niedziela, 26 marca 2017

106. Stereotypowy mól książkowy, czyli co mnie wkurza w postrzeganiu książkoholika

Pierwszy rok studiów. Semestr drugi. Nudne zajęcia ze statystyki. Gorąco na zewnątrz. Siedzę w sali komputerowej, do której wchodzi spóźniony kolega i zajmuje puste miejsce obok mnie. Zaczynamy rozmawiać. Hm... Czy to pierwszy raz, kiedy rozmawiamy? On opowiada mi o pracy, o imprezach... Normalnie wśród studentów, prawda? Czas na przerwę. On idzie porozmawiać ze swoją dziewczyną, ja wyciągam książkę. 
Wraca i poruszamy kwestię czytania. Ironicznie mówi: "Niech zgadnę. Wiem, jak wygląda twoje życie. Nie wychodzisz na imprezy, bo siedzisz w domu pod kocem, pijesz gorącą herbatę i głaszczesz kota, który nie pozwala ci czytać romansów. A czytasz cały czas".  Uch. Serio? Dzięki, nie wiedziałam, jak wygląda moje życie. Myślę chwilę. Moment. Przecież tak nie wygląda! Siedzę pod kocem, bo jestem zmarzluchem, a i tak robię to rzadko. Pijam gorącą herbatę, bo mam problemy żołądkowe, poza tym coś ciepłego pić trzeba, a kawy nienawidzę. Kota nie głaszczę, ja kota wkurzam, a kot ucieka do mojego taty. Czytam sporo, ale i tak więcej słucham muzyki. Romanse? Nie, dziękuję. Zanudzam się na romansach. Hmm... 
A więc rozmawiamy. On nie może pojąć, jak to chowam się przed światem w książkach. A ja odpowiadam, jak można zatracać się w imprezach, byle tylko nie posiedzieć samemu i nie pomyśleć. Auć, myślenie boli, trzeba go unikać. On społeczny, ja aspołeczna. On ekstrawertyk, ja introwertyk. 
No i to gadanie, że nie wyglądam jak stereotypowy książkoholik, bo nie mam nadwagi, krasnoludowego wzrostu, tłustych włosów, denek od słoików na oczach, płaskich butów, workowatych spodni i nie jąkam się przy każdym słowie z powodu nieśmiałości.
A więc dziś trochę o mitach i stereotypach książkoholika, które mnie dotykają.

Jestem czytającą dziewczyną, to wylewam łzy na dennych romansach. 
Spotykam się z takimi opiniami zawsze i wszędzie. To chyba właśnie dlatego nienawidzę romantycznych książek. Nie jestem stereotypową kobietą, nie lubię tandetnej ckliwości, a co za tym idzie, irytuję się na beznadziejnych kobiecych czytadłach. Będąc dzieckiem, przeczytałam zapewne więcej książek grozy, niż niejeden mężczyzna. Moja biblioteczna jest wszechstronna. Owszem, znajdują się tam luźne książki, skoro czytam dla odprężenia, ale nawet z nich można coś wynieść. Ale znajdują się tam też książki cenionych pisarzy, literatura fachowa, książki o Finlandii i książki historyczne. Najbardziej irytuje mnie pewna osoba z mojego bliskiego kręgu. Kiedy mówi właśnie o jakiejś wybitnej książce wielkiego pisarza, a ja mówię, że czytałam tę pozycję, osoba ta jest zdumiona i przyznaje, że zaskakujące jest to, iż przeczytałam ten tytuł. A bo co? Jestem dziewczyną, to mam czytać poradniki dla żon? Wieszczów mogą czytywać tylko mężczyźni? Drażni mnie też to, że mężczyzna z książką od razu nazywany jest oczytanym i inteligentnym, bo zapewne czyta jakąś wybitną pozycję lub skomplikowaną literaturę fachową.

Jestem młoda, więc nie rozumiem tego, co czytam. 
Ileż razy słyszałam, jakobym była za młoda, aby zrozumieć, co autor chciał wyrazić swoimi słowami. Co z tego, że ja mam dwadzieścia lat, a autor w chwili pisania miał osiemdziesiąt? On mógł być niedojrzały. Albo może ja jestem dojrzała. Wiek to tylko liczba, liczy się dojrzałość i wrażliwość. Skoro niby tak jest, to dlaczego dzieciaki w szkole mają czytać wielkich mistrzów literatury? Młody nie oznacza głupi.

Czytam książki, bo nie mam własnego życia. 
Oczywiście. Może życie polega na tym, że od rana do rana czytam o losach innych z wypiekami na twarzy, zazdroszcząc im przygód. Dwa lata temu przeczytałam ponad 130 książek i wszyscy się dziwili, jak to zrobiłam, skoro wszędzie mnie pełno. To był rok, kiedy robiłam mnóstwo rzeczy i spotykały mnie nie tylko miłe chwile. Praca, studia, problemy wszelkiej maści. I zero czasu na... marnotrawienie życia. To, że czytam, nie znaczy, że mam dużo wolnego czasu. To oznacza, że potrafię znaleźć czas na czytanie pomiędzy różnymi zajęciami oraz potrafię tak gospodarować czasem, aby nie trwonić go na bezmyślne siedzenie ze wzrokiem utkwionym w beznadziejnym programie telewizyjnym, którego mój mózg nawet nie chce przetworzyć.

