sobota, 31 grudnia 2016

63. Podsumowanie grudnia

W końcu udało mi się wrócić do jakiegoś rytmu czytelniczego. Po ostatnich miesiącach książkowego lenia, nadrobiłam trochę książek. Jakie pozycje mam za sobą?

Przeczytałam niesamowitą książkę Anny Król "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie". Wciąż się po niej nie pozbierałam. Mam ogromną trudność napisania jej recenzji, ale bardzo chcę to zrobić. Zapewne na dniach spróbuję coś sklecić i opublikować. Udało mi się za to bardzo szybko napisać recenzję "Zimy w Dolinie Muminków", jednak czeka ona na publikację. Post jest niemal gotowy, muszę tylko wybrać jeszcze odpowiednie cytaty. Przeczytałam też "Czego uczą nas umarli", a  recenzja tej książki jest już na blogu. 

Oprócz powyższych książek znalazłam też czas na cztery inne, których recenzować nie zamierzam. Jako że jestem osobą, która czyta przewodniki (choć wbrew pozorom zajmuje to mnóstwo czasu), udało mi się w końcu odłożyć na półkę przewodnik ilustrowany po Pradze od Pascala. Idąc za ciosem i utrzymując się w praskich klimatach, przeczytałam "Przemianę" Kafki. Później do moich rąk trafił Schulz i jego "Sanatorium pod klepsydrą". Miesiąc zakończyłam książką Doroty Masłowskiej, choć sięgnęłam po nią ze względu na tytuł. "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" po prostu mnie zachwyciło. 

Tak więc udało mi się przeczytać 7 książek, co bardzo mnie cieszy po mizernym październiku, listopadzie i grudniu. Martwi mnie jedynie to, że nie sięgnęłam do literatury fachowej na studia. Ups. Nadrobię w styczniu. 

Grudzień wymęczył mnie ze względu na ozdoby świąteczne. 30 sztuk takich samych bombek, a później jeszcze około 40 innych. Wykonałam mnóstwo gwiazdek z koralików Hama, które następnie połączyłam i powiesiłam w różnych miejscach domu, głównie w oknach. Zrobiłam też chyba 8  lub 9 bałwanków i 4 choinki, a do tego jakieś 7 stoików świątecznych. 

Obejrzałam całą masę filmów - zupełnie jak nie ja. Na pewno naskrobię kilka słów o "Co robimy w ukryciu", ponieważ jest to film o wampirach, a pisanie o nich leży w moim obowiązku (!). Oprócz tego postawiłam na stosunkowo nietypowy film o świętach, bo coś, co miało być niby horrorem, czyli "Krampus. Duch świąt". Pojawił się też inny, bardziej wyrazisty horror "Las samobójców", po którym zaraz oglądałam przedziwny, ale godny polecenia film "Lobster" (to też wpisałam na listę recenzji). Spontanicznie obejrzałam "Wbrew regułom". Spędziłam także dwa popołudnia w bardzo miłym towarzystwie na oglądaniu dobrze znanych mi obrazów. Najpierw kolejny raz oglądałam sztukę "Moralność pani Dulskiej" reżyserii Wrony, a kilka dni później setny raz "Rodzinę Adamsów". Ten festiwal filmowy zakończyłam komedią kryminalną "Focus", która okazała się dla mnie ciekawa pod kątem stosowanych przez bohaterów manipulacji psychologicznych. Jeśli więc wierzyć mojej pamięci, obejrzałam 8 filmów

Na blogu pojawiło się 18 postów - 10 recenzji książek, 5 przekładańców muzycznych, nowości na stosie, wpis dotyczący wykonanych przeze mnie choinek i podsumowanie miesiąca.



czwartek, 29 grudnia 2016

62. Muzyczny przekładaniec

Poprzedni tydzień obejmował wciąż przygotowania do świąt i same święta. Jednak moje zapalenie świąteczne mija wraz ze zbliżającą się świąteczną datą. Nic dziwnego, że w tym zestawieniu nie będzie świątecznych piosenek. One też były obecne, ale ich słuchanie nie sprawiało mi takiej radości, jak właśnie obcowanie w towarzystwie dźwięków utworów poniżej. Poza tym chcę Wam oszczędzić bólu głowy i infekcji uszu po kolejnej porcji słodkich dzwoneczków... 
Dziś będzie zupełnie poplątane zestawienie. Tak wyszło. Znów odrobinę więcej fińskiego, ale jako tako znalazły się też zespoły bardziej znane. 
Na zdjęciu obok słodycze przywiezione przez mamę z jarmarku w Berlinie. 


Czwartek: Lindsey Stirling Take flight



Lindsey już dwa razy pojawiła się w tygodniowych zestawieniach muzycznych. Ostatnio stała się moim zapychaczem, kiedy nie mam czego słuchać. Albo Mozart, albo ona. Jedno z dwóch. Zauważyłam, że nic nie inspiruje mnie bardziej do pisania tych bardziej wzniosłych fragmentów książki. Przez wzniosłe fragmenty mam na myśli głównie łyżwiarstwo figurowe głównego bohatera. Przecież te utwory aż same się o to proszą! Uwielbiam też, kiedy twórcy przywiązują ogromną wagę do klipów. Ten jest fenomenalny, dopracowany w najmniejszych szczegółach i bardzo dobrze wykonany, a do tego na tyle ciekawy, że można usiąść i poświęcić te 5 minut na obejrzenie go z wielką przyjemnością. 


Piątek: Sirenia Dim days of dolor


Przyznam, że zespół Sirenia jest mi znany głównie przez może trzy, cztery piosenki z lat dawniejszych. Nie darzę do aż taką sympatią, aby śledzić jego poczynania. Od razu uderzyła mnie zmiana na miejscu wokalistki. Ach, gdzie ten cudowny, oryginalny głos Ailyn? Nie powiem, Emmanuelle Zoldan ma ładny głos. Mnie się jednak on średnio podoba. Jest... taki sam jak w innych zespołach tego typu. Poprawny, ładny, ale nijaki. Ileż można produkować takich samych wokalistek? Niemniej, piosenka przyjemna dla ucha, choć i tak czekam zawsze na męski wokal, który pojawia się dość późno. Sam teledysk byłby znośny, gdyby nie "sala", na której znajduje się zespół. Albo formacja oszczędza na wynajmie miejsc pod teledyski, albo kogoś od obróbki poniosło... Zbyt tandetnie. 


Sobota: Slipknot Psychosocial


Nie będzie to specjalnie oryginale, jeśli powiem, że "Psychosocial" to chyba moja ulubiona piosenka Slipknota. Nic na to nie poradzę. Co ciekawe, zespół poznałam w podstawówce i raz na jakiś czas słuchałam jego jednej piosenki... Później wróciłam, a punkt kulminacyjny naszej znajomości pisze się na poprzednie lato. To właśnie wtedy słuchałam ich muzyki cały czas, choć mnóstwo piosenek poznałam znacznie wcześniej. Wigilia, co? U mnie od rana w tle był ten utwór, głównie ze względu na to, że pomagała mi ustalić dalsze plany na książkę. Żeby nie było, że wykorzystuje do pisania głównie piosenki delikatne, a szczególnie do fragmentów związanych z łyżwami, to zdradzę, że panicz Alexander wybrał właśnie ten utwór do jednego z występów. Nie moja wina, że nudzi mnie przesadna subtelność lub udawana wesołość na lodzie. 


