała mi: "Bycie innym zależy wyłącznie od tego, ile osób jest w twojej grupie".

Zdecydowanie jest co polecać. Wydaje mi się, że do lektury należy podejść z odpowiednim nastawieniem. Lub raczej bez niego. Bo, wbrew pozorom, nie jest to książka z gatunku science-fiction, ani z zakresu fantastyki, chociaż pod taką zakładką ją znalazłam. Elementy tejże tematyki należy potraktować pobłażliwie i z przymrużeniem oka, dopatrując się w treści czegoś więcej, aniżeli to, co zostało napisane wprost.

Nie wiem, co takiego ma w sobie śmierć, że sprawia, iż w jej obliczu wszyscy ludzie robią wrażenie bardzo słabych, niewinnych i naiwnych...

Przeczytane: 22.07.2015
Ocena: 9/10

sobota, 25 lutego 2017

92. Norah Lofts "Czarownice z Walwyk"

Całe życie można przyrównać do wznoszenia budowli - solidnej i stałej - na której szczycie stoisz ty. Jedna rzecz prowadzi do następnej, przyczyna wiedzie do skutku - budowla pnie się do góry wraz z tobą.

"Czarownice z Walwyk" pierwszy raz zwróciły na siebie moją uwagę przed Bożym Narodzeniem, jednak nie stały się moim gwiazdkowym prezentem. Prawdę mówiąc, bardzo się z tego powodu cieszę, ponieważ nie byłby to wielce udany podarunek. Koniec końców, książka znalazła się na mojej półce tylko dzięki kuszącej zniżce przy zamawianiu podręczników na studia. 

Nie czuł żadnego smutku. Nikt nie cierpi dwa razy z powodu tej samej straty. 

Na okładce widnieje autor zupełnie inny, aniżeli w rzeczywistości - Peter Curtis to tak naprawdę Norah Loft. Znalazła się również informacja, jakoby autorka została nagrodzona licznymi nagrodami. Zadałam sobie nieco trudu i zweryfikowałam tę informację, choć do teraz nie mogę uwierzyć w ten fakt. 

Było to prawdopodobnie złe, złe i słabe, tak lubować się tym pięknym otoczeniem i cenić sobie coś, co przecież jest tylko materialne. trzeba zawsze pamiętać, jak mało ważne są takie rzeczy...

"Czarownice z Walwyk" miały być klasyczną literaturą grozy. Dodać to tego, że autorka została nominowana do Nagrody im. Edgara Allana Poe, a już w mojej głowie pojawił się ogólny zarys klimatu powieści. Jakie było moje rozczarowanie... Główna bohaterka, panna Mayfield, właśnie otrzymała posadę dyrektorki i nauczycielki w prywatnej szkole kanonika Thorby. Przekonała go swoją skromnością i doświadczeniem zawodowym, które zdobyła w Afryce. Życie w malowniczej wiosce wydaje się być sielanką, dopóki panna Mayfield nie znajduje karteczki z informacją, jakoby jedna z uczennic była krzywdzona przez wychowującą ją babcię. Stojąc na straży dobra dzieci, próbuje rozwiązać ten problem, choć z marnym skutkiem. Dziewczynka wszystkiemu zaprzecza, a wszystkie wskazówki prowadzą donikąd. Jednakże kobieta czuje czające się niebezpieczeństwo i próbuje ochronić Ethel. Starając się dotrzeć do sedna sprawy, ściąga ciemne chmury nie tylko na siebie, ale również na niewinnych mieszkańców Walwyk. Nauczycielka pada ofiarą magicznego spisku, a w jej śmiałe hipotezy nie wierzy nawet kanonik.

No cóż, lepsi ludzie niż ja byli nieraz pokonywani. Chrześcijanie szli na arenę ze śpiewem na ustach, ale i tak pożerały ich lwy. 