Wzdycham do książkowych bohaterów, bo nigdy nie spojrzał na mnie żaden chłopak. 
Jasne. Czasami aż chciałabym, żeby tak było - mniej kłopotów z płcią przeciwną. To, że sobie wzdycham go jakiegoś książkowego bohatera (obecnie moim obiektem westchnień jest Kisten, bo czytam "Za garść amuletów"), nie znaczy, że nie wzdycham też do realnej osoby. Nie, nie pisarza. Takiej dostępnej osoby obok mnie. Ba, nie znaczy to też, że i ta osoba nie wzdycha do mnie. Jedno nie wyklucza drugiego - przyjaciółki przy kawie też zazdroszczą sobie wzajemnie swoich partnerów, a przy oglądaniu filmu spokojnie można zawiesić oko na przystojnym aktorze. Co w tym złego?

Nie potrafię się zakochać w realnej osobie, bo mam w głowie książkowy ideał. 
Oj. Te wszystkie romantyczki i fanki starych książek dla kobiet... Te, które naczytały się o Wielkiej i Idealnej Miłości... Tak, to chyba te osoby rozpowszechniły mit, że dziewczyna z nosem w książce musi być na tyle głupia, że nikt na nią nie spojrzy lub w drugą stronę - odtrąca każdego, kto nie jest idealny. Oczywiście, ze szklistymi oczami czytam każdy fragment o Panu Doskonałym i wyrywam kartki z książki, aby stamtąd wylazł. No wyjdzie! Przecież jest mi przeznaczony! Prawda...?

Nienawidzę ludzi, bo nie są tacy, jak w książkach, więc kocham koty. 
Moja nienawiść do ludzi (albo raczej do pospólstwa, czyli zapewne grupy ludzi, której większa część nie wie, co to książka z tekstem od deski do deski) nie wynika z przesiąknięcia ideałami książkowymi.  Ale to nie znaczy, że nie umiem kogoś lubić. Umiem! I umiem nie lubić kotów. Nie mam ich tuzina, tylko jedną sztukę. Wcale też nie pozwoliłam mu wejść na głowę - to ja nim rządzę, a nie on mną. Poza tym - psy są fajniejsze(też posiadam jedną sztukę). Jeże są fajniejsze. Susły są fajniejsze.

Skoro czytam, muszę być nieśmiała, więc moimi jedynymi znajomymi są bohaterowie książkowi. 
Jestem aspołeczna i introwertyczna, owszem. Ale jakiś czas temu usłyszałam, że jestem, uwaga, "lwicą towarzyską". W ostatniej pracy wszyscy widzieli we mnie niezwykle towarzyską osobę, a całkiem niedawno na uczelni usłyszałam, że ze swoim spokojem, otwartością na ludzi i empatią byłabym świetnym psychoterapeutą (zmiłuj się, o losie, nie rób mi tego). Najlepiej czuję się we własnym towarzystwie, ale świetnie czuję się także wśród ludzi, którzy są w pewien sposób wartościowi. I nie, nie jestem nieśmiała. Jestem pewna siebie, czasami aż za bardzo, bo słyszę, jakobym była zadufana i wyniosła. Ale nie moja wina, że ludziom myli się pewność siebie z wyniosłością.

Czytam, bo mogę to robić w domu i nie muszę nikomu pokazywać mojej nadwagi i pryszczatej twarzy. 
W zasadzie aż do poprzedniego roku miałam wieczną niedowagę, o czym zorientowałam się dopiero niedawno (co nie znaczy, że teraz czuję się lepiej). To, że dużo czytam, nie znaczy, że całe dnie leżę brzuchem do góry i sobie tyję, pożerając górę lodów, słodyczy i chipsów. Nie oznacza to też, że tak żyję książkami, że nie zwracam uwagi na to, czy straszę tłustymi włosami, ubrudzoną bluzą i trądzikiem. Inteligentny i oczytany człowiek wie, że wygląd ma duże znaczenie i dba o siebie. Książkoholik to nie jaskiniowiec i modowa porażka. Można dobrze wyglądać i czytać. Nie mówię, że każdy musi mieć figurę modelki i nieskazitelną cerę, ale dbanie o siebie powinno korelować ze wszystkimi zainteresowaniami. Można mieć problem z młodzieńczym trądzikiem lub zbędnymi kilogramami, ale można przy tym dbać o siebie... i czytać.