NiedzielaUniklubi Mitä vittua


Uniklubi to zespół, który wpisałam do listy moich ulubionych zespołów i cieszę się, że kiedy o nim mówię, nikt go nie zna. Jest trochę.... No, na pewno nie jest specjalnie dobry, jeśli spojrzymy na standardy innych ludzi i wyznaczniki muzyki gitarowej. Ale jako ogromna fanka takiego brzmienia oraz języka fińskiego, nie potrafię przejść obojętnie obok tego zespołu. Z początku stawiali na covery w języku angielskim, ale na całe szczęście zrozumieli, jaki potencjał muzyczny tkwi w fińskim. Może powyższa piosenka nie jest moją ulubioną, ale w niedziele sprawdziła się świetnie jako poprawiacz humoru. Teledysk irytuje mnie efektami, jednak zawsze miło popatrzeć na różne zespoły zza kulis - a już na pewno na takich sympatycznych jegomościów. 


Poniedziałek: Kidneythieves Crazy


Kiedy nie mam już czego słuchać lub nie wiem, na co mam ochotę, jednocześnie nie mając chęci na HIM, sprawdzam, co ciekawego odkryłam jakiś czas temu. I tak wpadłam na zapomnianą przeze mnie powyższą piosenkę. Odkryłam ją jakoś latem i uwiodła mnie zarówno głosem, jak i linią instrumentalną. Szybko można przy jej słuchaniu zrozumieć, co oznacza prąd i wyładowania elektryczne w muzyce. Wstyd się przyznać, że zespołu prawie w ogóle nie znam. Namiętnie słucham ich piosenki, która znalazła się na ścieżce dźwiękowej do "Królowej potępionych". Cóż, ta piosenka na pewno znajdzie się na ścieżce dźwiękowej do mojej książki. Mierzwią mnie palce na myśl, że może jutro uda mi się napisać fragment z nią w tle. 


Wtorek: Dingo Nahkatakkinen tyttö (wersja na żywo, rok 1985)


Piosenka też odkryta latem i szybko zapomniana. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło. We wtorek mnie rozbawiła i sprawiła, że nie mogłam zasnąć. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek będę w stanie wypowiedzieć tytuł. Jednocześnie śmiałam się, że Finowie to wymawiają. Mało tego - śpiewają. A już szczytem jest skandowanie tego przez tłum tak wyraźnie i melodyjnie.. Zaprezentowane mi tłumaczenie słowa "nahkatakkinen" także mnie rozbawiło. Tacy zabawni ci Finowie, a niby takie z nich melancholijne smutasy!


Środa: HIM Together we fall apart (wesja demo In venere veritas)


Uwielbiam wersje demo, które albo krążą gdzieś w sieci, albo są załączone do płyty. Ciekawe jest dla mnie spojrzenie na obie wersje piosenki, dlatego cieszę się, kiedy mam możliwość takiego porównania. Widać wtedy zamysł twórców na piosenkę, a do tego jest to nieoszlifowane i surowe... Szczególnie jest to ciekawe w przypadku HIMowej płyty z 2010 roku, którą mało który fan zaakceptował od razu. Zarzucano wtedy tak wielką obróbkę głosu wokalisty, że mało zostało na płycie z tego cudownego barytonu, a samo brzmienie zmieszano z błotem. Oliwy do ognia dodała płyta z remiksami tych piosenek... Chcieli czegoś spróbować, to spróbowali. Wokalista ma olbrzymi dystans do swojej muzyki, a przy tym tak otwarty zmysł, że sam zapowiedział możliwość brzmienia reggae na jednej z płyt. Wydano też przepiękne wersje akustyczne, ale to też nie zostało docenione (że niby taki trik marketingowy, aby złagodzić oburzenie fanów, blablabla). W środę w nocy sądziłam, że w końcu znalazłam tę wersję piosenki, której szukałam od dawna. Zmylił mnie tytuł. To już słyszałam. Tamtą drugą piosenką muszę zadowolić się jedynie w 30 sekundach, bo tylko taki fragment wyszukałam. Trudno. Co do tego demo - tylko Ville Valo potrafi zmienić "Together we fall apart" na "In venere veritas". Fascynuje mnie ta zmiana w brzmieniu refrenu - słowa tak bardzo melodyjnie się układają, że mam nadzieję, że na ich bazie powstanie inna piosenka. 




środa, 28 grudnia 2016

61. Tove Jansson "Tatuś Muminka i morze"

Zbyt mało interesują mnie cudze tajemnice, żeby o nich opowiadać. Zresztą i tak każdy zdradzi się prędzej czy później.

Czy ósmy tomik przygód Muminków może czymś zaskoczyć? Cóż, mnie zaskoczył. Bo czy możliwe jest wyobrażenie sobie Muminków bez ich Doliny? No może... Ale czy możliwe jest wyobrażenie sobie wyprowadzki Muminków z ich Doliny? 

Bierz się do nich od razu; trzeba się spieszyć z robotą, póki się ma na nią ochotę.

W tej części właśnie to następuje, głównie za sprawą Tatusia Muminka, który w tej części staje się wiodącą postacią. Jak dla mnie to właśnie największy minus tej książki. Poza tym miałam wrażenie, że wyjątkowo było za dużo tatusia w Tatusiu. Być może znajdą się osoby, którym taki obrót spraw zadowoli, jednak ja się do nich nie zaliczam. Nie ukrywam nawet, że Tatuś jest jedną z najmniej lubianych przeze mnie bohaterów, tak samo jak Włóczykij od razu skradł moje serce. To właśnie jego brak w tym tomiku najbardziej rzucał mi się w oczy, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę z faktu, że nie zawsze może być on obecny. 

Każdy potrzebuje czasem jakiejś zmiany. Stajemy się wszyscy zanadto do siebie przywiązani i wszystko jest wciąż takie samo, prawda, kochanie?

Być może miała na to wpływ dominująca obecność Tatusia, ale miałam wrażenie, że książka jest niepotrzebnie przeciągnięta. Połączenie tej postaci z morzem musiało wiązać się z mnóstwem niepotrzebnych słów, aby oddać istotę tego zainteresowania, ale tom i tak mógł zostać chociaż odrobinę skrócony. Z racji tego, że wspomniane połączenie nie przypadło mi do gustu, czytanie niesamowicie mi się dłużyło.

- Mamy nie giną tak łatwo - rzekła mała Mi. - Zawsze je można znaleźć w jakimś kącie, trzeba tylko poszukać. 

Wpłynąć mogło też na to miejsce akcji - bo przecież na wyspie niewiele się dzieje. Zmiana miejsca zamieszkania wyraźnie wpłynęła na jakość. Mam wrażenie, że Muminki bez swojej Doliny są po prostu dość nudne. To właśnie dzięki niej wszystko staje się ciekawsze, gdyż to właśnie ona dostarcza elementów i wydarzeń kluczowych dla całej fabuły. Dlatego też spotkanie z ósmą częścią klasyfikuje jako najmniej ciekawe.

Szkoda, że mamy nie mogą też sobie pójść, kiedy im się podoba, i spać poza domem. A mamom byłoby to szczególnie potrzebne co jakiś czas.

Nie jest jednak tak, że czas poświęcony na tę pozycję uważam za stracony. Urzekły mnie przede wszystkim przepiękne ilustracje, które są chyba najpiękniejsze spośród wszystkich zamieszczonych w "Muminkach". Wydanie rozpoczyna cudowny szkic zatoki fińskiej, a zaraz czeka na czytelnika urocza lampa naftowa. 

Co robił tego dnia? Wszystkie dni zlewały mu się ze sobą i krążyły w kółko, bez przerwy, jak w wędrowce dookoła jakiejś wyspy, kiedy wciąż idzie się i idzie brzegiem, i nigdy nie dochodzi do celu.

