czwartek, 28 września 2017

140. Charles Bukowski "Kłopoty to męska specjalność"

- Kochał mnie. 
- Bzdura. Strach przed samotnością zaprowadził go do twojej pochwy. 

Często pytacie mnie, jaką książkę Bukowskiego polecam na początek. Nigdy nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie, chociaż sama zaczęłam od "Zapisków starego świntucha", a  dopiero sięgnęłam po pierwszą powieść autora, czyli po "Listonosza". Oba tytuły jednak nie są dobre na rozpoczęcie przygody z pisarzem. Co jest więc dobre? Bezapelacyjnie "Kłopoty to męska specjalność".

Jedyni ludzie, którzy znają litość, to ci, którzy jej potrzebują. 

Tytuł oryginału brzmi "Hot Water Music" (powstał nawet zespół inspirowany książką - grupa wykonuje muzykę z gatunku punk) i, prawdę mówiąc, nie spodziewałam się tak brzmiącego tytułu. Polski odpowiednik był tak trafny, że wydawał się być po prostu translacyjną kalką, a nie wariacją tłumacza.

Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być. 

Dlaczego jest to dobra książka na początek? Otóż dlatego, że Bukowski zawarł w niej wszystkie motywy charakterystyczne dla swojego pisarstwa. Zbiór opowiadań dotyka tematyki kobiet, (braku) pracy, alkoholu, seksu, społeczeństwa i pisarstwa samego w sobie. Nieodłącznym elementem jest muzyka klasyczna oraz wieczne problemy z samochodem. Pozornie błahe wywody autora doprowadzą do poważnych refleksji, wymuszając w czytelniku myślenie i aktywne czytanie.

To będzie jego ostatni romans. Zbyt dużo go to kosztowało. Kobiety były silniejsze od mężczyzn. Znały wszystkie chwyty. On nie znał żadnych.

Mało tego - wspomniane motywy zrealizowane są stylem bardzo bukowskim. Dopiero odkładając książkę zdałam sobie sprawę, że właśnie w tej powieści warsztat Bukowskiego jest najlepszy, najbardziej jego. Na pewno jest to duża przepaść pomiędzy jego pierwszą powieścią a tą książką. Czyta się lekko jak dziewiczego "Listonosza", ale jednocześnie książka nie jest lekka, choć często się przy niej śmiałam. To pozycja, którą można wziąć na poważnie i którą można dołączyć do obowiązkowych lektur czytelnika, chcącego poznać jak najwięcej dobrej literatury, niezależnie od gatunku.

W naszym społeczeństwie ciekawe miejsca, do których można by pójść, są w większości albo nielegalne, albo kosztowne. 

Wiem, że słowo "kunszt" niezbyt pasuje do Bukowskiego, jednak uważam, w tej książce autor zaprezentował, czym jest właśnie bukowski kunszt. Lekkie pióro i oszczędność w słowach pobudzają mózg czytelnika, zmuszając go do własnych przemyśleń. Sam prezentuje swój punkt widzenia na istotne sprawy z dużą dawką dystansu, jednocześnie nie mając go dla spraw bardziej przyziemnych. Lekkość i ciężkość w jednym.

Niewykluczone, że talent to umiejętność wyrażania głębokiej myśli w prosty sposób.

"Kłopoty to męska specjalność" jest nie tylko dobrą książką dla początkujących z Bukowskim. Bukowość jest w niej tak bardzo wyrazista, że jeśli ktoś nie chce czytać wszystkich jego książek, ale dla czystego sumienia planuje zmierzyć się z jego piórem, to ten tytuł będzie idealny. Ta  po prostu przedstawicielka jego twórczości.

- Mówił, że jesteś pijakiem. 
- A widzisz, coś jednak osiągnąłem. 

Przeczytane: 25.08.2017
Ocena: 10/10


poniedziałek, 25 września 2017

139. Wyniki konkursu urodzinowego + prace uczestników

Przyszedł dzień rozstrzygnięcia konkursu urodzinowego. Jestem oczarowana wszystkimi pracami, które wylądowały na mojej skrzynce pocztowej. Coś niesamowitego! Nie spodziewałam się, że aż tyle kreatywności w Was to wyzwoli. Jestem też bardzo zdziwiona formą, którą upodobała sobie większość uczestników. Spodziewałam się głównie krótkich opowiadań, a dostałam w większości wiersze. Dziękuję nie tylko za prace konkursowe, ale też za wiadomości z inspirującymi słowami - to niesamowite, że konkurs zmotywował niektórych z Was do powrotu do pisania. 

Zwycięzcą konkursu jest Monika (mess and all the rest), której serdecznie gratuluję. Wierszyk okazał się tak fenomenalny, że przeczytałam go już kilkadziesiąt razy i za każdym razem uśmiecham się szeroko. Tak wiele motywów fińskich w kilku wersach! Mam nadzieję, że herbatka zainspiruje Cię do kolejnych wierszyków (mogą być nawet z Muminkiem w tle!), a przepis na ciasteczka będzie perfekcyjny, niczym słodkości Fazera. To właśnie do Ciebie powędrują wykrawaczki do ciastek i herbata z Muminkami. Gratuluję!

W czasie wyprawy do Helsinek,
Odwiedził mnie pewien miły Muminek,
By kroku dotrzymać podczas wyprawy. 
Swym fińskim zwyczajem zaoferował kawy,
następnie ciastko w cukierni u Karla*
aby wycieczka nie była marna!
(słodycze są moją wielką słabością
a czekolada fińska jest mą prawdziwą miłością)
Nie można odmówić takiej propozycji,
gdy jest się fanem muminkowej aparycji.
Po ciastku i kawie, nadszedł czas na zwiedzanie,
wyspy zielonej, na morzu, schowanej w trawie,
Wyspa ta o nazwie - Suomenlinna,
jest niezwykłością nie tylko dla Fina,
po tej wyprawie, i powrocie do portu,
by zażyć chwili miłego komfortu,
Muminek wziął mnie na obiad niedrogi,
gdzie zjeść mogliśmy ryby i karelskie pierogi,
Taki to własnie spotkał mnie przywilej,
że Pan Muminek oprowadzał mnie najmilej,
a moje wakacje - aż tak wyjątkowe
że odjęło mi mowę i straciłam głowę.