Książkoholik musi wyglądać źle! Ale wyglądam nie najgorzej, więc czytam głównie tematykę zdrowotną, sportową, modową i makijażową. 
Po części wiążę się to z punktem pierwszym. Skoro jestem dziewczyną, muszę czytać książki dla dziewczyn. A skoro wyglądam jak dziewczyna, wskakuje w sukienki i buty na obcasie, to pewnie czytam jedynie książki o zdrowym stylu życia i podręczniki o modzie. Nie no, to prawda! Mam na swojej półce aż... aż jedną książce o modzie. Mało tego, o modzie z punktu widzenia historii, a połowa tajże książki poświęcona jest historii męskiego ubioru. Fashionistka ze mnie pełną klasą. A całkiem poważnie - nie  no, książkoholik musi wyglądać źle. Sukienka tylko długa i po babci, buty lakierowane, koniecznie płaskie, czyli kościelny image grzecznej dziewczynki na niedzielę, a w tygodniu sportowe obuwie, bluza lub najlepiej gruby sweter i byle jakie spodnie, czyli wygląd bezpłciowy, nijaki i nierzucający się w oczy. To nic, że moja szafa pęka w szwach od sukienek. Jestem książkoholikiem to muszę włożyć na siebie coś okropnego.

Jeśli czytam, to muszę założyć denka od słoików w ramach okularów.
Osoby w okularach odbierane są w pewnych sytuacjach jako mądrzejsze, inteligentniejsze i bardziej kompetentne. Nic dziwnego, że przylgnęło do książkoholików, jakoby nosili okulary. Przecież siedzimy w klasztorach i czytamy księgi w nikłym blasku świec! Oczywiście! Dziecko nie może czytać, bo popsują mu się oczy! A więc kupmy mu telefon lub tablet, ustawiając jasność ogromnego wyświetlacza na maksymalną ilość. Nie zapomnijmy podać mu taki sprzęt do łóżka, pięć centymetrów od nosa, aby jasność rozświetlała ciemność pokoju.

Skoro czytam, to książka jako prezent zawsze dobrze się sprawdzi.
Oczywiście. Uwielbiam dostawać książki, ale zauważyłam, że już mnie to tak nie cieszy. Na stosie leży 60 pozycji, które mogę zacząć czytać w każdej chwili. Co innego, jeśli dostaję jakąś perełkę, a nie kolejną nowość z księgarni. Czasami też miło jest zaskoczyć i podarować książkoholikowi coś innego z okazji urodzin - chociażby świetny zestaw zakładek. Dostałam już w swoim życiu całe mnóstwo książek, które odłożyłam już po kilku stronach. I co ja mam z nimi zrobić? Nie doczytam ich, bo są paskudne, a wyrzucić szkoda, bo to prezent i zawsze jednak przywołuje on na myśl osobę, od której ów książkowy upominek otrzymałam. Może ktoś ma akurat tyle książek, że boli go głowa na myśl o kolejnej (miejsce zawsze się znajdzie, ale czas na przeczytanie to rzecz trudniejsza). Ja bym się wściekła, gdyby ktoś teraz wręczył mi jakąś książkową nowość, jeszcze nie w moim guście, ale ucieszyłabym się na widok bardzo rzadkiej książki, którą chcę zdobyć - tylko w tym przypadku książka nie jest jedynie książką, a swoistym trofeum.

Czytam, więc nie mam innych zainteresowań. 
Praca dotyczy książek, studia dotyczą książek, zainteresowania dotyczą książek? Innych zainteresowań, oczywiście, nie mam. Nie mam czasu, muszę czytać. To nic, że mogę dobrać książki pod inne swoje zainteresowanie... A, nie, przecież go nie mam, przepraszam, o czym ja mówię. Całe dnie czytam. Nie mam pojęcia, co się dzieje na świecie. Ba, nie mam pojęcia, co się dzieje wokół mnie. Interesują mnie tylko zainteresowania bohaterów moich ukochanych książek. Ja? Ja nie istnieję. Ja jestem tylko pożywką dla istnienia nawet epizodycznych bohaterów, których wykreował autor. Wcale nie interesuję się muzyką, grą na gitarze, psychologią, historią, Finlandią i tak dalej.

Skoro nałogowo czytam, to pewnie jestem zupełnym domatorem i nie można mnie wyciągnąć z moich czterech ścian. 
Skoro jestem książkoholikiem, to mogę podróżować tylko i wyłącznie w swoim umyśle za pomocą słów książek. Jakoś tak nie chcę zwiedzić świata, wystarczy mi, że poczytam o jakimś kraju lub bohater książki się tam uda. Nie, nie, nie. To, czy ktoś czyta, wcale nie oznacza, że wystarczy mu, że przeczyta sobie o jakimś miejscu i zaspokoi swoją ciekawość. Gdyby ktoś mi teraz zaproponował wyjazd do jakiegoś ciekawego miejsca, byłabym gotowa za minutę lub pół godziny, w zależności od odległości, jaką mielibyśmy pokonać. To są kwestie osobowościowe, a nie tego, czy ktoś czyta. A czytać może i zapalony podróżnik - ekstrawertyk, a także domator.

Zapewne znam wszystkie książki świata.
Kiedy wspomniałam na uczelni, że w rok przeczytałam 130 książek, ludzie zaczęli rzucać tytułami, jakbym musiała je wszystkie znać. Tak, na świecie jest tak mało książek, że skoro w rok przeczytałam 130, to muszę znać wszystkie. Mało tego - na pamieć, bo przecież na pewno wiem, na której stronie ten konkretny bohater powiedział to i tamto. "Przeczytałaś ponad 130 książek w rok, ale nie przeczytałaś nigdy Harrego Pottera?" - mój kolega był zdruzgotany... Ja też.

