środa, 30 sierpnia 2017

134. Nowości na stosie

Sierpień już prawie za pasem, a ja  dopiero teraz zorientowałam się, jak wiele recenzji mam do napisania. Żeby było śmiesznie, na recenzje czekają książki, które na blogu jeszcze się nie pojawiły w postaci moich nowości. Nazbierało się ich trochę, przez co musiałam sprawdzić maile z ostatnimi zamówieniami, żeby w ogóle wiedzieć, co ostatnio pojawiło się na mojej półce. Tak to jest, kiedy nie pisze się na bieżąco. Wszystko jednak powoli wraca do normy, a ja budzę się z blogowego letargu.

W ostatnim czasie dotarły do mnie aż cztery przesyłki z książkami. Tym razem jednak, na szczęście, skromniejsze niż zazwyczaj. Zatem co nowego zamieszkało na moim stosie?

Na pierwszy ogień poszła pierwsza przesyłka z Nieprzeczytane. Padło na "Lesbijkę" Eryka Edwardssona, którą już przeczytałam i zrecenzowałam tutaj. Obowiązkowe były Muminki (tym razem jako "Opowiadania z Doliny Muminków"), choć tym razem czytało mi się je dość topornie, ale więcej o tym niebawem w recenzji. Przeczytaną książką jest też "Zamach na heroinę" Hanny Łąckiej. Dawno nie zdarzyło mi się przeczytać książki w jeden dzień, ale tę połknęłam na raz - sama tematyka nie jest lekka, a przez swoją formę książka często wprowadzała mnie w stan prychania i rzucania nią, niemniej była wciągająca. Pod tym tytułem znajduje się "Boskie przyrodzenie. Historia penisa". Zdradzę tylko, że książka cienka i niepozorna, a niezwykle ciekawa. Planuję dziś ją dokończyć i jak najszybciej napisać o niej kilka słów. Na zakończenie tego zamówienia zostało "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek", które planowałam od dawna. Zauroczył mnie tytuł, okładka jest piękna, a tematyka przypadająca do mojego gustu. Zobaczymy, jak będzie z wykonaniem.

Drugie zamówienie przyszło prosto z wydawnictwa Vesper. Tam mogłabym zrobić zakupy na niebotyczną kwotę z racji wydanych biografii muzycznych. Coś dla mnie, rozpływam się za każdym razem, kiedy zerkam na stronę sklepu internetowego. Gdybym mogła, zamówiłabym wszystko na raz.  Naprawdę. Nie wahałabym się ani chwili. Musiałam jednak zadowolić się czymś mniejszym i wybrałam pakiet trzech książek, w dodatku w bardzo dobrej cenie. No i po raz pierwszy przyszło do mnie takie zamówienie, że każda książka była zafoliowana i do każdej została dołączona zakładka z motywem konkretnej książki. W końcu na mojej półce pojawiła się książka "Ja, Ozzy", którą przeczytałam kilka lat temu - dopiero teraz wezmę się za recenzję. Przeczytałam już "Zaufaj mi, jestem dr Ozzy" i tak, tak, recenzja niebawem. Do przeczytania została mi więc tylko biografia "Black Sabbath. U piekielnych bram".

Następnego dnia znów przyszła do mnie paczka, kolejny raz z księgarni internetowej Nieprzeczytane. Skusiłam się głównie na "Lato" Tove Jansson, które chciałam przeczytać jeszcze w ostatni wakacyjny miesiąc. Nie było więc szans, żebym czekała i zwlekała z zamówieniem. "Lato" mnie oczarowało, ale to możecie już wiedzieć z recenzji, która dostępna jest tutaj. Oprócz tego postawiłam znów na coś fińskiego (choć tak naprawdę jedynie napisanego po fińsku przez Słowaczkę) i na coś, co od dawna miałam w planach - "27, czyli śmierć tworzy artystę". Opis książki zapamiętałam inaczej, ale pamieć mogła spłatać mi figla. Niemniej, książka prawdopodobnie przypadnie mi go gustu, choć już wiem, że mała czcionka będzie utrapieniem. Trzecią zamówioną książkę też od dawna miałam w planach i jest to "Fanny Hill. Wspomnienia kurtyzany". Kilka razy już ją przewertowałam i już nie mogę doczekać się lektury.