 PS. 
Pan Muminek, przyjaciel Tove,
wywołał we mnie prawdziwe love :)

*Karla Fazera oczywiście!

Serdecznie gratuluję również pozostałym uczestnikom konkursu. Wasze prace również namalowały na mojej twarzy szeroki i prawdziwy uśmiech. Wierzcie mi lub nie, ale od uśmiechu aż bolały mnie policzki. Niezwykłą radość sprawiło mi czytanie tych prac i mam nadzieję, że równie przyjemnie Wam się je tworzyło. W ramach nagrody powędrują na Wasze skrzynki mailowe kody rabatowe do Sklepu z powyłamywanymi nogami

Praca Ilony (booksofmylifeee) - "Sara i jej nowy przyjaciel."
Pewnego dnia wyszłam na podwórko. Była to niedziela, zdecydowanie cieplejsza niż zawsze. Postanowiłam posiedzieć trochę na ławce przed domem i poczytać moją ulubioną książkę " W dolinie Muminków ". Od kiedy pamiętam miałam obsesję na punkcie Muminków. Muminki to było całe moje życie, tak myślałam dopóki nie nadszedł ten dzień. Wracając do tej pięknej niedzieli, usiadłam na ławce i zaczęłam czytać.  Po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że tak naprawdę to nie czytam ja. To znaczy czytałam w myślach ale słyszałam jakiś dziwny głos z za krzaków. Ten ,,głos" czytał tę samą książek co  ja oraz ten sam fragment. Kiedy oderwałam się od czytania głos ucichł. Pomyślałam wtedy, dobra zobaczmy co się wydarzy gdy wrócę do czytania. Schyliłam głowę nad książkę i nagle głos znów zaczął czytać. Podniosłam wzrok i nastała cisza.Opuściłam głowę, głos. Podniosłam, cisza. 
-Co do cholery! - krzykłam z frustracją ale i z lekkim strachem. Kolejna cisza. Może to mój głupkowaty brat? Znowu zaczyna mi się psocić. Ale skąd by znał tekst? Dobra koniec tych żartów, pomyślałam. Zaczęłam znowu czytać aby dowiedzieć się skąd dokładnie dobiega głos. Głos dobiegła z krzaków, które obrastają ogromne kamienie i kamyki. Podeszłam do krzaków wolnym krokiem, odgarnęłam je ręką i zaniemowiłam. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Jak? Jak to możliwe? Nie, to nie możliwe to tylko głupi żart. Przed sobą zobaczyłam stworka z Finlandii, a dokładnie siedzącego Muminka, który trzyma w jednej dłoni książkę a w drugiej kamyk. Obok jego stał koszyk pełen kolorowych kamieni z naszego ogródka. 
-Oskar! Dość! Twoje żarty są już na prawdę nudne. Wyjdź i przestań robić z siebie głupca! Muminek, a raczej osoba prebrana za niego spojrzała na mnie po czym się odezwała. 
-Nie jestem Oskarem, jestem Muminek! I proszę mnie nie obrażać! 
O boże , to nie Oskar, to nie ten sam głos.. Dopiero teraz się zoriențowałam.
-Nie wierzę Ci! Zdejmij ten kostium i się ze mnie nie nabijaj. To już nie jest zabawne! Kim jesteś co? Może to ty Alice? Wiem, że mnie nie lubisz i świetnie potrafisz zmieniać głos. - Tak, to na pewno ta wredna sąsiadka Alice.
- Jestem Muminek! Przestań mnie obrażać! 
- Potrafisz mówić coś innego oprócz ,,Jestem Muminek, przestań mnie obrażać". - Gdy tylko to powiedziałam, zrobiłam w powietrzu za pomocą palców cudzysłowie. 
-Umiem. Jestem Muminek i czytam z tobą książkę a ty tylko mnie obrażasz. - odpowiedział mi nawet się na mnie nie patrząc. 
-Tak.. Udowodnij! Nie wierzę ci w ani jedno słowo. Po pierwsze to nie możliwe. Po drugie..  Nagle Muminek wstał i pokazał mi swoją skórę. Rzeczywiście była to jego skóra a nie przebranie. Nie mogłam w to uwierzyć, ale gdy zobczyłam, że ma prawdziwą skórę zaczęłam mu wierzyć. Tak, możecie pomyśleć, że zwariowałam. On żyje, jest na moim podwórku, czyta moją ulubioną książkę i tak jak w książkach zbiera kamyki! 
-Ja chyba śnię albo nie wiem sama.. Chciałam coś jeszcze powiedzieć ale nie wiedziałam co. 
-Tak Saro, śnisz na jawie. Jeżeli chcesz mogę ci wszystko opowiedzieć ale to nie dziś i nie tutaj.. 
I w tym momencie obraz zaczął mi się rozmazywać. Obudziłam się i wtedy zobaczyłam, że tak na prawdę nie wyszłam wtedy na dwór tylko zasnęłam w łóżku myśląc o tym aby wyjść. Ale to nie wszystko. Kiedy odwróciłam się na drugi bok, na poduszce leżała książka. Nie ta moja, ta druga. Na książce widniała porcelanowa postać Minionka a obok kartka. Wzięłam do ręki kartkę i przeczytałam ,,Dziś wieczorem kiedy zaśniesz spotkamy się nad stawem, tam opowiem Ci całą historię dlaczego pojawiam się w twoich snach. Do zobaczenia Saro''. 
I tak właśnie zyskałam najlepszego sennego przyjaciela.

