niedziela, 30 października 2016

31. J.D. Horn "Ród"

Jeśli nie jesteś gotowa niczego poświęcić, nigdy nie posiądziesz mocy. 

"Ród" to książka rozpoczynająca serię "Wiedźmy z Savannah". Swoją okładką odstrasza - przynajmniej mnie - i zapewniam, że nie jest to efekt czarodziejskich mocy. O ile modelka jest po prostu cudowna, a jej oczy mają błysk wiedźmy, to cała oprawa graficzna jest po prostu tragiczna.

Wiem, że wy, Taylorowie, macie własną wizję funkcjonowania świata, ale sądy chyba uznajecie?

Przyznam, że o książce wcześniej nie słyszałam. Wybrałam ją jako pozycję gratisową, kiedy ostatnim razem zamawiałam książki. I to nie dlatego, że stwierdziłam, że może być ciekawa. Po prostu nie było lepszego wyboru, a opinie o tej książce były stosunkowo pochlebne. Ale czego się spodziewać po książce, która ukazała się pod patronatem kiepskiego pisemka dla nastolatek? Zazwyczaj nie mam nic przeciwko, bo lubuję się w literaturze młodzieżowej, ale...

Nalegała, żebyśmy pochowali ją samą, z dala od reszty rodziny. Twierdziła, że skoro za życia nie dajemy jej chwili spokoju, to chce być absolutnie pewna, że przynajmniej po śmierci będzie miała trochę prywatności. 

O pisarzu wcześniej też niewiele wiedziałam. W pewnym momencie zupełnego poirytowania sięgnęłam do noty o autorze, która znajdowała się na ostatnich stronicach. Macie pojęcie, że to mężczyzna? Dla mnie to był szok totalny. Nie spotkałam się jeszcze z tak kiepsko piszącym mężczyzną. Swój dysonans poznawczy zmniejszyłam jednak kolejną porcją informacji - autor jest ekonomistą i pracuje w  dziale finansowym. Wyobraźnię ma, ale umiejętności ubierania jej w słowa już niekoniecznie. 

Nie wygrasz z piorunem i niema negocjacji z huraganem. 

Co się tyczy samej książki, miała to być opowieść z licznymi wątkami magicznymi. Magia jednak nie sięga do Mercy Taylor, choć pochodzi ona z rodu wiedźm. Nie potrafi nic, choć godzinami próbowała zmusić nawet najlżejszy przedmiot do przemieszczenia się choćby o milimetr - nic z tego. Za to jej siostra bliźniaczka dysponuje mocą, jakiej świat nigdy nie widział. Nic dziwnego, że jest predysponowana do zajęcia bardzo ważnego stanowiska kotwiczącej, kiedy ciotka sprawująca tę funkcję zostaje zamordowana. Ale czerwony los, który wskazuje na to stanowisko odpowiednią wiedźmę, wybiera słabą bliźniaczkę. Co to oznacza? Co tak naprawdę stało się z ciotką? I dlaczego Mercy czuje pociąg do chłopaka swojej siostry?

Zabawne jest to, że jest tu mnóstwo ciał, które nie mają podpisów, i mnóstwo podpisów, które nie mają ciał. 

"Ale to nie tak!", "Słuchaj, ja Ci powiem, jak było", "Ale ja wiem, jak to się stało" - kojarzycie zapewne takie formułki z ploteczek Waszych babć oraz spotkań starszych gentlemanów? Tutaj tak wygląda cała książka. Kiedy już wszystko się wyjaśnia, nagle pojawia się jakiś bohater i - buch! - przedstawia inną, zupełnie odmienną wersję wydarzeń. Koniec końców, nie mam pojęcia, co w końcu było prawdą, a co nie.

To, że dwie rzeczy wyglądają tak samo, nie oznacza, że są tym samym. 

Bohaterowie są tak słabi, że aż mdli. Wszystko jest na zasadzie czarne - białe. Kiedy już czyjaś postać jest splamiona, to i tak jest pozytywną, dobrą osobą. Nikt nie jest wyraźnie zarysowany. Nagle jakiś bohater zachowuje się w sposób odmienny o sto osiemdziesiąt stopni, co jest niespójne z jego wcześniejszą postacią. Relacje pomiędzy nimi są wręcz żenujące. Tak jak używana spora ilość przekleństw. A dialogi? O mój smutku... Powielanie pisemek dla dziewcząt. Jedynie wujek Oliver zapowiadał się obiecująco, ale nawet jego dotknęły wcześniej wspomniane zabiegi.

Chcielibyśmy udawać, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik, ale bardzo łatwo o nieszczęścia, gdy dziesięć silnych osobowości gra w siatkówkę bombą atomową. 

Zresztą - wszystko jest niespójne. Sama akcja także. Nie powiem, dzieje się (głównie na tle romantycznym, podobno romantycznym), ale przedstawiane fakty są niespójne. Jak chociażby fakt czytania w myślach... Ktoś z domowników ma takową umiejętność, ale słyszy w zasadzie tylko żarty w głowie innych. Dlaczego nie słyszy myśli zabójcy i podejrzanych obrazków w głowach członków rodziny?

- To czyta dekadencja. 
- Nie ma w niej nic złego od czasu do czasu, prze pani.

Sam język jest okropny. Żadna postać nie ma swojego charakterystycznego sposobu wypowiadania się, natomiast specyficzne powiedzonko jest wciśnięte w usta każdego. Tak, tak, takie samo powiedzonko. Irytującego "prze pani" używa każdy bohater tejże książki. I każdy bohater przeklina dokładnie w taki sam sposób. A nawet każdy z nich spluwa! Ja jednak wolę, kiedy każda postać ma zestaw własnych, charakterystycznych dla siebie zachowań i słów.

Poza tym uważam, że praca bez użycia magii buduje charakter. 

Co mi się podobało? Otóż męski wątek homoseksualny. Niestety, jego wykonanie też pozostawiało wiele do życzenia. Jednak próba przemycenia go do lektury dla młodzieży to zdecydowany plus.

Zastanawiam się, czy nie jesteś zbyt skłonna do przymykania oka na błędy tych, których kochasz.

Nie mogę powiedzieć, że pomysł na książkę był idiotyczny. Bo nie był. To był naprawę świetny zalążek na dobrą książkę. Tymczasem wyszło coś, czego nie poleciłabym nawet trzynastolatce. Zdecydowanie nie polecam - nikomu! To najgorsza przeczytana przeze mnie książka młodzieżowa z elementami fantastyki.

Jak przychodzi co do czego, kłamstwo jest całkiem proste. To prawda jest taka skomplikowana. 


Przeczytane: 25.10.2016
Ocena: 2/10








8 komentarzy:

  1. Książkę mam i muszę w końcu zacząć ją czytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj później znać, czy Ci się podobała ;)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Szkoda. Nie lubię, kiedy dobry pomysł jest źle pożytkowany...

      Usuń
  3. O matko, prze pani i do tego plucie? Jak najdalej od tego czegoś:D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też lubię książki młodzieżowe, ale na tę moja chyba już nigdy się nie skuszę. I jakoś nie widzę mężczyzny piszące powieści dla nastolatek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodam, że to (chyba) homoseksualista, więc tym bardziej niespotykana sprawa.

      Usuń