Na koniec doszła do mnie skromna przesyłka z Aros. "Przerwaną lekcję muzyki" miałam w planach od dawna, przeczytałam ją niemal od razu (połknęłam w niecałe dwa dni) i zostałam oczarowana. Do koszyka wkradła się "KochAna", dość impulsywnie, ale tematyka przeze mnie lubiana, jeśli można to tak ująć. Na koniec zamówiłam coś, o czym marzyłam, czyli "Frankenstein". Dracula już od dawna za mną, teraz czas na drugiego kultowego potwora. Już jestem zachwycona wydaniem i przepięknymi ilustracjami, a przecież jeszcze nie zaczęłam czytać.

Tak więc teraz już wiedzie, jakich recenzji możecie spodziewać się w najbliższym czasie. Oprócz tego czas przygotować małą niespodziankę na pierwsze urodziny bloga.


sobota, 26 sierpnia 2017

133. Jonas Jonasson "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął"

Aktualnie uciekał z własnego przyjęcia urodzinowego, i to także zdarza się rzadko w tym wieku, głównie dlatego, że w ogóle rzadko bywa się w tym wieku.

Gdybym miała wskazać najbardziej absurdalną książkę, jaką miałam okazję przeczytać, to bez zastanowienia wskazałabym tytuł "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Bo co jak co, ale każdy może nazwać ją absurdalną. Kwestią osobistego odbioru lektury jest już to, czy dla kogoś jest absurdem negatywnym lub pozytywnym. Ja skłaniam się ku temu drugiemu, czyli ku pozytywnemu absurdowi. 

Pastor zawsze oddaje swoje życie w ręce Boga, ale jeśli pan Karlsson, w oczekiwaniu na decyzje Pana Boga, wymyśli jakąś radę dla siebie i księdza, Bóg na pewno nie będzie miał im tego za złe. 

Książka traktuje, oczywiście, o tytułowym stulatku - Allanie Karlssonie. Przeżywszy wiek w okolicznościach, o których nikt w domu spokojnej starości nie miał pojęcia, stwierdza, że setnych urodzin nie można świętować w ciepłych kapciach z bandą nudnych staruchów oraz burmistrzem. Nie wypada mu - jemu, który pił wódkę ze Stalinem, podróżował z Churchilem i jadł kolację z Trumanem, pozostając przy tym całkowicie apolityczny. Jego życie było wybuchowe, nie tylko ze względu na upodobanie do bomb i wysadzania budowli, więc i takie powinny być jego urodziny. Postanowił więc ziupnąć przez okno, podeptać rabatkę z kwiatami i dać dyla. Nie wiedział jednak, jak to wszystko się potoczy. 

Uważaj, zanim zaczniesz pić ze Szwedem, o ile sam nie jesteś Finem albo przynajmniej Rosjaninem.

Czytelnik, rzecz jasna, też nie wiedział. Ale główny bohater miał przewagę w postaci wiedzy o swoim życiu i mógł się spodziewać, że skok przez okno będzie portalem do niesamowitej przygody. Czytelnik o wcześniejszych losach Allana nie ma zielonego pojęcia i odkrywa je wraz z biegiem akcji. I nie, stulatek nie snuje nudnych opowieści o swoim życiu. Równolegle posuwają się dwa czasy - współczesność oraz przeszłość. Jeden rozdział poświęcony jest obecnemu tokowi zdarzeń, drugi rozdział przeszłości, trzeci znów teraźniejszości i tak dalej. Przeplatane rozdziały o przeszłości postępują chronologicznie i to tak naprawdę one są esencją całej książki. 

Nie zgadzał się natomiast co do tego, że lepiej późno niż wcale. Na przykład jego ojciec stał się zagorzałym miłośnikiem cara Mikołaja na dzień przez rosyjską rewolucją. 