Praca Judyty (Dycia)
Był sobie mały muminek
który budował kamienny kominek
Bo nie chciał marznąć w zimowe wieczory
Nie chciał być znowu ciągle chory
Lecz coś mu nie szło, trudna to praca
ale to praca, więc się opłaca
miał być ogień i ciepła wiele
a tu na pomoc przyszli przyjaciele
I cała praca ruszyła wielką parą
wozili cement metalową karą
I tak w kilka godzin powstał kominek
Z czego ucieszył sie mały muminek
Mama muminek zrobiła herbatę
Zaprosiła przyjaciół i od muminka tatę
Wszyscy posiadali przed pięknym kominkiem
i taka to historia z kochanym Muminkiem!

Praca Agnieszki (Avrea) - "Muminki"
Wszystkie Muminki mają słodkie minki i piją pełne dzbanki herbatki
Choć u Małej Mi dziewczynki raczej , to są kwaśne minki
Tupnie nogą , zrobi minę kwaśną jak cytrynę i jak nie kochać taką dziewczynę :)
Za to Włóczykij prawie nic nie powie , bo ma plany następnych podróży po herbatę  już w swej głowie.
Mama Muminka herbatę parzy i całą Rodzinkę i Przyjaciół napoić marzy :)
Tata Muminka teraz poważny ,a kiedys był bardzo nierozważny ;)
Za to Muminek z Panną Migotką zawsze się cieszą z herbaty  i usmiechają słodko :d
Tak to się toczy  życie  przy herbacie w Dolinie i z tego Rodzinka Muminków słynie :))