Największe plusy widzę w ogromnej ilości małej Mi. Mnóstwo wątków z jej osobą ubarwiło książkę, a jej dialogi wprowadziły sporą dawkę humoru, także tego czarnego. Tove rozbudowała tutaj również wątek Buki, który był najbardziej zaskakujący i wprowadził chwilę refleksji. Odrobina przemyśleć nie ogranicza się jednak tylko tej przerażającej postaci.

Wyglądasz, jakbyś zrobił sobie z kogoś prawdziwego wroga. To zwykle pomaga. 

Chociaż ta część była bardzo refleksyjna, uważam ją za jedną z najgorszych z muminkowej serii. Nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowana, bo już po tytule nie spodziewałam się zbyt wiele. Niemniej, oceniam ją najniżej ze wszystkich tomików, z jakimi miałam już przyjemność obcować.

- Jutro będzie nowy, długi dzień - powiedziała Mama. - Twój własny, od początku do końca. To przecież bardzo przyjemna myśl.


Przeczytane: 31.07.2016
Ocena: 5/10

wtorek, 27 grudnia 2016

60. Philippe Charlier "Czego uczą nas umarli"

Czy zastanawialiście się, kiedyś, czego można dowiedzieć się jedynie na podstawie znalezionego szkieletu? Na ile możemy poznać losy człowieka, którzy żył kilkaset lat temu, bazując tylko na jego kościach? A jakich informacji dostarczy chociażby jeden włos denata? 

Philippe Charlier to francuski patolog, który zamiłowanie do medycyny odziedziczył po rodzicach - jego matka była farmaceutą, a ojciec lekarzem. Opublikował mnóstwo książek, ale zaledwie dwie z nich zostały przetłumaczone na język polski. Pierwszą z nich jest "Czego uczą nas umarli", będąca sprawozdaniem z licznych badań - jego i jego interdyscyplinarnego zespołu.

Ta lektura to około 40 krótkich rozdziałów. Każdy z nich poświęcony jest jednemu badaniu - czyli zazwyczaj jednemu "pacjentowi". Ułożone są one w sposób chronologiczny i podzielone zostały według epok - prehistoria, starożytność, średniowieczne i renesans. 

Artykuły są niesamowicie ciekawe. Obawiałam się najbardziej, że autor z wykształceniem medycznym zanudzi mnie łacińskimi nazwami chorób oraz fachowymi terminami. Dokładne relacje, krok po kroku, z wykopalisk oraz sekcji zwłok nie byłyby dla mnie interesujące. Podobnie jak opisy procedur badawczych. 

Autor jednak zafundował czytelnikom porcję niesamowicie zabawnej lekcji historii. Z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, jest podobno świetnym wykładowcą. Po tej książce w to nie wątpię. Treści, które zaprezentował były ciekawe, a jego osiągnięcia bardzo wartościowe. Mimo to, zachowuje niesłychaną skromność, jednocześnie ją ukrywając. Ani razu nie pochwalił się jakimś odkryciem wprost, nie pojawiły się też słowa w stylu "odkryłem", "dzięki mnie", "udało mi się", "osiągnąłem to". O swoich badaniach nie mówi "moje odkrycia", a "nasze odkrycia" - jego i jego zespołu. Cały czas podkreśla wagę każdego badacza, wyznaczając przyszłościowe badania interdyscyplinarne. Nic dziwnego, że został moim autorytetem naukowca, do którego mam nadzieję dążyć. 

Co do samych treści - chociaż w opisie książki pojawiają się znane nazwiska, poruszane są jednak częściej kwestie anonimowych pacjentów. Sądziłam, że to uczyni tę pozycję nudniejszą, ale jakże się myliłam! Nie dość, że "badani" są różnoracy, to i same badania są wszelakie i z różnych dziedzin. Czasem nawet podmiotem badawczym nie jest szkielet czy kawałek DNA, a jedynie teksty historyczne. Poza tym - przy tak swobodnym i zabawnym języku nie można się nudzić. Zachowany jest zarówno dystans wobec badań, jak i szacunek dla zmarłych.

Oprócz wspomnianych rozdziałów jest też osobny wstęp, a także zakończenie i załączniki. Charlier z niezwykłą dbałością przedstawia w nich pewne drażliwe kwestie z punktu widzenia etyki i doba nauki oraz rozwoju, zestawiając to chociażby z tajemnicą lekarską.

Jedynym minusem książki jest jej niewielka objętość - niecałe 300 stron. Uwielbiam krótkie i ciekawe książki, z których mogę coś wynieść. Są pozycją niezobowiązującą. Ale takich treści chciałabym więcej! Prawdę mówiąc - mam nadzieję na więcej, wszak autor zakończył omawiać renesansowych pacjentów. A co dalej? Jestem ogromnie ciekawa!

Książkę polecam bardzo gorąco. Szczególnie wielką frajdą będzie dla tych czytelników, którzy lubią dowiadywać się czegoś nowego - nie tylko z dziedziny historii. Ja, przykładowo, teraz już wiem, że na moich zębach zapisuje się informacja o każdym moim posiłku. Ciekawe, do jakich wniosków dojdą badacze za kilkaset lat, kiedy będą badać szczątki dzisiejszych ludzi.


Przeczytane: 25.12.2016
Ocena: 9/10

niedziela, 25 grudnia 2016

59. Robert Masello "Krzyż Romanowów"

Oto miejsce gdzie śmierć się cieszy, że może pomóc żywym.

Uwielbiam niepozorne książki, do których lektury przystępuję się przez wzgląd na nagły kaprys, a później okazują się one jednymi z naszych ulubionych. Tak właśnie stało się z "Krzyżem Romanowów", który ot tak dorzuciłam do zamówienia. 

Kiedy ratujesz jedno życie, ratujesz cały świat.

Zarys fabuły pisał się dość ciekawie, ale niespecjalnie obiecująco. Niemniej, połączenie różnych wątków w książce dało niesamowity efekt. Alaska, Rosja, plemienne ludy i ich wierzenia, carska rodzina, odrobina fantastyki, misje w Afganistanie, malaria, epidemiologia, połów owoców morza, kradzieże, nauka, wojsko... A przede wszystkim największy wróg zamknięty w lodowej wiecznej zmarzlinie na małej wyspie- wirus grypy, która zdziesiątkowała świat w poprzednim stuleciu.

- Kiedy ludzie nie mają innego wyjścia - powiedziała poważnym głosem Nika - potrafią dokonywać wyjątkowych rzeczy. 

To właśnie wyrzucony ze służby w wojsku Frank Slater, wybitny epidemiolog, ma wziąć udział w niebezpiecznej i ściśle tajnej wyprawie na Wyspę Świętego Piotra. On i mały zespół badawczy musi sprawdzić, czy wirus przetrwał w skrajnie niskiej temperaturze. Ryzyko jest ogromne. Tym bardziej, że ziemia na wyspie usuwa się i wyrzuca do morza swoje skarby, a także przekleństwa. Ale nie tylko badacze chcą spenetrować cmentarz małej rosyjskiej kolonii, która osiedliła się tam, aby czcić Grigorija Rasputina.

Każdy, kto ufa innemu Rosjaninowi, jest głupi. 

Bracia Vane nigdy nie mieli szczęścia w życiu. Ale kiedy pewnej nocy jeden z nich wyławia z morza trumnę, wydaje się, że szczęście w końcu się do nich uśmiechnęło. Bowiem trumna, a raczej jej mieszkaniec posiada coś, co jest warte fortunę - wysadzany kamieniami srebrny krzyż. 