Do życia potrzebuję tylko książek.
Nie muszę pić, jeść, spać. Nic nie muszę. Musze tylko czytać. Oddycham przez maskę z książki, a jeśli jestem głodna, nakarmię się słowami. Jasne. Zdarza mi się nie spać całą noc, bo wciągnie mnie książka, a przez losy bohaterów często traciłam apetyt lub zapominałam o posiłku, ale to nie znaczy, że wszystko da się zastąpić książkami. Żarty żartami, ale do życia i do szczęścia nie są nam potrzebne tylko i wyłącznie książki.

Skoro czytam, to jestem tradycjonalistką i bardzo konserwatywną osobą. 
Książki kojarzą się ze starością, tradycyjnością, może nawet z konserwatyzmem. Może to za sprawą sloganów, że młodzi nie czytają, a kiedyś to tak, owszem, czytało się, ale głównie jest to spuścizna kulturowa. Książki kojarzą nam się ze szkołą, czyli przestarzałą formą, gdzie czytamy stare teksty. Mam wrażenie, że czytelnik z czytnikiem książek jest postrzegany jako nowoczesny, ale ten z tradycyjną (co już sporo sugeruje takie nazewnictwo) książką... No właśnie. A czy słusznie? Książki mogą nieść w sobie coś nowoczesnego, a także mogą być nośnikiem liberalnych myśli. Ważniejsze w tym przypadku jest to, co człowiek czyta i czy się z tym zgadza. Ja czasami lubię sobie poczytać o czymś, z czym się zupełnie nie zgadzam, bo poglądy przeciwnika znać trzeba.

Koc i herbata to moi najwięksi przyjaciele. 
Już nawet nie kawa, ale koniecznie herbata! Herbata w babcinym kubeczku, rzecz jasna. To jest największy artefakt bibliofila. Zaraz za nim koc. Dla mnie to śmieszne, bo czytam głównie latem. Raczej nie będę stereotypowo owijać się kocem i sączyć gorącej herbaty, kiedy na zewnątrz panują piekielne temperatury. Poza tym - koc i herbata nie dotyczy wyłącznie książkoholików. Ba, mnie się niewygodnie czyta, kiedy w ręce mam kubek, a moje ciało owinięte jest w kokon z koca. Czasami tak się bulwersuję przy czytaniu, że wyglądam, jakbym uprawiała jakiś sport - chodzę po pokoju, wymachuję rękoma... I gdzie mi tu jeszcze ten koc? Emocje sięgają zenitu, następuje punkt kulminacyjny, co oznacza, że jest za gorąco na okrycie.

Jeśli wystarczają mi książki, nie potrzebuję wiele wrażeń. 
Ktoś może pomyśleć, że skoro już jakieś życie mam, a czytam, to musi być ono strasznie nudne. No bo skoro książki sprawiają, że czuję się świetnie, to w ogóle potrzebuję mało bodźców. Ja przepraszam bardzo, ale jak autor pisze idiotyczne rzeczy, to to są spore bodźce. Albo jak autor morduje ukochanego bohatera! Bądźmy jednak poważni. Jasne, osoby, które potrzebują mało wrażeń, będą chętnie sięgały po książki. Ale nie wszyscy czytelnicy to osoby, które potrzebują niewiele stymulacji. Ja, wbrew pozorom, potrzebuję jej sporo.

Wszystkie moje pieniądze idą na książki. 
Oczywiście, na książki idzie naprawdę znaczna część moich pieniędzy. Zerkam na książki i wzdycham, ileż ja w nie pieniędzy włożyłam (i wcale nie oznacza to, że schowałam między stronami banknoty, aby ukryć je przed złodziejami). Ale, prawdę mówiąc, bez wahania wydałabym więcej pieniędzy na muzykę, na koncerty w szczególności. Kiedy myślę o większej sumie, zawsze myślę o koncertach (a także o podróżach, ale na wachlarz naszych koncertowych możliwości, jedno oznacza drugie). Jeśli przeliczyć bilet i dojazd na koncert, chociaż raz na jakiś czas, to i tak w wychodzi godzinowo drożej. Koncert trwa krócej od przeczytania książki, a jest droższy. Morał? Trzeba czytać. Teraz nawet książki nie wydają mi się już aż takie drogie... A nie, jednak się rozmyśliłam. Książki w Polsce są okropnie drogie.