Praca Katrzyny (Powicher) - "Spotkanie"
Powietrze pachniało już inaczej.  Zdecydowanie inaczej niż jeszcze tydzień czy dwa temu. Znów nastał ten magiczny czas, kiedy wszędzie zaczynają dominować  nuty jesienności. Zwłaszcza jeśli chodziło o zapachy. Jasnowłosa dziewczyna, która właśnie pojawiła się u stóp niewielkiej ścieżynki,  uwielbiała ów moment i za każdym razem nieco mocniej odczuwała, że zbliża się jej ulubiona pora roku.  Wciągnęła powietrze głęboko w płuca, uśmiechnęła się i pewnym krokiem ruszyła przed siebie. Wąska, mało uczęszczana dróżka prowadziła nieco w górę pośród rudziejących już łąk, a jej koniec znikał w leśnym gąszczu. Dziewczyna maszerowała raźno, cieszyła się popołudniowym słońcem, którego dobrotliwe promienie barwiły wszystko na złoto i pomarańczowo. Powoli zbliżał się wieczór i ktoś postronny mógłby pomyśleć, że to nie jest najlepsza pora na wędrówki zwłaszcza, że wraz z wieczorem zbliżał się typowy, wrześniowy chłód. Jednak dla miłośniczki jesieni była to wręcz idealna pora. Nie byłą ona bowiem zwykłą podróżniczką, która postanowiła wybrać się na grzybobranie. Jasnowłosa była leśną czarownicą, zielarką i szeptunką. W zasadzie wszystkim po trochu, taką bowiem wyrobiła sobie szeroką specjalizację. Lubiła otaczającą ją aurę tajemniczości i ten respekt oraz szacunek, z jakim odnosili się do niej ludzie. Oczywiście po cichu żartowali sobie z jej „pracy” bo cóż to niby za zajęcie, czarownicowanie? Zabobon i zaściankowość, ot co. Przecież nawet nie wyglądała jak czarownica, żadnych brodawek na nosie, siwych włosów ani garbu na plecach. Nie miała nawet miotły ani kosturka, że już nie ma co wspominać o chatce na kurzej nóżce. Phi, taka czarownica. Uzurpatorka!  Ale gdy przychodziło co do czego i pojawiała się paląca potrzeba pomocy, ich kroki zawsze nieomylnie kierowały się najpierw ku domowi tej właśnie „uzurpatorki”.  Imię dziewczyny niech pozostanie tajemnicą, zupełnie jak to co ją spotkało w lesie. Ale o tym za chwilę…. Wróćmy jednak do naszej historii. Dziewczyna dotarła do skraju lasu i śmiało wkroczyła w ciemniejącą już coraz bardziej knieję. Taki wczesny wieczór, na przełomie spalającego się już lata i wczesnej jesieni był idealnym momentem na zbiór rzadkich gatunków ziół i porostów niezbędnych każdej szanującej się czarownicy do jej tajemnych mikstur. Lub po prostu niezbędnych. Choćby do pysznej, rozgrzewającej herbaty z brzozowej kory która przy okazji eliminuje ból głowy.  W każdym razie po to właśnie nasza czarownica wybrała się na tą wieczorną wyprawę. Weszła w las głębiej, do tylko sobie znanych miejsc. Zbierała zioła i inne ingrediencje szybko, sprawnie i ze znawstwem, nie niszcząc przy tym leśnego poszycia ani nie szkodząc w żaden sposób żadnym innym leśnym mieszkańcom. Gdzieś nad nią kołowały ptaki i swym trelem witały nadchodzącą noc.  Nieopodal  w gęstwinie odzywały się dzikie zwierzęta, wybierające się powoli na żer. Wbrew pozorom las nie był cichy i spokojny, a zwłaszcza nie o tej porze. Dziewczyna z uśmiechem przysłuchiwała się jak od poszycia aż do koron drzew tętni w nim życie. Znała i bardzo lubiła te odgłosy, nie bała się ale też nie starała się niepotrzebnie nie manifestować  swojej obecności by nie zakłócać harmonii lasu. Ta wizyta w lesie była także dla niej swoistą chwilą wytchnienia od pędu codzienności. Czarownica, choć parała się zawodem dość niewspółczesnym to zupełnie współcześnie cierpiała na brak czasu na wszystko. Oczywiście bywała zestresowana, zmęczona, zniechęcona…ale to chyba było normalne w dzisiejszych czasach…Nie ma co narzekać, życie i już. Wtem, gdy zatrzymała się przy wyjątkowo dorodnych okazach dzikich pokrzyw (świetnych na zupę), jej uszu doleciał dźwięk obcy i zupełnie nie znany. A już na pewno nie był to odgłos, którego można się było w tym lesie spodziewać. Mianowicie gdzieś w pobliżu, w odległości może parunastu kroków od miejsca w którym przystanęła, w pobliżu słychać było dźwięk…harmonijki. Zwykłej ustnej harmonijki. Ktoś szedł lasem i grał, a melodia była tak smutna i tęskna, tak cudownie komponowała się z zapadającym zmierzchem, że dziewczyna nawet przez moment nie pomyślała, że ten kto ją gra, może mieć jakieś złe zamiary. Wsłuchana w melodię odłożyła koszyk i nóż, otrzepała kolana z mchu i cicho, powoli ruszyła ku źródłu dźwięku. Po cichu przebrnęła przez chaszcze i leśne ostępy, melodyjka była coraz głośniejsza. Ciekawe, kim jest ten leśny grajek? Przystanęła w zasadzie tuż przy ścieżce, po której (jak przypuszczała) maszerował ów osobnik. Ukryła się za grubym pniem omszałego drzewa, ot tak na wszelki wypadek gdyby jednak grajek okazał się być nieprzyjemny....Odgłos harmonijki znów przybrał na sile i po chwili oczom czarownicy ukazała się postać mężczyzny, a może jednak chłopca?... Osobnik  ubrany był w zielony podróżny płaszcz, szalik, buty typowego wędrowca oraz dziwny, spiczasty i nieco już sfatygowany kapelusz. Podróżnik miał na plecach równie sfatygowany,  ale bardzo fachowo spakowany plecak, przy jednej ze szlufek umocowany namiot, a także dzbanek do gotowania kawy nad ogniskiem.  Wędrowiec szedł niespiesznie, miał w sobie coś…nieziemskiego. Taki spokój, jakby stanowił nieodłączny element krajobrazu. A melodia była coraz bardziej słodka i coraz bardziej tęskna. Czarownica wbrew zdrowemu rozsądkowi wyłoniła się zza drzewa, przystanęła na ścieżce tuż przed wędrującym. Serce jej biło mocno, przyspieszonym rytmem gdyż zdaje się, że rozpoznała tą dziwną osobistość. Wędrowiec spokojnie dokończył grać, zatrzymał się na chwilę i popatrzył na dziewczynę dużymi oczami  o niesłychanej głębi. Uśmiechnął się lekko, sympatycznie.
- Hej, hej. Czyż to nie piękny wieczór na piosenkę? – spytał ciepłym głosem, szarmancko uchylił kapelusza.
- Hm…ta-ak. Witaj, to faktycznie bardzo piękny wieczór… - usłyszała, że trochę się jąka. Czyżby się zawstydziła? A może to niedowierzanie odebrało jej zdolność normalnego mówienia? Bo przed nią oto, jeśli nie mylił jej wzrok i nie zwodziły pozostałe zmysły, stał właśnie Włóczykij we własnej wspaniałej osobie. Postać ukochana, najulubieńsza ze wszystkich bohaterów opowieści niezrównanej Tove Jansson.  Wolny duch, pierwszy poznany w dzieciństwie anarchista i ideał każdej małej dziewczynki. Tylko że…no właśnie. Włóczykij był postacią fikcyjną, owszem może i inspirowaną kimś realnym, żyjącym niemniej wciąż pozostawał bohaterem książki. A ten, którego miała przed sobą czarownica nie wyglądał jakby był narysowany. Był żywy, realny, na wyciagnięcie ręki.
- Czy ja cię naprawdę widzę? – spytała wciąż oszołomiona dziewczyna. A Włóczykij, cóż jak to Włóczykij, wzruszył ramionami i poprawił na ramionach swój wysłużony plecak.
- Być może mnie widzisz. Za pewne tak właśnie jest chociaż…skoro wieczór jest dobry na piosenkę, to może też jest dobry by śnić na jawie. Nie uważasz? – jego uśmiech stał się odrobinkę zadziorny. Włóczykij poprawił kapelusz i szalik, przetarł rękawem grzbiet błyszczącej harmonijki po czym skinął oniemiałej dziewczynie głową – Czas na mnie, wszak piosenka nie ułoży się sama. Hej! – rzucił po czym wyminął czarownicę, a już po chwili smutna melodia ponownie rozbrzmiała wśród drzew. Dziewczyna zamrugała gwałtownie, odwróciła się i nawet zrobiła krok w stronę odchodzącego ścieżką wędrowca, ale coś jakby wmurowało ją w ziemię i zupełnie odebrało zdolność poruszania się. Zrezygnowana patrzyła więc jak Włóczykij znika wśród gęstwiny i po chwili widziała już tylko niewyraźny zarys postaci i ulotne, ledwo słyszalne już dźwięki harmonijki. W zasadzie dopiero przelatująca nisko nad jej głową sowa wyrwała ją z tego dziwnego odrętwienia i zadumania. Czarownica pokręciła głową, cały czas niedowierzając czy to to się wydarzyło było jawą czy jak sugerował Włóczykij snem na jawie? Ogarnęło ją błogie poczucie nostalgii pospołu z rozczuleniem i taką niewyobrażalnie wielką tęsknotą za dzieciństwem, kiedy to ów bohater był bardzo ważną, wręcz kluczową postacią w jej życiu. Przypomniała sobie te wszystkie chwile, kiedy zapominała o całym świecie przy lekturze „Muminków.” Kiedy potrafiła godzinami rozpaczać, gdy Włóczykij odchodził na Południe i kiedy pospołu z Muminkiem zastanawiała się, czy powróci do Doliny. Kiedy wraz ze wszystkimi mieszkańcami Doliny Muminków wsłuchiwała się w te wesołe i w te zupełnie smutne melodie wygrywane na harmonijce. Kiedy zazdrościła Muminkowi i Małej Mi, że mogą biec beztrosko do miejsca nad rzeką gdzie Włóczykij miał swój namiot i wraz z nim pić pyszną kawę i przeżywać przygody….”Kiedy ja tak szybko dorosłam?” pomyślała zaskoczona. Jeszcze raz popatrzyła na drogę, gdzie ostatni raz widziała Włóczykija. I sama już nie wiedziała, czy to faktycznie była prawda. Nad lasem zapadła już noc, czarownica uświadomiła sobie, że z dalszego zbierania ziół już nici. Wróciła więc do miejsca gdzie pozostawiła swój dobytek, zebrała wszystko i powoli wyruszyła w drogę powrotną do domu. W powietrzu unosił się zapach babiego lata i palonych ognisk, ciemność nocy rozświetlały właśnie te pomarańczowe punkciki płonącego ognia, rozstrzelone niczym gwiazdy na zboczach pagórków. Czarownica szła, zadumana i zamyślona nad tym co się przydarzyło. Nagle coś błysnęło  na ścieżce tuż przed nią. Jakiś metalowy przedmiot? Pochyliła się by już po chwili z rozczuleniem trzymać w dłoni małą, srebrną ustną harmonijkę. A więc to jednak nie był sen! To była prawda, a harmonijka była tego najlepszym dowodem. Czarownica przytuliła instrument do serca, zrobiło jej się tak błogo i dobrze, tak ciepło i spokojnie. Pomyślała z wdzięcznością o tych wszystkich chwilach z dzieciństwa, które spędziła w towarzystwie stworków z Doliny Muminków. Spotkanie Włóczykija było jak powrót do tych szczęśliwych czasów. Zapewne to właśnie miało na celu, przypomnienie jej, że warto oddać się marzeniom, warto wypić z przyjaciółmi dobrą kawę, warto ułożyć piosenkę w piękny, jesienny wieczór. Poczuła się szczęśliwa. I z tym nowym ładunkiem szczęścia i wspomnień, a także zwykłej wdzięczności, ruszyła do domu obiecując sobie, że jeszcze tego samego wieczoru przy dobrej herbacie powróci znów do krainy dziecięcych marzeń. 


