środa, 19 lipca 2017

127. PigOut "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera"

Wstaję, spoglądam w kalendarz, a tam piątek trzynastego. "Oho, urodziny mojej karmy. No dawaj życie, zaskocz mnie!" - przykozaczyłem w myślach. Nie minęło nawet pięć minut, wtem odkrywam, że nigdzie nie ma telefonu, czyli gra już dawno rozpoczęta. Ok, challenge accepted. 

Jakiś czas temu zastanawiałam się, co zrobię, kiedy przeczytam już wszystkie książki mojego ukochanego Bukowskiego. Odpowiedź na to pytanie nasunęła się sama, kiedy jeszcze przed premierą w moich rękach znalazła się książka "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera". Teraz już wiem - po lekturze twórczości Buka przerzucę się na bloga PigOuta. 

Możecie to nazwać początkami Alzheimera, ja trzymam się wersji, że to zwykły trolling ze strony mózgu.

PigOut to nie kto inny, jak nasz rodzimy bloger. Wiem, co sobie pomyślicie - "oho, kolejny polski wielki filozof, który nic nie robi, tylko wyśmiewa innych, a za swoje pożalsięboże teksty dostaje profity". Mi od razu zasunęli się youturzeby, którzy na swoich kanałach to może i mają coś do powiedzenia, a na pewno nie jest to materiał na książkę - tym bardziej, że większość "twórców" internetowych lubi się powtarzać. Innymi słowy, za darmoszkę i legalnie można przeczytać te same treści w Internecie, chociaż za książkę chcą kilka dyszek. Podobno papier trzeba oszczędzać. Pieniądze też. No cóż.

Podsumowując, świat ewidentnie nie chce, żebym był szczupły, mnie z kolei nie chce się walczyć ze światem i w ogóle pierdolę, nie robię. Zapuszczam Netflixa. 

Ale PigOut to nie jeden z nich. Bloger nie szczędzi autoironii ani sarkazmu wobec społeczeństwa. Jakże moja niegodziwa część lubi takie psioczenie na polską mentalność oraz współczesny świat wraz z jego absurdalnymi zachowaniami rodem z jaskini. Kilka tekstów, niestety, pokryło się  blogiem, ale można to wybaczyć - nie było ich tak wiele, żebym żałowała na tę pozycję miejsca na półce.

"Trudno, w końcu ile razy człowiek się hajta?" - pytają sami siebie. Cóż, młodzi i zakochani naprawdę wierzą, że tylko raz.

Czego dotyczą teksty blogera? Otóż tego, co dzieje się wokół nas. Taka różnorodność została ujarzmiona w czterech częściach, w skład których wchodzą tematycznie spójne rozdziały. Wydaje Wam się, że nasza codzienność nie jest godna opisywania? No może... Ale PigOut robi w taki sposób, że czytanie jego szyderstw doprowadza do łez. O ile na na widok ogromnych kolejek trzy dni przez trafieniem jakiegoś produktu do sprzedaży oraz koczowanie przez sklepem popukałabym się w czoło i tyle, tak autor ubiera to zjawisko w zabawne słowa, dodając barwne opisy dantejskich scen.

Nie wiem, z czego to wynika, ale ostatnio moi znajomi zaczęli masowo się hajtać. Albo się zmówili, albo rząd faktycznie zdelegalizował pigułki antykoncepcyjne.

Oprócz tego pisze o (nie)fenomenie Greya, kondycji kina, fejsowym szpanie, skazaniu na nędznego sylwestra, zajęciach upadających "gwiazdach", męskich wypadach, ułomności naszego mózgu, przesądach na temat piątku trzynastego, fenomenu Chodakowskiej i dietach cud. Ja najbardziej lubię fragmenty o osobistych przygodach autora i jego złej karmie. Wiem, że to sadystyczne, ale z chęcią poczytałabym więcej o tych kłopotach oraz sposobach na wyjście z opresji. Jeszcze więcej poczytałabym o komentarzach na temat blogsfery. Serio. Autor się nie cacka i wkłada kij w mrowisko. Policzek dla każdego blogera.

W przeliczeniu na złotówki to równowartość golfa trójki. Redzi był w takim szoku, że odruchowo pociągnął kasjerkę za włosy, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem nie Tusk w masce. O dziwo, nie. 