Ogólnie to grzeczna ze mnie dziewczyna i bardzo pilna uczennica.
Dużo czytam, byłam pilną uczennicą i pupilkiem nauczyciela, a także miałam wzorowe zachowanie i świadectwa z paskiem. Niedzielę spędzam w kościele, leżąc krzyżem, aby odkupić swoje winy. Nie ma mowy o przekleństwie. Spódniczki noszę długie, ciało szczelnie zakrywam. Nigdy nie miewam zbereźnych myśli. Nigdy nie postawiłam się rodzicom, nie pokłóciłam się z mamą i nie powiedziałam złego słowa o tacie. Jestem zapatrzona w ideały. Jestem miła i sympatyczna. Pomagam wszystkim - od koleżanek na uczelni, przez psy ze schroniska, po imigrantów. Zawsze jestem posłuszna i uległa, konformizm to moje drugie imię. Jestem też niewinna i naiwna. Jestem chodzącą dobrocią! Jestem grzecznym wzorem do naśladowania, a perfekcjonizm bije ode mnie na kilometr. Oczywiście. Tak. Czytam, więc jestem... grzeszna. Uwielbiam ostrą muzykę, nie mam żadnych autorytetów, a świętością dla mnie jestem ja sama, we własnej osobie. Obowiązkową edukację skończyłam ze wzorowym zachowaniem, co nie wynikało z lizusostwa, ale z tego, że miałam w nosie wykłócanie się o coś, czego nie dało się osiągnąć, z nauczycielami, którzy chcieliby to uczniom dać, ale na górze im nie pozwalają. Dobre oceny? Skoro musiałam tam siedzieć, warto było już coś tam robić, poza tym większość tych rzeczy to banał. Kiedy już przez długi czas udało mi się nie przeklinać, usłyszałam, jak to cudownie brzmi, kiedy przeklinam... I rozpętałam słowne piekło. Moje niewinne lico może być mylące. I dobrze. Wiecie, ile już udało mi się ugrać pozornie grzecznym uśmiechem?

Uprzedzając pytania - z kolegą żyło mi się bardzo dobrze. On odpadł na pierwszym roku, ja przetrwałam. Jak potoczyła się nasza rozmowa? Opowiedziałam mu o tym, że nie tylko czytam, ale też piszę. I tutaj go zdziwiłam. A jego oczy rozwarły się jeszcze bardziej, kiedy powiedziałam, że nie piszę kolejnego taniego romansu, ale coś na wzór fantastyki i męczę się właśnie z historią starożytnej Grecji (jeśli znacie ciekawe książki o Grecji przed demokracją, z chęcią przeczytam), żeby wszystko się zgadzało. Nie tylko chciał przeczytać moją książkę. Chciał się w niej znaleźć. Ba, żartem zapytał, czy trzeba mi zapłacić, aby stać się bohaterem mojej książki.
A wszystko to pokazuje, że książkoholik książkoholikowi nierówny - każdy z nas jest inny, chociaż znaczą część dnia spędza z nosem w książce. A Wy z jakimi stereotypami czytelnika walczycie? Które doskwierają Wam najbardziej? Z którymi zupełnie się nie zgadzacie?




czwartek, 23 marca 2017

105. Muzyczny przekładaniec

Moikka!
Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że gdzieś zgubiłam dzień. Mam wrażenie, że jest dopiero środa i z tym przeświadczeniem chciałam dziś zasiąść do pisania recenzji. Ale z racji tego, że dziś jest już czwartek, o żadnej recenzji nie może być mowy - czas na muzyczny przekładaniec.  
Na recenzję książki "On wrócił" zapraszam może jutro, może w sobotę, ale książkę polecam już teraz. 
W dzisiejszym muzycznym przekładańcu królują mężczyźni, ale mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Brak żeńskiego wokalu jak najbardziej trafia w mój gust.
Tym razem nie ma też nic wymyślnego, jeśli chodzi o język - wyjątkowo tylko angielskojęzyczne piosenki, choć zespoły znalazły się również z Finlandii (tego akurat nie mogłam już sobie darować). 


Czwartek: Steriogram Walkie Talkie Man



Uwielbiam książki, w których autor pofatyguje się na tyle, aby wplątać muzykę do swojego pisarskiego tworu - chodzi mi tutaj o autentyczną muzykę, z nazwą zespołu i tytułem piosenki. Chwyciłam "Za garść amuletów" i przypomniałam sobie, jak świetną muzykę serwuje swoim czytelnikom Kim Harrison. Powyższa piosenka jest właśnie zaczerpnięta z tej książki. Wyobraźcie sobie rudą czarownicę - agentkę w czerwonym kabriolecie, mknącym przez drogi. Chyba zawsze przy słuchaniu tego utworu będę miała określenie autorki, że chyba tylko wampir mógłby nadążyć za wokalistą, który wyrzuca z siebie tak szybko tekst. 


Piątek: HIM Dead Lover's Lane (616 version)



Gdy ci smutno, gdy ci źle, posłuchaj HIMa... O tak, to moja życiowa myśl przewodnia. Jak już pisałam tutaj, tak naprawdę moja przygoda z tym zespołem na dobre rozpoczęła się właśnie od tego utworu, a raczej od gitarowej solówki w niej zawartej. Jednak w piątek postawiłam na inną wersję tej piosenki. Trudno mi określić, czy lepszą, czy gorszą. Z czystym sumieniem i zadowolonymi uszami mogę słuchać wszelakich HIMowych wariacji. 