Powyższa nagroda - wykrawaczki do ciastek oraz zestaw czarnych herbatek z Muminkami - trafia do rąk Moniki, a kody rabatowe do Sklepu z powyłamywanymi nogami otrzymali wszyscy uczestnicy. Jeszcze raz wszystkim serdecznie dziękuję - zarówno uczestnikom, jak i fundatorom nagrody. Ekipo stołowa, jesteście najlepsi! Cieszę, że cudowne Muminki z Waszego sklepu znają nowy dom. A zainteresowanym Muminkami radzę śledzić mojego IG - @pikku_vampyyri, gdzie niebawem pojawi się kolejny konkurs. 


środa, 20 września 2017

138. Tom Hickman "Boskie przyrodzenie. Historia penisa"

Mężczyzna niepokoi się, kiedy nie ma erekcji, a przeraża, jeśli nie może się jej pozbyć. 

Odkąd tylko mignął mi tytuł książki "Boskie przyrodzenie. Historia penisa" wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Niewiele myśląc, zamówiłam swój egzemplarz, a dopiero później zaczęłam zastanawiać się, o czym tak właściwie będzie ta lektura. Czy okaże się wypocinami w stylu forów internetowych, czy wylęgarnią medycznych pojęć?

Mimo to niektórzy nigdy nie próbują. A o tych odważniejszych Casanova pisał: "Trzy czwarte miłości to ciekawość". 

Tom Hickman nie jest jednak lekarzem, aby serwować czytelnikowi anatomię męskiego ciała. To angielski dziennikarz, publicysta reporter i redaktor, jednak słowa określające jego profesje miały się nijak do tematyki książki. Wystarczyło za to przeczytać wprowadzający do lektury cytat z "Kochanka Lady Chatterley", aby wiedzieć, że książka będzie pełna humoru.

Słowa zwykle nie potrafią uchwycić zawiłości seksu. Mogą za to potwierdzić, że seks będzie najlepszy dla jednego partnera lub obu, kiedy pożądanie i miłość zadziałają wspólnie - mózg zostanie wówczas znieczulony, ciało nacieszy się dotykiem ciepłej skóry drugiej osoby, kończyny się splotą, a w oczach kochanka odbije się cały wszechświat. W takim stanie, jak opisał Alex Camfort, "kiedy penis jest najbardziej jego, należy do obojga".

I taka właśnie była. Autor z wyszukanym dowcipem i z eleganckim żartem (za to bez zbędnego komizmu) podszedł do tak ważnego tematu męskiego przyrodzenia. Choć zerkając na enigmatyczny spis treści z podziałem na części i nieokreślające tematu rozdziały, bałam się, że chwyciłam książkę z tanimi żartami, to pierwsze słowa prologu mnie uspokoiły. Styl autora przypomina pediatrę, który ma zbadać dziecko i podchodzi do niego trochę z żartem, a jednak traktując go jak małego, poważnego dorosłego. Tom Hickman bierze czytelnika za rękę i mówi, że nie ma się czego bać, bo razem przebrniemy przez historię penisa i pomoże znam zrozumieć pewne męskie uwarunkowania. 

Powieściopisarz Jay McInerney stwierdził kiedyś: "Sądzę, że mężczyźni rozmawiają z kobietami, by móc z nimi sypiać, a kobiety sypiają z mężczyznami by móc z nimi rozmawiać."

Historia? Jak najbardziej. Ale książka to nie jest tylko historyczne postrzeganie penisa, choć aspekty historyczne okazały się niezwykle ciekawe i jestem pewna, że zaciekawiłyby niejednego wroga historii. Wkradło się mnóstwo treści z dalszej i bliżej historii mody, co mnie niezwykle rozbawiło. Oprócz spojrzenia na przestrzeni wieków na powód męskiej (nie)chluby, przyglądamy się jej także poprzez różne kultury, społeczności, politykę, językoznawstwo i sztukę - malarstwo, rzeźbę, film, muzykę, literaturę, a nawet architekturę. Robimy to tak dokładnie, jakbyśmy zerkali przez lupę. Nie zabrakło też nawiązań do współczesnych form artystycznych oraz filmów pornograficznych. 