Nie mówię jednak, że wątek współczesny jest zły. Jest świetny! Ale nic nie jest w stanie dorównać zabawnym sytuacjom, w które wpakował się główny bohater - tym bardziej, że wszystko bazuje na wątkach historycznych, dotyczy ważnych wydarzeń z przeszłości oraz polityków, którzy rządzili światem. To pokazuje, że często losy historii ważyły się na przypadku lub czymś zupełnie błahym. Książka pobudza do myślenia. W szkole uczą nas, że wydarzyło się to i to, a przyczyną tego było to i to. Ważne wydarzenie X było konsekwencją ważnego wydarzenia Y... A często tak naprawdę mogło to być istotne tylko połowicznie. Gdyby rozdrobnić na kawałeczki przyczyny ważnych wydarzeń, zobaczylibyśmy, że tylko część z tego była ważnymi przyczynami. Ale nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Książka serwuje nam te czynniki, o których w ogóle się nie myśli przy szkolnym omawianiu historii. 

- E, do kurwy nędzy - streścił jednym zdaniem wspomnienia swojej młodości. 

Najciekawszymi wątkami są dla mnie także polityka i religia w oczach osoby zarówno apolitycznej, jak i areligijnej. W końcu nikt nikomu nie narzucał swojego punktu widzenia, ani też nie negował poglądów drugiej osoby. Brakowało mi takiej neutralności. Brakuje mi jej na co dzień, ale brakowało mi też tego w książce. I odbywa się to bez tłumaczeń, dlaczego apolityczność i areligijność wydają się być dobrymi opcjami. Bohater po prostu wzrusza ramionami, co jest zdrową i prawdziwą oznaką postawy bez postaw.

Gdy dostało się od życia nadgodziny, można sobie pozwolić na pewną swobodę. 

A żeby nie było poważnie. Książka jest naprawdę śmieszna. Ja sama kilkanaście razy parsknęłam głośno śmiechem, więc zalecam nie czytać w miejscu publicznym. Język jest prosty, lekki, a każde słowo jest niezobowiązujące, choć dookoła panuje powaga. Ten kontrast potrafi wycisnąć z czytelnika łzy śmiechu. 

Nawet bycie martwym ma swoje zalety.

W takim razie czy coś mi się nie podobało? Może to, że druga połowa książki okazała się być trochę zbyt rozwleczoną i nie tak śmieszną. Pierwszą połowię pochłonęłam w ekspresowym tempie, jednak później było tylko gorzej. Wciąż były zwrotny akcji, których nie sposób było przewidzieć, ale... Może po prostu przywykłam do tego, że wszystko może się wydarzyć, więc element zaskoczenia już nie działał. Być może, nie wiem. 

Allan przyznał, że różnica między szaleństwem a geniuszem może być cienka niczym włos i trudno powiedzieć, o czym jest mowa w tym przypadku, ale ma pewne podejrzenia. 

Wiem za to, że książkę polecam wszystkim bez wyjątku, a przede wszystkim tym, którzy nie lubią historii. Może tak zaprezentowane wydarzenia skłonią kogoś do pogłębiania wiedzy historycznej, chociażby poprzez szukanie ciekawostek z lat minionych. Kwestią czasu byłoby wówczas, kiedy za ciekawostkę ów delikwent wziąłby opasły tom historyczny. 

Jest, jak jest, i będzie, co będzie.

Przeczytane: 02.07.2017
Ocena: 7/10


sobota, 19 sierpnia 2017

132. Tove Janssson "Lato"

Wszystko to istnieje, jeśli się tego szuka i ma na to czas, to znaczy, jeśli można sobie pozwolić na szukanie i w czasie szukania jest się swobodnym i znajduje się rzeczy, o których się nigdy nie myślało. Czasem ludzie są tacy, jak to przeważnie bywają ludzie, i sami nie wiedzą, czego chcą. Ale wszystko można załatwić. Czasem jednak mają jakieś określone marzenie i chcą mieć coś, co mogliby zatrzymać na stałe.

O Tove Jansson można powiedzieć naprawdę wiele, a i tak najczęściej nazywana jest mamą Muminków. Ja tego tak nie widzę. Dla mnie jest przede wszystkim czarodziejką słowa. Chociaż trochę zawiodłam się po ostatniej Tove dla dorosłych w wydaniu "Słonecznego miasta", to "Lato" oczarowało mnie na nowo.

Szukać czegoś i zbierać to rzecz całkiem szczególna, bo nie można wtedy widzieć nic prócz tego, czego się szuka. 