Stałam się przekleństwem wszystkich, którzy mnie znają, w kraju i tu, w tym starszym miejscu. 

Niesamowicie wciągająca historia. Mimo że fabuła szybko się nie rozkręca, w każdym rozdziale coś się dzieje. Narracja trzecioosobowa świetnie się sprawdziła, gdyż każdy rozdział przedstawiany jest z innej perspektywy- raz jest to strona doktora, raz braci Vane, a raz Anastazji.

To była ucieczka od wszystkiego, czego się już dowiedziała, a o czym chciałaby znowu zapomnieć... i na powrót pogrążyć się w kojącej otchłani snu. 

To właśnie na rozdziały z historią carskiej rodziny w tle czekałam najbardziej. Autor na tym polu popisał się szczególnie, choć głęboko kłaniam się w jego stronę za całokształt. Wiedza, jaką wylał na strony swojej powieści jest wszechstronna. Popisał się znajomością nie tylko historii, ale także biologii.

Klątwa, którą nosisz w swoich żyłach, pewnego dnia okaże się twoim zbawieniem.

Jedynym minusem są liczne literówki w teście. Niemniej, winić za to należy wydawcę. Książkę polecam, bez żadnego słowa sprzeciwu.

Cy mu się to podobało, czy nie, właśnie sobie znalazł swoją Sacajaweę. 


Przeczytane: 27.01.2016
Ocena: 9/10

czwartek, 22 grudnia 2016

58. Muzyczny przekładaniec

Dziś znów czwartek, więc pora na kolejną odsłonę muzycznego przekładańca. Zgodnie z obietnicą z poprzedniego wpisu o muzycznej tematyce - dziś przychodzę wyłącznie ze świątecznymi piosenkami. Starłam się je wyłapywać, choć tak naprawdę w tym tygodniu miałam zajawkę bardziej na piosenki, które mają mało wspólnego ze świętami. Na całe szczęście, zmusiłam się odrobinę do poszperania także nowości dla mnie, chociaż od kilku tygodniu wciąż słuchałam na okrągło tych samych utworów, co rok temu. Mała zmiana i odświeżenie gwiazdkowej playlisty to dobre posunięcie. 
Na zdjęciu obok mój fotel w świątecznej odsłonie oraz zrobione przeze mnie gwiazdki, które docelowo zostaną powieszone w oknie. 


CzwartekBlackmore's Night I Saw Three Ships


Tę piosenkę odkryłam dwa lata temu w zupełnie innej aranżacji za sprawą filmu "Dwanaście choinek", który może być interesującym obrazem dla książkoholików - główną bohaterką jest bibliotekarka, która postanawia zawalczyć o swoją bibliotekę. Jednak to właśnie to wykonanie przypadło mi do gustu. Piosenki świąteczne towarzyszą mi cały rok, szczególnie latem słucham ich ukradkiem, kiedy to tęsknię za zimowym klimatem. Ale ten utwór jest tak fenomenalny, że zawsze nie mogę się doczekać, aby go posłuchać. Najprawdopodobniej pochodzi z XVII wieku z Anglii. 


Piątek: August Burns Red Carol Of The Bells


Uwielbiam ten utwór chyba w niemal każdej aranżacji - najbardziej pasuje mi ta znana wszystkim z "Kevina". The Piano Guy także zaprezentował ciekawą wersję. Ale najciekawsza i tak jest ta powyższa. Uwielbiam wszystkie świąteczne piosenki w rockowej lub metalowej wersji, więc... Co ciekawe - kolęda bazuje na ukraińskiej pieśni ludowej, o czym wcześniej nie miałam pojęcia. 


Sobota: Ville Tuomi Petteri Punakuono


Rudolfowa piosenka po fińsku skradła moje serce już kilka lat temu. Chociaż uwielbiam bardziej tradycyjne i "przyjazne" wersję, to poznałam tę piosenkę właśnie przy okazji powyższej aranżacji. Ville Tuomi nie jest może wokalistą, za którym specjalnie przepadam, ale tym wykonaniem zdobył moją sympatię. Muzyka znam głównie jako byłego wokalistę zespołu Amorphis, który gorąco polecam. 


Niedziela: Blackmore's Night Ding Dong Merrily On High


Znów wracamy do Blackmore's Night. Chociaż jest to ten sam album, to ten utwór odkryłam dopiero w tym roku. Od razu został mianowany hymnem tegorocznych świąt. Kolęda została wydawana w 1924 roku, choć swoje początki muzyczne ma w renesansowej Francji. Słowa do melodii ułożył Woodward, inspirując się także francuską kolędą. 


Poniedziałek: The Carpenters Sleigh Ride


Nigdy nie mogłam się zdecydować, którą wersję "Sleight Ride" wolę - tę czy jednak The Ronettes. W tym roku w końcu podjęłam decyzję - po stokroć wolę tę wersję, drugą uznając za zbyt "rozbieganą" w różnych kierunkach, dodatkowo z irytującym wokalem. Powyższa aranżacja jest zdecydowanie spokojniejsza, a wokal bardziej przyjazny dla uszu. 


Wtorek: Trondhjems Students Choir (TSS) Little Drummer Boy


Co roku wyszukuję sobie jakąś ciekawą wersję tej piosenki. Zazwyczaj stawiam na stare wykonania, choć w ubiegłym roku szczególnie upodobałam sobie wykonanie Celtic Woman. Tym razem upolowałam coś nowego - wykonanie Chóru Studenckiego z NTNU, czyli Norweskiego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Trondhjems. Pomijając już nawet same aspekty wokalne i instrumentalne, klip prezentuje się wyśmienicie - dbałość o kostiumy szczególnie mnie rozczuliła. Na moje uznanie zasłużyła jednak przede wszystkim wspaniała wiolonczela, chociaż i tak pierwsze miejsce w moim sercu, jeśli chodzi o aspekty tej piosenki i wiolonczeli, ma Apocaliptica. 


Środa: Michael Bublé Santa Baby


Jak już wspominałam wcześniej - Michael jest moim ulubionym wykonawcą, jeśli mowa o świątecznych piosenkach. Moją ulubioną jest "Cold December Night", choć w tym roku słucham jej wyjątkowo rzadko (nasłuchałam się jej jesienią). Najlepszą wersją "Santa Baby" jest oczywiście ta z 1953 roku. Eartha Kitt jest niesamowita w tym utworze, ale w tym roku postawiłam na coś innego. Moje preferencje muzyczne uległy małej deformacji. Albo może po prostu pewne piosenki lub ich wykonania przejadły mi się przez oblężenie moich uszu podczas poprzednich świąt.


Do następnego!

środa, 21 grudnia 2016

57. Tove Jansson "Pamiętniki Tatusia Muminka"

- Złóżcie im życzenia, dzieci, oni się pobrali!
- A teraz się poczubią - orzekła Mi. 

"Pamiętniki Tatusia Muminka" wydawały mi się najmniej zachęcającą pozycją z serii, więc książka leżała na półce, kurzyła się i czekała, czekała, czekała. W końcu wzięłam ją do rąk, a moje oczy rozszerzyły się z wrażenia. 

Na me demoniczne oko, jaki ty jesteś miły!

Muszę przyznać, że Tatuś Muminka to jedna z mniej lubianych przeze mnie postaci. Perspektywa przeczytania tomu, który swoją nazwą wskazywał na największe zainteresowanie jego osobą, nie była mi szczególnie przyjazna. Poza tym, co taka niepozorna postać może zaoferować? Obiecałam sobie jednak, że przeczytam wszystkie części przygód Muminków, więc w przypływie tęsknoty za moimi ukochanymi trollami, chwyciłam w końcu za tę pozycję. 