Sobota: The Darkness I Believe In A Thing Called Love



Do The Darkness jakoś nigdy mnie specjalnie nie ciągnęło. Ot, po prostu. Coś mi w tym zespole, a raczej w wokaliście, nie pasowało. Uwielbiałam za to ich świąteczną piosenkę "Christmas Time (Don't Let The Bells End)". Wpadłam jednak na ich piosenkę "I Believe In A Thing Called Love" i pożałowałam, że wcześniej się z nią nie zapoznałam. Teraz czas powoli na odkrywanie kolejnych muzycznych skarbów tego zespołu. 


Niedziela: HIM It's All Tears (616 Version)



Jak już pisałam powyżej - mogłabym słuchać wszelakich wersji HIMowych piosenek. O "It's All Tears" rozwodziłam się już wcześniej w poprzednich muzycznych przekładańcach. Po prostu ją uwielbiam. Za co? Za ciężkie brzmienie, za cudowną górę wokalną, kontrastującą z dołem. Tę wersję kocham za klimatyczną wstawkę od około 2:33. 


Poniedziałek: Depeche Mode Personal Jesus 



W poniedziałek zrobiłam sobie powrót do starych piosenek, które uwielbiam. Ja i Depeche Mode bardzo się lubimy, a nasza przygoda zaczęła się jeszcze przed moimi narodzinami - mama męczyła ten zespół, będąc w ciąży. Nic więc dziwnego, że i teraz chętnie go słucham (a mama się z tego zawsze śmieje). Co do piosenki "Personal Jesus", chyba bardziej podoba mi się, kiedy wykonuje ją Marilyn Manson. 


Wtorek: Ronan Keating Time After Time



Kiedy w sobotę odwiedziłam babcię, w radiu leciała właśnie ta piosenka. Chodziła za mną od kilku dni, więc w końcu we wtorek pozwoliłam sobie jej posłuchać. Jest to melodia, która poniekąd będzie mi się kojarzyć z dzieciństwem i babcinym domem, który zawsze pozostanie dla mnie właśnie tym rodzinnym gniazdkiem. Ze zdumieniem odkryłam, że to jedynie cover. Oryginał Cyndi Lauper nie podoba mi się już ani trochę. 


Środa: Sunrise Avenue Sex & Cigarettes 



Fińskie zainteresowania zobowiązują. Przyznaję, że nie jestem fanką każdego fińskiego zespołu, ale zawsze chętnie się takowemu przyjrzę. Sunrise Avenue nie należy do moich ulubionych formacji, choć zdarza mi się ich posłuchać. Zazwyczaj dzieje się to latem, bo ich muzyka jest lekka i niezobowiązująca, nie wymaga też wielkiego wysiłku intelektualnego, aby interpretować tekst lub czytać o czymś, aby zrozumieć symbol w nim umieszczony. A że w środę nie czułam się najlepiej, dobrze sprawdziła się luźna, bardzo pocieszna (a przynajmniej mnie zawsze bawi) piosenka.



poniedziałek, 20 marca 2017

104. Barb Karg, Arjean Spaite, Rick Sutherland "Wampiry. Historia z zimną krwią spisana"

Uwielbiam wampiry. W zasadzie cieszę się z każdej ich formy, choć może niekoniecznie każdą lubię. Dla niektórych dzieci nocy mogłabym nadstawić szyję, a niektóre sama przebiłabym kołkiem (problem polega na tym, że tych, których nie lubię, nie da się przebić kołkiem). Jak ktoś kiedyś powiedział, epoka sama kształtuje sobie takiego wampira, jaki jest w tych czasach potrzebny. No cóż, widocznie współczesność potrzebuje bardzo romantycznego krwiopijcy. Niezależnie jednak od tego, uwielbiam książki o wampirach - i powieści, i leksykony - dlatego też nie mogłam przejść obojętnie obok pozycji "Wampiry. Historia z zimną krwią spisana". 

O ile polski tytuł niewiele mówi, cóż to jest za twór, o tyle tytuł oryginału rozwiewa wszelkie wątpwliości - "The Everything Vampire Book: From Vlad the Impaler to the vampire Lestat - a history of vampires in Literature, Film, and Legend". No właśnie. Książka to nie lada gratka dla fanów wampirów i wszelkich legend, związanych ze wschodnioeuropejskim folklorem. Nie jest to jedynie zbiór starych podań, ale też skupisko informacji na temat wampirów - skąd się wzięły, ich odpowiedniki w różnych mitologiach, pierwsze postaci wampiryczne, szereg filmów oraz niecodziennych książek. 

Nie ukrywam, że "Wampiry. Historia z zimną krwią spisana" potraktowałam trochę jak uzupełnienie wampirycznego leksykonu Kamila Śmiałkowskiego (recenzja tutaj). O ile tamta książka była spisem filmów, książek i komiksów, tutaj już mamy do czynienia z obszerniejszym materiałem i cennym aspektem kulturalnym. Autorzy - Barb Karg, Arjean Spaite, Rick Sutherland - przeprowadzili niezłe śledztwo, tropiąc historię wampirów oraz ich korzenie. Czapki z głów! A jako że jestem fanką poszukiwania polskiego elementu we wszystkich możliwych książkach, tutaj byłam mile zaskoczona - podczas lektury natrafiłam na kilka ciekawych ustępów o polskich wampirach. Ale i inne informacje mnie zachwyciły. Owszem, większość znałam, ale natknęłam się na mnóstwo takich, o których przeczytałam po raz pierwszy. 