Ta niewielka książka składa się z dwudziestu dwóch opowiadań, których bohaterkami są wnuczka i babcia. Przebywają one na wyspie i spędzają razem czas, podczas gdy ojciec dziewczynki pracuje w pobliżu. Nie jest jednak sielsko. Nie bawią się w stereotypowe dla tego układu zabawy, ani nie romawiają ze sobą ckliwie. Często się kłócą, babcia czasami przeklnie przy paleniu papierosów i zachęcaniu dziewczynki do zabaw zakazanych przez ojca, a Sophii zdarza się wpaść w furię, którą babcia potrafi w magiczny sposób poskromić - na pewno nie przytuleniem i słodkim słowem. 

Nie można ufać komuś, kto tylko na wszystko pozwala. 

Jestem zdumiona, jak zresztą przy każdym spotkaniu z autorką, jak jej proza pozbawiona jest schematów i stereotypów. Zdaję sobie sprawę, że część z tego wynika z różnic kulturowych i fińskiego podejścia do dzieci, które przez mentalność Finów zawsze różniło się od naszego nawet w czasach współczesnych autorce. Powiem to, co zwykle - można tylko wyciągać wnioski i się uczyć. A z tej książki można wyciągnąć wiele, bo choć maleńka objętościowo, to ogromna w treść i uczucia, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Relacja wnuczki i babci jest piękna, ale tylko refleksyjny czytelnik będzie mógł to dostrzec. 

Czasem dla człowieka coś staje się jasne, kiedy jest już za późno i kiedy nie ma już siły zaczynać od początku albo też zapomina o wszystkim po drodze i nawet o tym nie wie. 

Być może przyczyną jest pominięcie oczywistości w relacji rodzinnej, czyli miłości. Przez dwieście czterdzieści stron nie ma ani słowa uczuciu między członkami rodziny, a jednak czuje się je, kiedy już kończymy ostatnią stronę, zamykamy książkę i odkładamy ją z ciężkim sercem na półkę. Miłość do ojca pokazana jest w uspokajaniu się, kiedy jest blisko, a miłości romantycznej mówi Sophia w kontekście kota. Tutaj nie ma wzruszeń. Spokój ogarnia czytelnika, chociaż jego serce bije zdecydowanie szybciej z tęsknoty za własnym utraconym dzieciństwem. 

Nawet za rośliny doniczkowe przyjmuje się odpowiedzialność, jak za wszystko inne, czym się człowiek opiekuje i co nie może samo stanowić o sobie. 

Trudność odnalezienia sensu "Lata" polega też na ukrytej symbolice. Nie ma tutaj wyszukanych metafor, które podczas czytania od razu rozszyfrowujemy jako przenośnie, nawet jeśli nie potrafimy odczytać ich znaczenia. Ukryty sens znajduje się pod słowami zwykłymi, a rozszyfruje je tylko czytelnik, dla którego owe słowa są ważne. Każdy też dawny fragment zrozumie inaczej - ja bardzo szybko zobaczyłam pewne aspekty ludzkiej psychiki w rozprawie sześciolatki na temat dżdżownic. Nie mówiąc już o tym, że późniejszy tytuł "Inne małe zwierzątka" cudownie pokazuje różne relacje międzyludzkie. Trudność polega więc nie na wyszukanych słowach i zawiłych przenośniach, a na ukryciu metafor pod słowami, które łatwo można pominąć. 

Jaka szkoda, że nie mogli nigdy przeprowadzić inteligentnej rozmowy na ten temat. Albo byli za młodzi, albo byli za starzy, albo też nie mieli na to czasu. 

Z pozoru krótka i napisana prostymi słowami książka może się wydawać czymś bezsensownym i pozbawionym wartości. Może się spodobać lub nie, choć pewnie każdy doceni pewne jej walory. Jednak dla wymagającego czytelnika, który lubi zabawy w ukryte i który lubi sam dochodzić do własnych wniosków na podstawie słów autora, będzie to niesamowita podróż - podróż do własnej przyszłej starości, do własnego przeszłego dzieciństwa oraz do Zatoki Fińskiej, gdzie życie toczy się odrobinę inaczej, choć także zatacza krąg. 

Może już większość powiedziano. I spostrzeżono, że to się wcale nie opłaca. Albo że się nie ma do tego prawa. 