Najgorsze ze wszystkiego było to, że zarażałem się od nich i im więcej przyjemności sprawiało mi siedzenie z nimi przy piecu, tym trudniej mi było czuć się wolnym i odważnym jak orzeł morski. Rozumiecie mnie, drodzy czytelnicy? Zamknięty w środku, pozostawałem jednocześnie na zewnątrz, aż w końcu nie byłem już w ogóle niczym i tylko sztormy szalały i padał deszcz. 

Pierwsze strony były zniechęcające. Zdania się wlokły, każde słowo było nudne i bez wyrazu. Pomyślałam, że na pewno nie dotrwam do końca. Ba, nawet do połowy! Najpierw Tove Jansson rozczarowała mnie mozolną akcją, a później zaskoczyła obrotem sytuacji. Warto było przecierpieć bezpłciowy początek.

Mama zawsze starała się straszyć nas wieczorem jakimiś okropnymi historiami. Opowiadała i opowiadała, aż w końcu tak się sama zaczynała bać, że nie spaliśmy pół nocy, bo trzeba było ją uspokajać. 

Nie oznacza to, że zmieniłam swoje nastawienie do Tatusia Muminka. Ma on manię wyższości, jest pyszałkowaty i jest ewidentnym przykładem przerostu formy nad treścią, ale w trakcie lektury mój stosunek do niego jakby przygasł. Sądziłam, że skoro on jest tutaj kluczową postacią, nie będę mogła go znieść. Prawdę mówiąc, jak na tytułowego bohatera, a także narratora swoich pamiętników, jest on stosunkowo zepchnięty na bok. Momentami aż o nim zapominałam.

- Na zdrowie!
- Sam sobie życz zdrowia - odparł gniewnie.

Jestem uradowana także humorem. Trzeba przyznać, że Tatuś nie należy do specjalnych dowcipnisiów, ale podczas czytania śmiałam się niejednokrotnie. Ogromnym plusem są także czarne motywy. Nie jestem pewna, czy takie wątki nadają się dla najmłodszych czytelników... Mogą się oni odrobinę wystraszyć. Pojawia się tutaj także Buka, a nawet i Duch (!), więc zalecam ostrożność przy czytaniu "Pamiętników..." pociechom. 

- (...) Nikt nie kręci się niepotrzebnie i nie twierdzi, że są ważne rzeczy, które trzeba zrobić i których nie można odłożyć... Zostawia się je, niech się same zrobią. 
- A one potrafią? - spytał Wiercipiętek. 
- Oczywiście - rzekł Jok marzycielskim głosem. - Nie przeszkadza się im po prostu. 

Ponadto, wydarzenia opisane są w taki sposób, że ich oraz sam maluje się w głowie czytelnika. Niesamowicie pobudza wyobraźnię! 

One się wszystkim interesują i w żaden sposób nie mogą zrozumieć, że ktoś może nie interesować się nimi. 

Największym atutem jest jednak wyjaśnienie, skąd się to wszystko wzięło. Poruszona jest kwestia wątków różnych postaci. W szczególności mowa jest o ich pochodzeniu. Co prawda losy Włóczykija pozostają i tak niejasne, zwłaszcza stopień pokrewieństwa z małą Mi. Można to jednak wybaczyć Tatusiowi, gdyż uprzedzał, że będzie plątał się we wspomnieniach...

Sztormy? Ach, ich sens polega pewnie na tym, że po nich jest wschód słońca.

Pomimo swojego mało zachęcającego początku, jest to książka godna polecenia. Czyta się przyjemnie i szybko, choć "Pamiętniki Tatusia Muminka" należą do jednych z grubszych tomów historii o Muminkach.

Nas obchodzi wyłączenie jedno: ty chcesz być, ja chcę coś robić, mój bratanek chce mieć. A Jok tylko żyje. 


Przeczytane: 28.03.2016
Ocena: 8/10

sobota, 17 grudnia 2016

56. Kamil Śmiałkowski "Wampir. Leksykon"

Nie miałam pojęcia o istnieniu wampirzego leksykonu aż do momentu, kiedy pół roku temu wracałam ze szkoły, przechodząc obok księgarni i mój wzrok padł na przeceniony wolumin "Wampir. Leksykon" Kamila Śmiałkowskiego. Od razu postanowiłam go nabyć i zataszczyłam go do domu, gdzie oczekiwał kilka miesięcy na przeczytanie. 

Sądziłam, że jako tako album ten mnie nie zaskoczy, ale powinnam go mieć. Dziękuję mojej intuicji, bo ta pozycja to "must have" każdego fana wampirów, horrorów, kina grozy i prozy fantastycznej. Zebrane tam są krótkie informacje na temat motywu wampira w powieściach, filmach, serialach i grach (także tych planszowych). Wydaje się być nudne, ale tak nie jest. Wymienione w książce tytuły są z górnej i dolnej półki, ale obowiązkowe dla każdego miłośnika kłów. Album daje też świetny obraz na ogół tego wątku w kulturze, gdyż przywołuje nie tylko współczesne dzieła. Powiedziałabym nawet, że większość z nich jest z poprzedniego stulecia, co jest ogromnym plusem, przynajmniej dla mnie.
Urozmaiceniem pomiędzy kolejnymi propozycjami wartych uwagi tytułów są krótkie eseje utrzymane w tytułowej tematyce. Niestety, są one jedynym minusem leksykonu. Prawie wszystkie dotyczą filmów... I w każdym pojawiają się najważniejsze tytuły z wampirami. Spowodowało to z mojej strony jedynie pobieżne prześledzenie artykułów wzrokiem w celu zorientowania się, o co w nich chodzi oraz starając się wyłapać jakieś ciekawe wątki. Uznałam za bezsensowne czytanie szczegółowych opisów scen filmowych, skoro film służy przecież do oglądania. Tak więc zupełnie sobie odpuściłam, oprócz jednego- o muzyce. Ten jeden dokładniej przejrzałam wzrokiem, bo wszystkie opisane zespoły jednak znam... Cóż, plus za mój ulubionych zespół HIM oraz inne, których również bardzo często słucham. 

Troszeczkę za mało dla mnie w ogóle kwestii muzyki. Rynek muzyczny oferuje chyba więcej wampirów, aniżeli kino. Szkoda, że ten aspekt potraktowany był po macoszemu- muzyka opisana była jedynie we wspomnianym eseju oraz w całym leksykonie wskazane zostały dwie piosenki... Cóż, jak dla mnie za mało. Tym bardzie, że wampiry nie pojawiają się tylko w słowach piosenek, ale przede wszystkim w teledyskach. Jeśli chodzi o obrazy- te pole zostało zupełnie pominięte, choć brak ten nie rzuca się w oczy jak brak muzyki.

Jeśli chodzi o oprawę graficzną... Jak dla mnie- fantastyczna. Już sama okładka- cudowne ujęcie z mojej ulubionej sceny z "Wywiadu z wampirem", której inny kadr pojawia się na fotografii wewnątrz, podobnie jak inne sceny z tegoż filmu. Na marginesy wyrzucone zostały okładki, czy inne zdjęcia, z kolei eseje zapowiadane są niesamowitymi grafikami. A wszystko to czarno-białe, w klimacie (no i kolory nie biją po oczach...). 

Z powyższych względów pozycję "Wampir. Leksykon" uważam za bardzo wartościową i wartą swojej ceny (dlatego wydawałbym na nią nawet faktyczną sumę, nie po cenie z obniżką 50%). Jest to zdecydowanie obowiązkowa lektura dla każdego fana wampirów i dla osoby, która zwątpiła już we współczesne wampiry lub uważa, że o tych stworzeniach przeczytała już wszystko.