Bardzo podoba mi się oprawa graficzna książki. Okładka okładką, ale jej wnętrze jest niezwykłe, bardzo klimatyczne i pasujące do wampirów - chociażby numery stron ociekające krwią. Najbardziej w mój gust wpasowały się ramki z ciekawostkami, które zostały podzielone na trzy rodzaje, czyli krwintensencja (terminologia związana z wampirami), groza ekranu (filmy o wampirach, z którymi warto się zapoznać) oraz mroczny folklor (legendy, mitologia, podania, opowieści ludowe, literatura). Chyba nie muszę mówić, że moją ulubioną kategorią był właśnie mroczny folklor?

Najbardziej za serce ujął mnie jednak zupełnie inny fakt. Mianowicie to, że czytając, wiedziałam doskonale, o czym mowa. Mam problem z zapamiętaniem choćby najważniejszych cytatów, ale wampirze filmy oglądałam setki razy, więc znam je prawie na pamięć. Pierwszy raz towarzyszyło mi coś takiego, że znałam kultowe dla kogoś słowa i potrafiłam przytoczyć nawet ich kontekst. 

Jednym minusem książki jest to, że przez pierwsze strony była mowa tylko o tym, co będzie przedstawione w następnych i następnych rozdziałach, a autorzy przez znaczą część streszczali lub przytaczali sceny z różnych wersji "Draculi". Po tej lekturze na pewno nie sięgnę przez jakiś czas do żadnego filmu, gdzie jest mowa o tej wcale nie aż tak fascynującej postaci. Ale na inny wampiryczny film skuszę się na pewno, bo pozycja ta przypomniała mi o mojej fascynacji tymi istotami. 

Książkę polecam mniej lub bardziej zaawansowanym fanatykom wampirów, ale nie tylko. Jeśli ktoś interesuje się podaniami i legendami oraz życiem codziennym w dawnych czasach na terenie Europy lub chociażby Polski, na pewno nie będzie zawiedziony tą książką. Ja nie byłam, a mój egzemplarz jest obklejony kolorowani karteczkami, którymi zaznaczyłam ciekawsze i nieznane mi dotąd informacje. 

Przeczytane: 01.03.2017
Ocena: 7/10

czwartek, 16 marca 2017

103. Muzyczny przekładaniec

Moikka!
Czekam sobie na bilet. Minął ponad tydzień od momentu jego kupna i siedzę, jakbym pod pośladkami miała ogromną poduszkę z kilkucentymetrowych, ostrych igieł. Wiem, wiem. To zawsze tyle trwa. Wiem o tym doskonale. Tylko tym razem po prostu się martwię. Biletów nie było już dzień po ogłoszeniu ich sprzedaży, więc jeśli coś jest nie tak, zostanę na lodzie. Ale sprawdziłam, wszystko jest w porządku. Niczym się nie stresuję. Po prostu chcę go już mieć, pogłaskać, popatrzeć na niego... Czy pisałam już, że jeśli chodzi o muzykę, jestem nieźle zbzikowana? Nie? No to już wiecie. 
Moje zbzikowanie i wypatrywanie listonosza sprawiło, że prawie zapomniałam o czwartkowym muzycznym poście. Dobra, przyznaję się. Ostatnio trochę nie wiem, jaki mamy dzień tygodnia, ale zorientowałam się w samą porę.
Edit: Bilet już do mnie dotarł!

Czwartek: HIM Right here in my arms (wersja na żywo, Ruisrock)



Nie piszcie, że nie ostrzegałam, że HIM teraz zacznie pojawiać się częściej na blogu. Zapewniam Was też, że dotąd nie było dnia bez ich muzyki, ale od wiadomości o ich rozpadzie na nowo słucham ich wręcz w ten nałogowy sposób. Piosenka "Right here in my arms" to jedna z najlepszych i najbardziej znanych tego fińskiego zespołu. Zawsze mnie porywa, niezależnie od wersji. Ta powyżej nie jest może moją ulubioną, ale jedną z pierwszych, jakie poznałam. Za każdym odsłuchaniem tego utworu śmieję się, że trzeba mieć niezłe ego, aby napisać taki tekst. Cóż... 