Tak więc, jeśli jesteś czytelnikiem masowym, a nie refleksyjnym, tudzież ilościowym, a nie jakościowym, nie chwytaj tej książki. Nie czytaj jej także, jeśli wzruszasz się jedynie na modnych obecnie lekturach, które wykładają wszystko wprost już na pierwszej stronie. To książka do płynięcia donikąd, a zarówno do głębi własnej duszy.

- Dziwna rzecz z tą miłością - mówiła Sophia. - Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka. 
- Całkiem słusznie - nadmieniła babka. - I co się wtedy robi? 
- Kocha się dalej - odparła Sophia groźnie. - Kocha się coraz bardziej i bardziej. 
Babka westchnęła - i nic nie powiedziała.  

Przeczytane: 16.08.2017
Ocena: 10/10


piątek, 11 sierpnia 2017

131. Eryk Edwardsson "Pamiętnik lesbijki"

Mamy dopiero sierpień, a ja już wiem, jaka książka będzie najgorszą przeczytaną przeze mnie w tym roku. Bez wątpienia - "Pamiętnik lesbijki" Eryka Edwardssona. I pomyśleć, że ja naprawdę bardzo chciałam to przeczytać!

Tytuł jest jak wymowny, że nie trzeba mówić, o czym książka jest - lub raczej miała być. Na stronie tejże lektury znajduje się informacja, jakoby jest to szokujący obraz życia współczesnej młodzieży z psychologicznym tłem oraz filozoficznym przesłaniem. Hmm... No dobra. Bierzemy do ręki egzemplarz i czytamy napis "seks, przemoc, filozofia egzystencjalna i rozterki neurotycznego umysłu". Brzmi ciekawie, prawda? I zapewne byłoby ciekawie, gdyby książka o tym była. 

Zacznijmy od tego, że nasza bohaterka - Nati - nie jest lesbijką, a przez pół książki nie ma nic na temat homoseksualizmu. Kiedy już się pojawia - autorka wciąż nie jestem homoseksualna. Sama nie wie, czym jest i szuka spontanicznie odpowiedzi na to pytanie. Durnie mówi, że psycholog to na pewno nie wie nic na ten temat, a zaraz cytuje oklepane słowa ojca psychologii. Jakby przestarzałe i nienaukowe koncepcje Freud mogły dać jej odpowiedź. Choć mam wrażenie, że tutaj pojawia się błąd autora - nie chciało mu się zrobić choć minimalnego badania tematu. Ponadto nasza inteligentna bohaterka odrzuca z góry, że jest heteroseksualna, choć związki heteroseksualne ma za sobą i myśli o mężczyznach w tych kategoriach (później się tego wypiera, ale jednak na imprezach kategoryzuje ich pod względem seksualności), a zaraz nie wyklucza bycia biseksualną. Serio? Nie czuje pociągu do mężczyzn i jest biseksualna? No cóż... 

Nati i cała książka to absurd. 240 stron, tak niewiele, a ja zaznaczyłam tak wiele absurdalnych  i nielogicznych fragmentów, że szkoda w ogóle o nich mówić. Bohaterka sama sobie przeczy, czy to w czynach, czy to w myślach, a wcześniej przytoczony przykład to tylko zajawka absurdu i zaprzeczeń. Mówię to z bólem serca, bo na samym początku bardzo Nati polubiłam - zaznaczyłam kilka ciekawych fragmentów, a jej rozważania były dojrzałe i konstruktywne, ponadto opierały się na tym, co ludzie zazwyczaj ignorują. 

To właśnie te początkowe rozważania bohaterki są jednym, oprócz ładnej okładki z Felice Fawn, plusem książki. Im dalej w strony, tym więcej niby filozoficznego ścierwa, które nie miało żadnego sensu - lub raczej żadnej logiki. Bo co można powiedzieć o książce, która miała mieć filozoficzne podłoże, a wzmacnia stereotypy o pewnych grupach ludzi?

Okropne jest też to, że przez całą lekturę czytelnik zastanawia się, kiedy dzieje się akcja - nie ma wzmianki o tym ani na początku, ani na okładce. Niby współczesność, niby nie... A dla mnie to kluczowe, czy bohaterka wyciąga discmana, bo nienawidzi obecnego świata i dzisiejszej technologii (serio, znając Nati, tak można pomyśleć), czy wynika to z mody, czy wynika to z jedynej możliwej  przenośnej opcji słuchania muzyki. A potem pojawia się kwestia telefonów komórkowych i robi się jeszcze dziwniej. Przez ostatnie lata społeczeństwo tak się zmieniało, że ponad dziesięć lat wstecz to znacząca różnica - dlatego informacja o czasie nie powinna znajdować się na samym końcu. Data istotnie wpłynęłaby na percepcję treści.