Być może wstępny zarys fabuły wydaje się ciekawy i, rzeczywiście, początek kusząco zaprasza do wejścia w świat mieszkańców małej wioski. Niestety, świat ten wydaje się w nijaki i bez wyrazu, choć obiecane zostały czytelnikowi magia, groza i dreszczyk emocji. Wątki magiczne są praktycznie jedynie wspominane, wymieniane cały czas, choć nie zostały dokładnie przedstawione. Coś na wzór "jest, ale nie ma", co wywołało we mnie olbrzymi niedosyt. Liczyłam na szczegółowe opisy sabatów, praktyk wiejskich wiedźm oraz ich magicznych mikstur. 

Musisz być tolerancyjny. Świat jest starszy niż chrześcijaństwo.

Krzywdzący czytelnika był przede wszystkim styl autorki. Po osobie, która urodziła się ponad sto lat temu, spodziewałam się bardziej wyszukanych form i dobrego smaku literackiego. Przeżyłabym słabo rozwijającą się akcję, pustych bohaterów, brak klimatu grozy i nijakie opisy, gdyby dialogi i narracja były na wyższym poziomie. Przez owe niedociągnięcia powieść miała charakter książki napisanej przez zdecydowanie bardziej współczesnego laika, podczas picia popołudniowej kawy w ogrodzie. W dodatku spłodzonej pośpiesznie z obawy przed nadciągającymi chmurami burzowymi. 

Mówił sobie, że hinduizm, buddyzm, mahometanizm i chrześcijaństwo mają prawo współistnieć, że żadna wiara nie ma monopolu na moralność. 

Jeśli ktoś szuka mało wyszukanej powieści na deszczowe podwieczorki i wcale nie gustuje w mroczniejszej atmosferze, być może to jest właśnie książka dla niego. Mnie ogólny zamysł autorki, jaki został przedstawiony w recenzji od wydawcy, bardzo się spodobał, jednak wykonanie jest naprawdę nędzne i pozostawia wiele do życzenia.

I pamiętaj, nie wolno ci się poddać. Na zawsze pozostań tą samą odważną i dobrą dziewczynką. 

Przeczytane: 03.05.2015
Ocena: 4/10

czwartek, 23 lutego 2017

91. Muzyczny przekładaniec

Cześć!
Znów mamy czwartek, więc ponownie przychodzę do Was z postem muzycznym. W ubiegłym tygodniu nie eksperymentowałam i nie poszukiwałam nowych utworów, a bardziej skupiłam się na tych, które towarzyszą mi od dawna. Otworzyłam nawet plik ze swoimi książkowymi zapiskami, a tam było mnóstwo klimatycznej muzyki, jednak dziś się one nie pojawią. Nie obezwładniły mnie aż tak bardzo, żeby stały się piosenkami na dany dzień. Przypuszczam, że w ciągu kolejnych kilku dni ulegnie to znaczącej zmianie. 
Nie przedłużając - zapraszam do przesłuchania kilku moich muzycznych propozycji. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie. 


Czwartek: 30 Seconds to Mars Closer To The Edge (wersja akustyczna, Sessions Concert)


Odkąd podjęłam decyzję, że 30 Seconds to Mars będzie jednym z trzech zespołów, na których oprę swoją pracę badawczą na wzór pracy licencjackiej, na nowo zatopiłam się w ich muzyce. Nie robiłam tego naprawdę od dawna, więc miło jest wrócić do minionych lat. Tym bardziej, że kiedyś nie skupiałam się na akustycznych wersjach ich piosenek. Powyższy koncert bardzo mnie ucieszył (na blogu pojawiła się inna piosenka z tego występu) i nie spodziewałam się, jak świetnie przytoczona piosenka może brzmieć w takiej aranżacji. 


Piątek: Jonna Geagea, Vesterinen Onnelliset 


Mało jest rzeczy, które mogą mnie zadziwić. Sądziłam, że żadna z fińskich kwestii nie zrobi już na mnie wrażenia. W sobotę na blogu pojawiła się recenzja filmu "Lapońska odyseja", którą pisałam z tą piosenką w tle. Dawno żaden utwór nie wywoływał we mnie śmiechu. Sądziłam, że piosenka została napisana specjalnie na potrzeby filmu. Idealnie przecież odpowiada tematyce tej osobliwej produkcji. Ale nie! Toż to tylko cover. Oryginał pochodzi z 1981 roku i nagrał go zespół Leevi and the Leavings.