Długość życia plemnika: miesiąc w poczekalni, dwa dni wewnątrz kobiecego ciała, jakieś dwie minuty na prześcieradle. 

W książce znajduje się również mnóstwo treści medycznych i to nie takich, o których ot tak można dla żartu poczytać w internecie. Chociaż książka nie zawiera bibliografii, jestem pewna, że autor spędził sporo czasu w bibliotece jakiegoś uniwersytetu medycznego (historycznego zresztą też). Gorzej ma się sfera psychologiczna. W zasadzie Tom Hickman sięgnął tylko do koncepcji Freuda, które z naukowego puntu widzenia były kpiną. Szkoda, że nie rozwinął wątku psychologicznego, bo mógłby dorzucić mnóstwo ciekawych informacji, a i pożartować byłoby z tego (bez wyśmiewania).

W dodatku o ile gitara akustyczna jest pieszczona na wysokości piersi, o tyle elektryczną, dotykaną pod ostrym kątem, szarpie się gwałtownie w sposób, który można by porównać do masturbacji. 

Nie tylko lekki sposób przedstawienia poważnego tematu sprawił, że czytało się przyjemnie. Lektura była urozmaicona wieloma trafnymi i cytatami, które rozbawiały lub przedstawiały dawne spojrzenie na męskie przyrodzenie. To samo zadanie miały liczne anegdoty - a najbardziej powalające na łopatki były nie te z branży pornograficznej, ale ze świata polityki. 

Jest prawdą powszechnie znaną, że mężczyzna obdarzony penisem czasami będzie nim myślał. (...) Uwaga ta potwierdza istnienie opisanego zjawiska, wskazuje również, że penis jest zdolny zakłócić wyższe poziomy myślenia, choć przecież brakuje mu miliardów komórek nerwowych tworzących neuronową konstrukcję mózgu. 

Jedynym minusem były niektóre fragmenty, które czytało się dość ciężko. Zdarzało się, że czytałam dany akapit pięć razy i nic z niego nie rozumiałam, bo wnioskowałam o dwóch sprzecznościach w jednym zdaniu. Mam jednak wrażenie, że to jedynie wina tłumaczenia. Na szczęście fragmentów takich było niewiele i nie zawierały ważnych informacji. Przyjemniej by się też czytało, gdyby czcionka była choć odrobinę większa. Ta może do mikroskopijnych nie należy, ale...

Winowajcą okazuje się męski hormon testosteron, produkowany w tak zwanych komórkach Leydiga w jądrach. 

Książkę gorąco polecam wszystkim. Paniom i panom, doświadczonym i niedoświadczonym w sferze seksualnej, oczytanym lub nieoczytanym w temacie, młodszym i starszym. Lektura jest nie tylko ciekawa, ale też pożyteczna, a z pewnością każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Nawet w momencie największego zbliżenia Mars i Wenus są od siebie oddalone o co najmniej dwieście milionów kilometrów. 

Przeczytane: 28.08.2017
Ocena: 7/10



niedziela, 17 września 2017

137. Marta Motyl "KochAna. W pułapce anoreksji i bulimii"

Lubię życie w skrajnych emocjach. Zachwycało mnie to, ale obróciło się przeciwko mnie. 

Uwielbiam tematykę anorektyczną, choć nie dotyczy to książek. Prawdę mówiąc, nigdy nie dotyczyło, nie licząc podręczników akademickich. W końcu impulsywnie sięgnęłam po książkę polskiej autorki - Marty Motyl (sądziłam, że nazwisko to pseudonim wykreowany pod tytuł, jednak nic z tych rzeczy).

Najdotkliwsze jest poczucie opuszczenia, gdy czuło się z kimś bliskość, która okazała się złudzeniem. Ten rodzaj osamotnienia najmocniej rani.

Czytelnik poznaje historię młodej artystki i studentki ASP, Alicji. Perfekcja i kontrola nad samą sobą doprowadzają dziewczynę do Any - uosobienia tych dwóch cnót, uosobienia anoreksji. A Ana przyjmuje nowicjuszkę z otwartymi ramionami, rada z faktu, że pod swoje skrzydła przyjmuje kolejną ofiarę.

Jestem dzieckiem jesieni. Mam w sobie jej cechy. Kolory i śmierć. 

Książka zawiera wątki autobiograficzne, jednak są to jedynie elementy składowe, z których powstała Alicja lub raczej różne oblicza Alicji. Wprost nie są zaznaczone osobiste przeżycia autorki, jednak na odwrocie znajdujemy informacje, że odbyła podobną wędrówkę i własne doświadczenia zainspirowały ją do napisana "KochAnej". Patrząc na idealne odzwierciedlenie sposobu myślenia osoby z zaburzeniem odżywiania, musi to być prawda.

Boję się, jak przeżyję w świecie, którego nienawidzę. 

Największym atutem książki jest samo przedstawienie choroby z punktu widzenia anorektyczki. Alicja nie moralizuje, nie wskazuje ani dobrej, ani złej drogi. Jest tylko jej historia i jej uczucia, bez żadnych interpretacji. Dzięki temu czytelnik może poczuć, jaką euforię odczuwa osoba chora oraz jak choroba powoli rozlega się w umyśle. Nie jest to kolejne przedstawianie sprawy jako "chowałam masło pod paznokciami", "piłam dwa litry wody przed wejściem na wagę podczas kontroli", "jadłam chusteczki higieniczne". Nie. Jasne, o metodach niejedzenia też jest trochę, ale nie ma tutaj powielanych sposobów, o których każdy wie. Więcej jest za to o uczuciach. A jako że bohaterka jest wrażliwa i artystyczna, przedstawia swoje emocje i myśli bardzo obrazowo.