Na percepcję może też wpłynąć to, że dialogi w tekście zostały wytłuszczone. Po co? Tylko one są ważne? Tylko je mam czytać? A może autor chciał sprawdzić, czy ktoś przeczyta rozważania bohaterki, pomimo tego, iż wskazał jako kluczowe jedynie dialogi? Nie rozumiem. To negatywnie wpływało na komfort pochłaniania tegoż arcydzieła. 

I nie. Nie było seksu. Przemoc jakaś tam była - denna, ale była. Bójki dziewczynek i nielogiczna próba zabójstwa, podczas której działa jeden bohater, a drugi ma wciśnięty stop, aby ten pierwszy mógł działać - taki zabieg ma też miejsce w przypadku większości dialogów. A dialogi, o mój smutku, to coś okropnego. Są nienaturalne, chyba głównie przez usilne próby uczynienia ich naturalnymi za sprawą kolokwializmów. 

Absurdalny brak logiki w ładnym opakowaniu, fatalnie napisany i z równie fatalnym marketingiem. Instagramowe konto tej książki jest niesmaczne, żenujące i odpychające. Ale może właśnie takie miało być, bo odzwierciedla treść "Pamiętnika lesbijki". Szkoda, ogromna szkoda. Tym bardziej, że autor w głowie ma ogromny potencjał, sądząc po samym początku. 

Przeczytane: 06.08.2017
Ocena: 2/10





środa, 2 sierpnia 2017

130. Podsumowanie lipca

Nie wiem, jak Wam, ale mi lipiec minął zaskakująco szybko. Jeszcze prawie w połowie miesiąca walczyłam z pracą na studia (opłaciło się) i martwiłam się, czy przeczytam cokolwiek. I co? Przeczytałam 6 książek. Do końca nie wiem, jak to się stało, ale udało się - w końcu przeczytałam więcej niż 4 i to bez lektur na studia. Zła passa została przerwana, głównie za sprawą ciekawych tytułów. 

Udało mi się, w końcu, pożegnać "Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął". Później brak weny do czytania przerwało "W Dolinie Muminków" (recenzja), ale jeszcze bardziej napędziła mnie moja pierwsza blogerska współpraca i zabawna książka, którą i bez tego niebawem bym zamówiła - mowa o "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera" (recenzja). Do tego doszedł "Niedokończony eliksir nieśmiertelności", który od dawna miałam w planach, a zaraz po nim również coś zaplanowanego - "Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?". Miesiąc zwieńczyłam moim ulubieńcem, czyli Bukowskim, tym razem w "Kłopoty to męska specjalność". Po drodze przeczytałam też lipcowy "Teraz Rock". Wszystko to dało 1734 strony

Znów udało mi się obejrzeć kilka filmów, jednak mylą mi się one już z czerwcem, którego podsumowania na blogu nie było, bo... nie przeczytałam żadnej książki - niestety, pewne sprawy wymagały mojej całkowitej uwagi. Na pewno w końcu udało mi się obejrzeć coś z listy filmów do obejrzenia (chociażby "Witaj w klubie" i "Tam, gdzie mieszkają dzikie stwory").

W połowie lipca wróciłam na bloga i zdążyłam opublikować zaledwie cztery posty. Oprócz powyższych recenzji pojawiła się też i trzecia - tym razem zbiory reportaży Justyny Kopińkiej "Polska odwraca oczy" (tutaj), a także nowości na stosie (tutaj). Zaległe recenzje, czyli recenzje wspominanych książek, zapewne pojawią się niebawem. 

Życzę Wam miłego i zaczytanego sierpnia. Mój już tak zaczytany może nie być - podjęłam właśnie nową pracę i klimatyzacja tam pochłonie ze mnie mnóstwo energii, ale spróbujemy pobić lipiec. A jeśli ktoś wybiera się na Woodstock lub Targi Książki w Krakowie, niech koniecznie da znać! Ja będę i tu, i tu.