Przeczytane: 26.09.2015
Ocena: 9/10

piątek, 16 grudnia 2016

55. Joulukuusi

Już nie raz podkreślałam, że ostatnio nie czytam, a zajmuje się produkcją bombek. Dopóki robiłam każdą inną, było to tworzenie ich, ale przy zleceniu 30 równych sztuk... Oprócz bombek postanowiłam zrobić jeszcze choinki. Dziś właśnie postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy i pokazać Wam małe co nieco. 
Tak naprawdę do wykonania takich choinek nie potrzebujemy zbyt wielu umiejętności, tworzenie ich zajmuje mało czasu, a potrzebne artykuły są w niskiej cenie i dostępne w niemal każdym sklepie papierniczym. Co jest potrzebne? Stożek styropianowy, brokat, klej, szpilki, wstążki, cekiny, koraliki... Co kto woli. 
Ja postawiłam na pięć choineczek. Trzy duże i dwie małe. Każda jest oczywiście inna, choć wszystkie pokryte są brokatem i ozdobione tasiemkami satynowymi - czy to w formie wstążeczki, czy też w formie pionowych pasków. Wykorzystałam złote cekiny w kształcie gwiazdek i srebrne w kształcie śnieżynek, a oprócz tego przezroczyste koraliki. Pokusiłam się także o białą girlandę koralikową, ale ten pomysł stanowczo odradzam. W trakcie realizacji pojawiło się zbyt wiele irytujących problemów, chociażby z jej przymocowaniem. Sprawniej szło przyklejanie cekinów i koralików, aniżeli posłużenie się gotowym sznurem ozdób. 







Postaram się, choć nie obiecuję, przyjść do Was jeszcze z postem dotyczącym bombek. Zobaczymy, czy uda mi się wyrobić do świąt. 
Tymczasem - do następnego!


czwartek, 15 grudnia 2016

54. Muzyczny przekładaniec

Cześć!

Kolejny czwartek, więc znów przychodzę do Was z muzycznym przekładańcem. Mało świątecznie, prawie wszystkie piosenki w języku angielskim, choć w dużej mierze fińskich wykonawców. 
Złapałam się na tym, że prawie w ogóle nie dzielę się z Wami moimi propozycjami świątecznych piosenek. Nie to, żebym ich nie słuchała. Szczególnie towarzyszą mi przy robieniu bombek (tajemnicze zdjęcie obok). Mam nadzieję nadrobić to w przyszłym tygodniu, a jeśli nie - być może popełnię osobny post na ten temat. Póki co możecie zadowolić się jednym utworem w mikołajowych klimatach. 


Czwartek: Dark Sarah, JP Leppäluoto Dance With The Dragon 




Zakochałam się już od zerknięcia na sam tytuł oraz na nazwisko fińskiego artysty, który gościnnie wystąpił przy boku Dark Sarah. Poczułam się, jakbym słuchała muzyki z filmu Tima Burtona. Coś niesamowitego! Niezwykła gra dwóch sprzecznych ze sobą głosów. Nie ukrywam, że męski wokal podoba mi się zdecydowanie bardziej, ale to wynika głównie z moich upodobań. Nie mówię jednak, że żeński głos sprawia moim uszom przykrość - jest przepiękny. Póki co staram się zdecydować, co jest lepsze - piosenka czy teledysk. Taki skromny, mało wymagający... A jak zadbano o szczegóły! Pekka ma niesamowite buty, proszę zwrócić na to uwagę (nie mówiąc o całości jego ubioru - frak i cylinder, czyli coś, co kocham). Sam refren wciąż słyszę w uszach, nawet jeśli z piosenką nie miałam styczności w ciągu ostatnich kilku minut. 


Piątek: Bastille Send Them Off!



Co jest największą skarbnicą ciekawych piosenek? FIFA! Zawsze podłapię jakiś ciekawy utwór, kiedy siedzę obok taty, który jest zapalonym graczem. Już wcześniej wynalazłam w taki sposób kilka interesujących piosenek, a już na pewno zawsze mam jakąś jedną ulubioną z nowej części. Ta piosenka pochodzi akurat z 17. Zespół Bastille znam już od jakiegoś czasu, kilka mniej lub bardziej znanych piosenek, choć na pewno nie wszystkie. Ten utwór jest akurat z tegorocznej płyty - "Wild World". 


Sobota: Haloo Helsinki! Rakas


To niesamowite, że trzy dni  z rzędu towarzyszyły mi nowe, bo z tego roku, piosenki. To jest prawdziwa świeżynka, jeszcze grudniowa. Z Haalo Helsinki! spotkałam się dawno, dawno temu, ale nie zaszczyciłam tego zespołu specjalną uwagą. Zmieniłam to jakieś dwa lata temu, głównie przez rekomendację nauczyciela fińskiego, a punkt kulminacyjny zainteresowania formacji przypada na zeszłoroczne lato. Ta piosenka jest jednak idealna na leniwą jesienną lub zimową aurę. Najbardziej urzekające są wstawki gitarowe. Uwielbiam takie cudowne ozdobniki! Za to instrumenty dęte mnie odrobinę irytują. 


Niedziela: Lilium Sleep Inside


Moje niedawne odkrycie i pierwsze spotkanie z projektem. Chyba piosenka z dnia poprzedniego zachęciła mnie do tak uwielbianych przeze mnie instrumentalnych, szczególnie gitarowych, utworów. Zespół o pięknej nazwie wywodzi się z Francji i został założony w 1984 roku. Powyższy utwór pochodzi z płyty "Transmission Of All The Goodbyes" z 2000 roku. Póki co ciężko mi cokolwiek powiedzieć więcej o zespole, bo dopiero zamierzam się z nim poznać, ale "Sleep inside" jest po prostu przepiękne i wzruszające. 


Poniedziałek: Tonttujen Jouluyö


Jak myślicie - jaka jest moja ulubiona piosenka świąteczna? Albo przynajmniej jedna z nich? Och, na pewno musi być po fińsku! Autorem tekstu jest szwedzki pisarz Alfred Smedberg. Piosenka pierwszy raz została wydrukowana w 1898 roku w czasopiśmie dla dzieci. Pisarz w swoich utworach często sięgał do elfich motywów, co też uczynił w przypadku tej piosenki. Ja spotkałam się z nią przy okazji pierwszych świąt, odkąd popadłam z fińską fascynację. Uwielbiam świąteczne utwory w aranżacji rockowej i metalowej. Takich też wersji szukałam po fińsku, ale wpadłam na ten utwór i przepadłam. Wracam do niej co roku na święta (a tak naprawdę kilka razy w roku). 


Wtorek: HIM The Funeral Of Hearts

Skoro zimowej aury nie ma za oknem, trzeba ją sobie wyobrazić. Ta piosenka, a raczej klip do niej, nadaje się do tego idealnie. Teledysk inspirowany fińską "Kalevalą" był kręcony w naprawdę arktycznych mrozach, choć może tego aż tak nie widać. Podobnie jak nie widać, jak skomplikowany był to proces. Nagrania z miejsca planu pokazują jednak prawdziwą ilość aktorów i ich stroje. Wywiad to potwierdza. Jeśli chodzi zaś o samą piosenkę, stała się ona hymnem love metalu, przewodząc płycie z 2003 roku. 