Tu rozmawia się nad herbatą, nie nad klawiaturą. Jestem specjalnie dla was, a wy jesteście dla mnie.

To właśnie strona artystyczna jest drugim największym plusem książki. Mnogość wątków artystycznych i liczne nawiązania do kultury to coś, co uwielbiam, bo niezwykle poszerza horyzonty czytelnika. Tutaj dominowało malarstwo, czyli dziedzina najmniej przeze mnie lubiana, a zaraz za nim w kolejce była polska scena muzyczna, której też nie darzę sympatią. Niemniej, same wątki bardzo mi się podobały i zostały wprowadzone w odpowiednim celu, nie tylko po to, żeby były. Dojrzale przedstawiony został sposób pojmowania subkultur - tak, jak to jest naprawdę i to, co się z nich wynosi.

Czy naprawdę należy doprowadzić się na skraj wyczerpania, by ktoś zauważył, że nie poradzisz sobie sama, pochylił się nad tobą, spróbował cię zrozumieć, zamiast oskarżać?

Sam język również jest bardziej artystyczny i wyszukany, często metaforyczny i skomplikowany. Jak już wspomniałam - widać to w bardzo dobrych opisach psychiki osoby chorej. Niemniej, specyficzny charakter stylu nie może rozgrzeszyć z drobnego chaosu, jeśli chodzi o przedstawianie wydarzeń - szczególnie tych z życia codziennego. Najsłabszą stroną, zarówno jeśli chodzi o sam styl, jak i o całość książki, są dialogi. Nie ma ich zbyt wiele i mam wrażenie, że nieczęsto zostały upchnięte na siłę. Są sztuczne i stereotypowe.

Nie chodzi mi o schudnięcie, ale o zwymiotowanie emocji, zmartwień, rozczarowań. 

Drugą rysą jest zakończenie, a raczej kilka stron poprzedzających zakończenie. Autorka rekompensowała mi to jednak w samych ostatnich słowach książki. A już bałam się, że wszystko będzie naiwne i - znów - sztuczne. Nie. Być może przed samym zakończeniem można odnieść takie wrażenie, jednak to samo wrażenie towarzyszy nam, kiedy w naszym życiu powoli rozwiązują się problemy. Koniec jest do bólu realistyczny i idealnie pokazuje spustoszenie, jakie wywołuje anoreksja w psychice młodych ludzi.

Życie jest pasmem inspirujących szaleństw. 

Książkę zdecydowanie polecam zarówno osobom interesującym się tematyką zaburzeń odżywiania, chętnym poznać tajniki myślenia i odczuwania osoby chorej, ale nie tylko. Na pewno będzie to dobra książka dla tych osób, które po prostu chcą zrozumieć. Nie polecam za to czytelnikom ze skłonnościami destrukcyjnymi, ponieważ brak jakiejkolwiek refleksji może inspirować do podjęcia takich, a nie innych działań.

Dążenie do celu ma w sobie wymiar pozytywny i destrukcyjny. To świetna metoda na sprawdzenie siebie.

Ocena: 7/10
Przeczytane: 10.09.2017

środa, 13 września 2017

136. Hyvää syntymäpäivää! Urodziny bloga + konkurs

Moikka!

To już rok. Dacie wiarę? Rok jestem już tutaj, z Wami. Mam wrażenie, że minęło zaledwie kilka tygodni, choć jednocześnie czuję się, jakbym była tu już kilka lat - być może przez moje wieczne "powinnam założyć bloga z recenzjami". Dokładnie rok temu powstał blog Pikkuvampyyrin Kirjamaailma i tego samego dnia pojawił się pierwszy wpis. Było to dokładnie rok temu - trzynastego września. Data nieprzypadkowa. Gdyby to nie był trzynasty, zapewne nie pamiętałabym o urodzinach i nici ze świętowania. A zaraz po pierwszym wpisie pojawiła się recenzja "Córki rzeźbiarza" Tove Jansson, także nieprzypadkowo.

W tym miejscu chcę Wam podziękować za to, że jesteście - szczególnie za to, że byliście, kiedy mnie ostatnio nie było. Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, a najbardziej chcę podziękować stałym czytelnikom za długie wypowiedzi pod wpisami, bo właśnie wtedy widzę, że ktoś przeczytał to, co ja sama napisałam, a jeszcze dał się porwać w dyskusję. Niemniej, moja radość sięga zenitu, kiedy dzieje się coś, czego Wy nie widzicie - kiedy ktoś pisze do mnie maila, wiadomość na Instagramie lub Lubimy czytać. Wzruszyłam się, czytając wiadomość od pewnego czytelnika, który był zachwycony moimi recenzjami - czytało mu się niemal je jak książkę. Ogromnym paliwem są dla mnie te wiadomości, w których ktoś pyta o moją książkę i życzy mi weny. Dziękuję Wam także za wyświetlenia i nominacje do wspólnych zabaw. Dziękuję Wam za wszystko i życzę wielu wspaniałych lektur - także tych z mojego polecenia. Kiedy w ostatnim czasie przeczytałam, że pewna dziewczyna sięgnęła aż po trzy książki za jednym zamachem tylko ze względu na moje polecenia, poczułam sens istnienia bloga. Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

A teraz przejdźmy do świętowania. Z racji tego, że na blogu największą popularnością cieszą się wpisy o Muminkach, nie mogło zabraknąć ich dzisiaj, dlatego zapraszam Was do udziału w konkursie. Do wygrania są rzeczy, które może na chwilę odciągną Was od czytania, ale za to umilą Wam lekturę. Przepiękne wykrawaczki z Włóczykijem, Mamusią Muminka i Tatusiem Muminka idealnie nadają się do korzennych ciasteczek, zajadanych podczas jesiennych wieczorów z książką (o swoich pisałam tutaj). A czym byłby wieczór z książką bez herbaty? No właśnie. Dlatego oprócz foremek do wygrania jest też najnowszy zestaw herbatek z Muminkami, składający się ze sprawdzonych już herbat Wonders of the world, Rosy dreams, Moominmamma's magic potion i Sweetheart (o nich mowa była tutaj i tutaj). Nagrody pochodzą z mojego ukochanego sklepu Stół z powyłamywanymi nogami - ekipo stołowa, dziękuję za tak piękny prezent urodzinowy zarówno dla mnie, jak i dla moich czytelników!