Sobota: Scorpions Still Loving You


Uwielbiam jazdę figurową na łyżwach. Solistów uwielbiam, solistki mnie trochę nudzą, a pary taneczne kocham. Moją ulubioną parą jest chyba Marina Anissina i Gwendal Peizerat, a że lubię starsze występy, wpadłam w końcu na powyższy. Zakochałam się. Jest to kolejna inspiracja do pisania książki - główny bohater co prawda głównie tańczył sam, ale w parze też mu się zdarzyło. Mam wrażenie, że teraz ta piosenka nie będzie miała dla mnie żadnej magii bez oglądania Naomi i Petera, dlatego też powyżej wklejam właśnie ten ich przepiękny taniec. 


Niedziela: Children Of Bodom Morrigan


Może sama piosenka wydana w 2015 roku nie tak bardzo, ale teledysk podzielił fanów tego zespołu. Ja jestem jego ogromną fanką, pomijając wyłącznie końcową część. Sceny walki są świetne, a Viktor Larson w głównej roli sprawdził się idealnie. Nie mogło być inaczej, skoro jest zawodnikiem MMA. Przyznam, że to mnie z początku bardzo zdziwiło i na początku nie widziałam podobieństwa pomiędzy sportowcem a aktorem z teledysku. 


Poniedziałek: Omnia Fee Ra Huri


Na blogu już trzy razy pojawił się zespół Faun, ale Omnia ani razu. To dziwne, zważywszy na to, że Omnia zajmuje ważne miejsce w moim muzycznym światku i pojawiła się tam już dawno. Jedna z tych magicznych piosenek, do których chciałoby się tańczyć przez całą noc wokół ogniska. Właśnie za to uwielbiam klimat tego zespołu.


Wtorek: Black Stone Cherry Big City Lights


Na ten zespół wpadłam dopiero latem, choć zespół został założony w 2001 roku. Powyższa piosenka pochodzi z wydanego w 2006 roku debiutanckiego albumu o tej samej nazwie, co zespół. Pokochałam ich za "Me and Mary Jane", ale to właśnie ta piosenka sprawia, że chce mi się pisać. Zamierzam stworzyć chociażby kilka wersów tekstu z tym utworem w tle. 


Środa: Dalriada, Jonne Järvelä Leszek A Hold



Dalriada na blogu już się raz pojawiła, z kolei Jonne Järvelä nie. Gwoli wyjaśnienia - Jonne to fiński muzyk, który znany jest jako gitarzysta i wokalista Korpiklaani. Nie muszę chyba mówić, że zespół ten uwielbiam? No właśnie. Tym razem jednak piękna, ugrofińska kolaboracja wpadła mi w ucho. Fiński i węgierski w jednym utworze to dla mnie bajka. 



środa, 22 lutego 2017

90. Terry Pratchett "Kolor magii"


Śmierć najwyraźniej podjął jakąś decyzję. 

Pan Terry Pratchett wciąż odbija się echem wśród fanów literatury z gatunku fantasy i science fiction. Swoim cyklem "Świat Dysku" zachwyca starszych koneserów fantastyki, a także tych młodszych. Skoro wieloksiąg znalazł się w kanonie obowiązkowych lektur wśród szanujących się czytelników tego gatunku, sama w końcu sięgnęłam po tom rozpoczynający całą przygodę, czyli "Kolor magii".

Bagaż miał żywiołową naturę, ani śladu mózgu i zabójczy stosunek do wszystkiego, co zagroziło właścicielowi. 

Autor zaproponował czytelnikom wizję płaskiego świata, którego ciężar przytłacza wielkiego gwiezdnego żółwia. Wielki A’Tuin, płynąc w przestrzeni kosmicznej, dźwiga na swojej skorupie słonie o imionach Berilia, Tubul, Great T’Phon i Jerakeen, które mają za zadanie podtrzymywać Świat Dysku. Brzmi fascynująco? Cóż... Tylko brzmi. 

 Ale wreszcie zrozumiałem, że prędzej czy później każdy umiera. Wszystko umiera w swoim czasie. Można mnie okraść, ale nie można niczego odebrać. Po co się przejmować?