Piątek:  Mozart, l’opéra rock Le bien qui fait mal



Kilka lat temu moja koleżanka zaraziła mnie czymś, co zwie się  Mozart, l’opéra rock. Mało? Przeszło też na inne francuskie projektu tego typu. Dodam, że zawsze uważałam, że ochy i achy na temat Francji są do cna przesadzone, a język francuski jest okropny. Dla mnie musical jest bardzo dobry, a miarą tego jest to, że nie krzywię się na dźwięk francuskiego. Przywykłam już do bardziej melodyjnego i delikatniejszego fińskiego, więc nie moja wina. Tutaj jestem jednak zadowolona, a i zdarza mi się słuchać piosenek solowych poszczególnych artystów. Zawsze jestem pod wrażeniem, ile pracy zostało włożonej w to przedsięwzięcie i ubolewam, że w Polsce nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, aby w taki sposób zaaranżować jakąś historię. Jestem pewna, że takie stroje i niecodzienna forma ściągnęłyby do teatrów wielu ludzi. Powyższy utwór nie jest moim ulubionym, ale w klipie do niego można zauważyć właśnie wspomniane stroje i połączenie nowego ze starym. Gwoli ciekawostki -  Mozart, l’opéra rock zawita do Polski w kwietniu. 


Sobota: The Mission Swang song



Uwielbiam The Mission, ale już Wam się do tego przyznałam. Nie dotyczy to tylko starych piosenek. Te nowe też znajdują moje uznanie. Weźmy chociażby "Swang song". Słuchałam jej w sobotę podczas powrotu z uczelni i zastanawiałam się, co mogę robić przy tym utworze. Naprawdę - działa na mnie tak bardzo, że ten inspirujący wpływ mogłabym wykorzystać na wiele sposobów. Najbardziej nadaje się do tego, aby słuchać jej przez słuchawki, leżąc na podłodze, wpatrując się w sufit i wymyślać nowe atrakcje dla bohatera mojej książki. Ba, uwielbiam wyobrażać sobie, jak Alexander ją śpiewa. Przyznam się, że i ja ją lubię śpiewać (jeśli można to tak nazwać).


Niedziela: La légende du Roi Arthur Auprès d'un autre



Oto przykład, dokąd zaprowadziło mnie uwielbienie wspomnianego wyżej projektu o Mozarcie. Florent Mothe tutaj skradł moje serce, chociaż w  Mozart, l’opéra rock podobał mi się jedynie w jednym utworze, w reszcie był mi jakoś obojętny. Taka ze mnie ignorantka, ale mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone, bo tę piosenkę chcę wykorzystać przy pisaniu książki. To już chyba pokazuje, że taka ignorantka potrafi docenić nawet przedmiot swojej ignorancji, prawda? Poza tym piosenka towarzyszyła mi przez całą niedzielę i sprawiła, że przeniosłam się do świata moich marzeń.


Poniedziałek: Avantasia The scarecrow



Biję się w pierś za to, że na blogu pojawił się tyle razy muzyczny przekładaniec, a ani razu nie pojawiła się Avantasia. Metalowa opera została powołana do życia w 2000 roku, a w jej skład wchodzi mnóstwo fantastycznych muzyków z całego świata. Na czele stoi Tobias Sammet, którego wprost uwielbiam. Żałuje, że rok temu nie wybrałam się na koncert tego projektu, ale odbywał się on na tylko na festiwalu, co nie było mi w smak. Ale nie narzekam, "The scarecrow" mogę pośpiewać w domu, posłuchać głośno i potańczyć do niej, kiedy nikt nie widzi. A już na pewno mogę do nich pisać. Cudowne, niezwykle klimatyczne wypełnienie jedenastu minut mojego życia. 


Wtorek: Rob Zombie Dragula



Znów biję się w pierś, dokładnie z tego samego powodu, co powyżej. Rob Zombie i ja to jedność, choć i jego koncert odpuściłam. Sama siebie pytam, dlaczego to, u licha, zrobiłam?! Uwielbiam tańczyć do jego piosenek, poza tym świetnie się sprawdzają w samochodzie - szczególnie rano, kiedy trzeba się szybko obudzić, choć łóżko opuściło się zaledwie kilka minut wcześniej. Z piosenką powyżej wiąże się zabawna historia, pokazująca trochę to, że muzyka sama mnie ściga, a nie ja ją. Pierwszy raz usłyszałam ten utwór w zapomnianych już okolicznościach, ale miałam mieszane uczucia. Wydawała mi się dziwna, tandetna, przypominała mi piosenkę do beznadziejnego, niskobudżetowego horroru, jaki mógłby obejrzeć tylko mój wujek, który odwiedzał mnie, kiedy byłam mała, przynosząc z wypożyczalni przeróżne "straszne" filmy. Melodia tak mnie jednak prześladowała, że obecnie jest to jedna z tych piosenek, które nie mogą mi się znudzić. 


Środa: Avantasia Dancing with tears in my eyes



Ville Valo kiedyś powiedział, że jest wiele świetnych piosenek, ale źle zmiksowanych. Podpinam się pod tym. On wspominał to chyba akurat na przykładzie "(I just) died in your arms", ale nie jestem pewna (jeśli tak - podpinam się i pod to). Ultravox i jego "Dancing with tears in my eyes" nie przypadł mi zbytnio do gustu, ale kiedy Avantasia nagrała jej cover... No, to rozumiem. Od razu piosenka ma inny wydźwięk, przynajmniej dla mnie. Choć przyznam, że i z oryginalną wersją się pogodziłam. W jaki sposób? Za sprawą filmu "Ostatnia rodzina", gdzie dobór muzyki był po prostu rewelacyjny.