Środa: HIM Gone With The Sin


Jedna z najbardziej melancholijnych piosenek HIM, a także z wszystkich, jakie kiedykolwiek słyszałam. Piękna w swojej prostocie, z cudownym barytonem i nieskomplikowaną melodią. Czasami trudno mi uwierzyć, że pochodzi z płyty z niezwykle ekscentryczną okładką - "Razorblade Romance" z 1999 roku. Wykonanie z festiwalu Rock am Ring z 2001 roku jest chyba najpiękniejszym w ich karierze. To zdecydowanie mój ulubiony koncert, choć nie obcuję z nim zbyt często. Zazwyczaj włączam go, kiedy potrzebuję weny do pisania lub zapomniałam już pewnych cech głównego bohatera. 



środa, 14 grudnia 2016

53. Randall Munroe "What if? A co, gdyby?"

Książki zachwalane przez bardzo dużą liczbę ludzi, w tym ludzi powszechnie znanych, a nawet szanowanych, budzą we mnie automatyczną niechęć. Jednak niebanalne spojrzenie na naukę i odpowiedzi na idiotyczne (z pozoru) pytania w poważny (podobno) sposób sprawiły, że nie mogłam oprzeć się "What if? A co gdyby?". 

Kiedy otrzymałam przesyłkę i w końcu obejrzałam powierzchownie tę książkę, byłam załamana. Sama fizyka! Fizyka, której przez znaczną część życia nie ogarniałam. Z przerażenia odłożyłam lekturę, ale w końcu siła przyciągania do niej sprawiła, że wzięłam ją do rąk. Okazało się, że to nie tylko fizyka, ale także inne dyscypliny naukowe- a nawet nienaukowe. 

Randall Munroe zafundował mi kilkanaście godzin świetnej zabawy, ubarwionej jego humorem. W dodatku nie był to żart dla żartu, a naukowe ciekawostki przedstawione w bardzo jasny sposób. Patykowane ludziki z rysunków umożliwiały łatwiejsze przyswajanie słów, a także umilały czas, jaki spędziłam nad "What if?". Jestem pod wielkim wrażeniem nie tylko pomysłu autora, ale przede wszystkim jego żartobliwego uosobienia, a tym dystansu do siebie i swojej profesji.

Pierwszy raz miałam też wrażenie, że książka ma optymalną ilość stron. Przy takiej zabawnie czas mija szybko, ale była to także nauka, więc większa ilość materiału mogłaby być męcząca... 

Ale nie byłaby męcząca, gdyby została wydana w postaci drugiego tomu. Czuję niedosyt, choć nie jest on spowodowany brakami w publikacji, a żądzą wiedzy, jaką obudził mnie mnie autor. Z całą pewnością Randall Munroe musi podzielić się swoim intelektem z ludźmi! To w końcu jego obowiązek dla świata i świadectwo dla potomnych! 

Książka jest niesamowicie inspirująca, a dzięki swojej wyrazistości i nietuzinkowości zapada w pamięci. Polecam każdemu, kto posiada umysł otwarty na nowe wiadomości z niemal każdej dziedziny. To także obligatoryjna pozycja dla wszystkich młodych ludzi, którzy sądzą, że nauka jest nudna i bezsensowna.


Przeczytane: 16.02.2016
Ocena: 9/10

poniedziałek, 12 grudnia 2016

52. Tove Jansson "Małe trolle i duża powódź"

W ciemności, jak wiesz, wszystko wygląda groźniej.

Moja chaotyczna podróż literacka z Muminkami musiała w końcu doprowadzić mnie do pierwszej części ich przygód. Tove Jonsson rozpoczęła prace nad nią w 1939 roku, kierując się potrzebą czegoś nierzeczonego. Bajkowość świata Muminków miała stanowić opozycję do szarej, wojennej rzeczywistości, której nie było trzeba odbijać w literaturze. Chociaż książka została wydana dopiero po wojnie, małe trolle podbiły serca czytelników i do dziś są szczególnie cenione w Finlandii.

Nigdy nie odnajdziemy słońca, jeżeli nie zdecydujemy się przejść na drugą stronę. 

"Małe trolle i duża powódź" liczą niecałe 70 stron i jest to najkrótsza część o Muminkach, z jaką dotychczas się spotkałam. Jako że jest to pierwszy tom, bohaterowie nawet na rysunkach nie są aż tak wyraziści, jak na ilustracjach w kolejnych woluminach.

Nigdy nie należy szukać guza bez potrzeby.

Jednocześnie jest to najsłabiej oceniona przeze mnie praca pani Jansson. Nie jest ona zła, jednak wiem, że to nie jest szczyt możliwości pisarki. Wciąż tomik ten pozostaje fascynujący i ciekawy w porównaniu do innych książek dla dzieci, z którymi miałam styczność. Akcja dzieje się dość dynamicznie i nie jest przerywana rozdziałami, przez co nadaje się idealnie na dobranockę dla dziecka, więc w taki właśnie sposób zamierzam ją wykorzystać. Sądzę, że jest ona w stanie zaciekawić moją małą i jakże nadpobudliwą kuzynkę. 

Zawsze was szukałem, wszędzie.

Pozycja obowiązkowa dla fanów Muminków, jednak nie polecam jej na pierwsze spotkanie z nimi. Przeciętny czytelnik może są sobie odpuścić bez ocierania zbędnych łez, jednak jeśli ktoś miał już przyjemność poznać się z tymi uroczymi stworzonkami, obowiązkowo musi przystąpić do lektury "Małych trolli i dużej powodzi".

Musimy mimo wszystko iść dalej.


Przeczytane: 17.02.2016
Ocena: 7/10

sobota, 10 grudnia 2016

51. Nowości na stosie

Znów to zrobiłam. Kupiłam kolejne książki, chociaż na moim stosie jest już ich chyba z 50 - a już na pewno ten stos powoli goni  mnie we wzroście, sięgając mi do podbródka. Grr. Żeby było jeszcze zabawniej, sprawiłam sobie jedno opasłe tomidło, dodatkowo w sztywnej okładce. 

Pocieszam się tym, że kupiłam dwie książki, które i tak chciałam przeczytać. Wszystko zostało zakupione w Matrasie, w dodatku w dziale z tanią książką. Tym sposobem zapłaciłam za trzy książki odrobinę mniej, niż normalnie wydałabym na jedną z nich. Tak więc jakie lektury wybrałam?

Przede wszystkim sprawiłam sobie pierwszą książkę z mojej wymarzonej serii "Oblicza zła". "Goebbels. Apostoł diabła" był jedyną przecenioną pozycją z tej serii. Wcześniej oglądałam inną książkę na temat doktora Goebbelsa, ale kiedy zobaczyłam tę księgę... 

Później w moje ręce wpadła książka Anny Król o Iwaszkiewiczu. Iwaszkiewicza uwielbiam, a jego teksty, pomimo swojej prostoty, zawsze mnie zachwycają. "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie" obecnie czytam i już mogę polecić z czystym sumieniem. Nie tylko sama treść jest ciekawa i dobrze napisana, ale też samo wydanie książki imponuje. 

Upatrzyłam też sobie "Balladę o wzgardliwym wisielcu", czyli opowieść o powstaniu styczniowym. Póki co nie myślę o tej książce. Zaplanowałam sobie sięgnięcie po nią w pierwszym miesiącu przyszłego roku. Może zrobię to nawet dopiero pod koniec stycznia, w dniu wybuchu powstania. 