Lektura zachwyca bogactwem różnorakich elementów, które wydają się być do cna bezsensowne i absurdalne. Bogactwo detali pobudzających wyobraźnię trudno wyliczyć, jednak większość z nich nie jest godna zapamiętania. Przez fakt, iż wątki te nie są rozbudowane choćby w najmniejszym stopniu, w mojej pamięci wyryły się tylko trzy obrazki z całej książki. Przykre. Mam wrażenie, że autor trzymał się ilości pomysłów, a nie ich jakości, przez co ma się poczucie, jakoby "naciapał" ich wszędzie i ponad miarę, często po prostu po to, aby były. 

Zabić? No oczywiście. Naturalnie! Co to by była za ofiara bez zabijania? Ale nie martwcie się: umrzecie względnie bezboleśnie. 

Poszczególne fragmenty tekstu zostały kiepsko ze sobą połączone. Początek prezentował się w sposób bardzo chaotyczny. Część scen zupełnie zbędna i niewnosząca nic do fabuły, z wyjątkiem niepotrzebnego zamieszania. Niektóre akapity zbijają czytelnika z tropu, kierując go w stronę słów bez wartości i jakiegokolwiek sensu. 

W tym właśnie punkcie język potoczny rezygnuje i wychodzi na piwo.

Styl autora nie prezentuje sobą nic nadzwyczajnego, co tłumaczyłoby jego niebotyczny sukces. Kiedy już się wkręciłam, książkę czytało się szybko, ale motywacji do czytania nie miałam ani trochę. Przez tom przebrnęłam dość topornie, zważywszy jego gabaryty. Jedynie ciekawość poznania zakończenia sprawiła, że dobrnęłam do ostatniej strony (chociaż były momenty, w których finał był mi zupełnie obojętny). 

Milicja zawsze baczyła, by nie mieszać się do bójek zbyt wcześnie, póki nie zyskała miażdżącej przewagi. Praca gwarantowała emeryturę i przyciągała ludzi ostrożnych i rozważnych. 

Podobno Pratchett znany jest z niezwykłej mądrości i poczucia humoru. Tego pierwszego nie znalazłam w "Kolorze magii". Żart, owszem, jest wszechobecny, ale niezbyt głęboki. Po prostu książka utrzymana jest w figlarnym humorze, nic ponadto. Niewątpliwym atutem jest jednak wprowadzenie czarnego humoru, choć to nie wszystkim czytelnikom może odpowiadać. Mnie owszem. 

W bohaterach nie podobało mu się, że byli zawsze samobójczo posępni na trzeźwo i morderczo obłąkani po pijanemu. 

Mocną stroną są ciekawi pierwszoplanowi bohaterowie - Dwukwiat i Rincewind, ale najgłębiej w mojej wyobraźni zasadziły się personifikacje Śmierci i Losu. Szczególnie godna uznania była Śmierć. Oprócz tej czwórki sylwetki innych postaci są mętne, chyba że do bohaterów zaliczymy demona z Ikonografu i Bagaż, czyli moje dwa ulubione elementy książki. 

Jedyni bohaterowie, których jakoś znosił, to Bravd i Łasica, w tej chwili poza miastem, oraz Hrun Barbarzyńca, który według standardów Osi był niemal intelektualistą, ponieważ umiał myśleć nie poruszając wargami.

Wprowadzenie do "Świata Dysku" nie było zbyt zachęcające do sięgnięcia po kolejne części tego cyklu, ale tyle już nasłuchałam się o autorze, że dam mu kolejną szansę. Na podjęcie takiej decyzji nie bez znaczenia ma jego bogaty dorobek literacki. Niemniej, ta część zostaje odłożona na półkę z dość kiepską oceną.

To właśnie jest głupie w tej całej magii. Przez dwadzieścia lat studiujesz czar, który sprowadza ci do sypialni nagie dziewice. Ale wtedy jesteś już tak zatruty oparami rtęci i półślepy od czytania starych ksiąg, że nie pamiętasz, co dalej robić.

Przeczytane: 17.04.2016
Ocena: 4/10