Regulamin konkursu.
1. Organizatorem konkursu jest Vampire Heart / Pikku Vampyyri, czyli ja - prowadząca bloga. 
2. Fundatorem nagrody jest sklep Stół z powyłamywanymi nogami. 
3. Na nagrodę główną składa się zestaw wykrawaczek do ciastek oraz zestaw czarnych herbat Nordquist. 
3. Nagrodą dla wszystkich uczestników konkursu jest rod rabatowy na zakupy w Sklepie z powyłamywanymi nogami. 
4. Aby wziąć udział w konkursie trzeba być obserwatorem bloga (Blogger lub Google), zgłosić się do konkursu pod postem urodzinowym i posiadać adres korespondencyjny na terenie Polski.
5. Konkurs ma formę tekstową. 
6. Zadaniem konkursowym jest napisanie tekstu o dowolnej formie (np. wiersz, opowiadanie, piosenka, dialog) z wykorzystaniem Muminków. Motyw Muminków może być zrealizowany w jakikolwiek sposób (np. wymyślony dialog między bohaterami, historyjka z udziałem bohaterów, usytuowanie Muminków w świecie rzeczywistym,  wykorzystanie przedmiotu z Muminkiem w opowiadaniu). Liczba znaków nieokreślona, liczba słów minimum 3. 
7. Termin nadesłania prac to 22.09.2017r., godzina 23:59.
8. Prace należy wysłać na adres mailowy sarah_v@wp.pl, wiadomość tytułując jako "PVKMI- TEKSTOWY konkurs urodzinowy". Pod pracą konkursową trzeba zamieścić nazwę, pod którą obserwuje się bloga oraz adres mailowy do kontaktu.
9. Wskazany przeze mnie zwycięzca zostanie ogłoszony w dniu 25.09.2017r. na blogu oraz powiadomiony o tym fakcie drogą mailową. 
10. Zwycięzca ma obowiązek w ciągu 7 dni wysłać na adres mailowy sarah_v@wp.pl adres do wysyłki, który następnie zostanie przekazany fundatorowi nagrody. 
11. Prace będą oceniane pod kątem ciekawej realizacji zadania oraz kreatywności, ale też pod kątem ortografii i interpunkcji. 
12. Zwycięska praca oraz wybrane prace zostaną opublikowane na blogu. 
13. W przypadku braku kontaktu ze zwycięzcą nagrodę otrzyma druga osoba w kolejce.
14. Wraz z wysłaniem pracy konkursowej osoba wyraża zgodę na publikację pracy na blogu oraz akceptuję regulamin konkursu.



A więc co należy zrobić? Zgłosić się pod tym postem, zaobserwować bloga, napisać pracę, wysłać ją na mojego maila i poczekać na ogłoszenie wyników.  Jakikolwiek będzie werdykt - i tak każdy otrzyma kod rabatowy na zakupy w Sklepie z powyłamywanymi nogami. 

Zachęcam również do śledzenia mojego konta na Instagramie, gdzie niebawem pojawi się kolejna niespodzianka, a także do polubienia strony Stołu na Facebooku, aby być na bieżąco z cudownościami prosto z Finlandii i nie tylko.

Życzę Wam powodzenia i jeszcze raz dziękuję za ten wspaniały rok. 


Moi moi!

piątek, 1 września 2017

135. Podsumowanie sierpnia

Uff. Sierpień za nami! Muszę przyznać, że sama siebie zaskoczyłam. Nie sądziłam, że uda mi się przeczytać choćby połowę z tego, co przeczytałam. Wiadomo - nowa praca, przestawienie się na inne godziny funkcjonowania i trochę odmienny tryb dnia oraz zmęczenie z tym wszystkim związane. Tak się jednak nie stało i jestem z tego niesamowicie zadowolona. Cóż mogę powiedzieć - chyba pożegnałam swój zastój czytelniczy, który trwał niemal od początku roku. Teraz znów jestem zmotywowana do czytania, gorzej jest, wyjątkowo, z pisaniem recenzji. Aż 9 książek czeka na swoją kolej, abym coś o nich napisała. Ups. Ale już to nadrabiam.

A więc w sierpniu pochłonęłam 7 książek (choć wydaje mi się, że pochłonęłam 8) i sierpniowy "Teraz Rock", co wszystko dało 1696 stron. Na pierwszy ogień poszedł "Pamiętnik lesbijki" (recenzja tutaj), który zupełnie nie przypadł mi do gustu, ale męki miałam wynagrodzone w postaci "Zaufaj mi, jestem dr Ozzy". Zaraz za nim pochłonęłam cudowne "Lato" (recenzja tutaj) i "Przerwaną lekcję muzyki", co zajęło mi w zasadzie dwa dni. W jeden dzień przeczytałam za to "Zamach na heroinę". Wyjątkowo pomęczyłam się z Muminkami, tym razem jako "Opowiadania z Doliny Muminków". Po nich udało mi się dokończyć "Boskie przyrodzenie. Historia penisa", z czym męczyłam się prawie cały miesiąc - było warto. 

Na blogu oprócz wspomnianych dwóch recenzji pojawiła się też recenzja "Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął" (tutaj), post poświęcony nowościom na stosie (tutaj) oraz podsumowanie lipca (tutaj). Zaledwie 5 postów, ale we wrześniu obiecuję poprawię. W kolejce jest 9 książek, prezentacja stosu, relacja z koncertu Amorphis (i być może The Sisters of Mercy) oraz konkurs z okazji pierwszych urodzin bloga. 

A jak Wasze sierpniowe wyniki?