Tymczasem mam nadzieję, że w grudniu uda mi się nic nie kupić. Choć, oczywiście, książki pod choinkę z przyjemnością przygarnę. 

czwartek, 8 grudnia 2016

50. Muzyczny przekładaniec

Znów mamy czwartek, więc ponownie przychodzę do Was z muzycznym przekładańcem. To już czwarty post z tej serii, a przy tym pięćdziesiąty wpis na blogu. Jestem tutaj dokładnie od trzynastego dnia września, a więc niespełna trzy miesiące, podczas których opublikowałam aż tak wiele! Częstotliwość dodawanych postów zaskoczyła nawet mnie samą. Chociaż są to głównie stare recenzje, to i tak musiałam zrobić zdjęcia książek, a także poszukać w nich odpowiednich cytatów - to zajmuje naprawdę sporo czasu, o wiele łatwiej byłoby po prostu wrzucić tych kilka zdań od siebie i podlinkować zdjęcie okładki ze strony wydawnictwa. Uparłam się jednak na taką formę i konsekwentnie będę się jej trzymać. Nie wyobrażam sobie, aby na moim blogu nie było zdjęć zrobionych przeze mnie, nawet jeśli oznacza to całą masę dodatkowej pracy. 
Co do muzyki w tym poście - zaczyna być świątecznie, choć piosenek w gwiazdkowym klimacie słucham już od dawna. Wydawało mi się, że tym razem postawiłam na mniej wyszukane języki, ale, jak to ze mną bywa, wyszło po równo piosenek fińskojęzycznych i angielskojęzycznych. Machnijcie, proszę, na to ręką. Obawiam się, że nie da się już kwestii moich preferencji zmienić. 


Czwartek: Michael Bublé  It's beginning to look alot like christmas




Wyjątkowo w czwartek nie słuchałam muzyki w pracy, a w domu nie miałam czasu na zaznajomienie się z czymś nowym. Musiałam stworzyć sobie klimat odpowiedni do tworzenia bombek. Michael to mój ulubiony wokalista, jeśli chodzi o świąteczne piosenki. Nawet najbardziej oklepane i tandetne w jego aranżacji brzmią bardzo elegancko, a przy tym ciepło i klimatycznie. A jaka inna piosenka może pasować do pierwszego dnia grudnia? Oczywiście, że ta! Obecnie wciąż ją śpiewam, a w sobotę nawet nuciłam ją w tramwaju (przepraszam bardzo wszystkich pasażerów). 


Piątek: LEO Mun piti olla sun



Przyznam, że mam pewne rytuały i schematy postępowania. Na przykład w porze letniej ta piosenka towarzyszyła mi każdego ranka w pracy. Nie jest to mój klimat, ale przyjemny fiński wokal przemówił na korzyść. Dopiero później skojarzyłam, że jest to sporo młodszy koleżka po fachu mojego ulubionego muzyka. Melodia jak najbardziej niesie w sobie pewien letni czar. Wróciłam do niej tego dnia, gdyż piątek był przedostatnim dniem w mojej pracy. W ciepłych miesiącach przyprawiała mnie o uśmiech i dodawała mnóstwa energii. Nie zawiodła nawet w grudniu i umiliła mi ostatni piątek w tym miejscu.


Sobota: Andy McCoy, Ville Valo Xmas song 



Kiedy jakiś czas temu dowiedziałam się, że ta piosenka powstanie, nie mogłam doczekać się już dnia jej wydania, przewidzianego na 7. grudnia. Nikt nie spodziewał się jej wcześniej, a tutaj taka niespodzianka. Bardziej przyjrzałam się jej w sobotę, kiedy to towarzyszyła mi przy produkcji bombek. Teledysk jest świetny, delikatnie mówiąc - nietypowy, jeśli chodzi o świąteczne piosenki. Przed pojawieniem się tego klipu, cześć fanów zespołu HIM, którego pan Valo jest frontmanem, była oburzona, że w ogóle facet śmiał nagrać jakąś głupiutką piosenkę świąteczną; a część była zadowolona z tego faktu. Ja jednak czułam, że nie będzie to typowa słodka pioseneczka. Chyba miałam rację. Wszystko by mi się podobało, gdyby nie Andy McCoy (tak, tak, to ten główny wokalista). Nie mogę znieść tego czegoś  muzyka, a jego głos mnie co najmniej irytuje. Gdyby tak zamienić partie wokalne obu panów... Ach. Wtedy miałabym swoją nową świąteczną piosenkę. 


Niedziela: The Lumineers Ophelia





Zakochałam się w tej piosence już jakiś czas temu, a obecnie wracam do niej z przyjemnością, choć nie robię tego specjalnie często. W niedziele towarzyszyła mi przy przyrządzaniu tortu, a później przy sprzątaniu kuchni po tym eksperymencie. Uwielbiam energię, jaką ma w sobie ten utwór. Teledysk zawsze poprawia mi humor i sprawia, że mam ochotę wyjść z domu, aby trochę pobiegać w deszczu i poskakać w kałużach. Przede wszystkim zachwyciła mnie gierka słowna związana z tytułem. To idealny umilacz dnia, głównie przez perfekcyjną melodię i partie instrumentalne. 


Poniedziałek: Tapani Kansa Käymme yhdessä ain`




Zawsze będę miała ogromny sentyment do tej piosenki. Pierwszy raz usłyszałam ją w dość nietypowych okolicznościach - była mi śpiewana szeptem do ucha. Później zostało mi podesłane dokładnie to wykonanie, które jednak nie daje namiastki magii tamtej chwili. Nie narzekam, bo zawsze poprawia mi się humor, kiedy słucham tej piosenki, dlatego też towarzyszyła mi codziennie rano w pracy od tamtego magicznego momentu. To właśnie przy jej akompaniamencie zamaczałam usta w pierwszej danego dnia muminkowej herbacie. Nic dziwnego, że towarzyszyła mi podczas ostatniego dnia w pracy oraz zafundowała mi wesoły uśmiech podczas pożegnania. Poranki z tą muzyką, pierwszą herbatą, wschodzącym słońcem i stosem dokumentów będę wspominać z sentymentem. 


Wtorek: Tellu Tuolla mun kultani


Dawno nie odkryłam tak pięknego głosu, a już na pewno nie żeńskiego. Dopiero słuchając tego utworu któryś raz z rzędu, uzmysłowiłam sobie, że nie wykorzystano żadnych instrumentów. Moja reakcja wskazuje na to, jak bardzo ta piosenka jest doskonała, pomimo ubogiego asortymentu dźwięków. Elfi wokal i cisza. Niesamowity utwór, do którego warto wracać przed snem, o ile ktoś nie jest zbyt wrażliwy - wówczas może się wzruszać, co zdecydowanie nie sprzyja zasypianiu. Ja podczas tych dwóch minut czuję się, jakbym znalazła się w magicznym świecie elfów, wróżek, aniołów i całego zastępu istot z mitologii nordyckiej. 


Środa: Dalriada A hadak útja 



Czas na coś z innej puli językowej... No, może nie tej samej, biorąc pod uwagę, że znów padło na grupę języków ugrofińskich. Tym razem jednak język węgierski, który także mnie zachwyca. Dalriada to zespół, który odkryłam już dobre dwa lata temu, ale wciąż sukcesywnie poznaje ich piosenki. To właśnie ten gatunek muzyczny, w dźwiękach którego czuję się chyba najlepiej. Zespół zwrócił na mnie uwagę charakterystycznym żeńskim wokalem, a dopiero po upływie dość sporej ilości czasu poznałam pełnię piękna męskiego głosu. W przypadku tej piosenki, na szczególną uwagę zasługuje jej początek oraz koniec. Dla mnie mogłaby składać się ze wstawki z początku oraz ostatnich dwóch minut, bo to właśnie moje ulubione fragmenty. 


Do następnego!