Co do jego opinii... No właśnie - czy PigOut jest hejterem? Według  mnie nie. To po prostu szczery komentator otaczających nas zjawisk, których w gonitwie codzienności nie dostrzegamy nic nadzwyczajnego. Nie widzimy absurdu naszych działań, nie wspominając o zastanowieniu się nad nimi. Lekkie pióro i specyficzny humor sprawiają, że nie jest to wylewanie smutów, ale niezła zabawa. Ale przewrażliwiony na krytykę - szczerą, zasłużoną i konstruktywną - zapewne z miejsca nazwałby autora hejterem.

Jest takie niepisane prawo, zgodnie z którym facet powinien minimum raz w roku, na co najmniej 24 godziny, wybić z chaty w celu totalnego zezwierzęcenia się. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco polecić tę książkę. Jakby to powiedział pan popełniający  tę wydawniczą zbrodnię -  książce mówimy zdecydowane "chyba tak", bo "cycki opadają". Tymczasem ja spadam na bloga PigOuta i zapraszam tam każdego, kto waha się przed lekturą. Nie wzbraniajcie się, wszak autor założył go pod wpływem alkoholowego upojenia...

Od wczoraj nic już nie jest takie jak kiedyś. Mój zmysł wzroku został zbrukany, a umysł wypaczony. To, co zobaczyłem, na zawsze wypaliło piętno. Inwestycja w alkohol i próby wymazania pamięci nie powiodły się. Napiszę, co widziałem ku przestrodze dla innych, ale wcześniej niech wszystkie matki ukryją dzieci. 

Ocena: 9/10
Przeczytane: 16.07.2017



12 komentarzy:

  1. Cieszę się, że nie cierpiałaś aż tak bardzo podczas czytania ;) Bardzo przyjemnie czytało mi się tą reckę i nie mówię tego tylko dlatego, bo dotyczy moich wypocin. Planuję zostać na dłużej. W zasadzie już się w Muminki wkręciłem :)

    P.S. Nigdy nie spotkałem się z trudniejszą nazwą bloga. Jakbym prowadził kanał na jutubie, wyszedłbym w miasto z kamerą i prosił przypadkowych ludzi o jej wymówienie. Milion odtworzeń murowane ;) Pozdro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież nie zakładałeś negatywnych opinii :D Czytanie było bardzo miłe. Do tego stopnia, że w niedzielę kończyłam książkę w ogrodzie, siedząc z rodzicami i... Książka cały czas była śmieszna, ale końcówka... No cóż, ja chichrałam się na głos przy opisie holenderskiej przygody (szczególnie przy opisie zmagań wspinaczkowych Madzi - pozdrowienia dla niej), a moja mama patrzyła na mnie, jakby mi właśnie wyrosła druga głowa. Kojarzysz scenę z Addamsów, kiedy Wednesday uśmiecha się na obozie? No to tak to wyglądało :D
      Nazwa bloga miała być bolesnym odzwierciedleniem fińskiego, a przy okazji stała się środkowym palcem dla wszystkich speców, co to sądzą, że nazwa musi być krótka i prosta.

      Usuń
  2. Coraz więcej słychać o tej książce, muszę w końcu po nią sięgnąć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam gorąco zachęcam. Więcej się o niej myśli niż czyta, bo czyta się w jeden wieczór.

      Usuń
  3. Nie znam bloga autora, więc zanim zdecyduję, co zrobić z książką, zajrzę poczytać kilka jego tekstów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto. Ja sobie tam wchodzę wieczorami, kiedy mam zły humor :D

      Usuń
  4. Tytuł jest świetny hahha
    Chyba muszę ją kupić ;)
    Obserwuje i zapraszam do siebie : http://kobiecomania.blogspot.com/2017/07/wiosenna-sukienka-z-odrytymi-barkami-i.html

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam ostatnio duże zaległości w blogosferze, więc nie natknęłam się na człowieka, chociaż pewnie prowadzi swojego bloga od dawien dawna. To nic, wkrótce to nadrobię. Najpierw poczytam jego posty, a potem zdecyduję, czy mogę zranić swój anorektyczny portfel.

    Pozdrawiam,
    http://tamczytam.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowością raczej nie jest, ale gorąco polecam - zarówno bloga, jak i książkę.
      Mój anorektyczny portfel łączy się z Twoim w bólu.

      Usuń
  6. Już sam tytuł tak daje po oczach, że nie sposób się od książki oderwać! Muszę ją mieć w swojej domowej biblioteczce! :D

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tytuł jest dobry - nawet mój znajomy dzwonił do znajomego, żeby powiedzieć, że czytam książkę o takim tytule :D

      Usuń