niedziela, 26 marca 2017

106. Stereotypowy mól książkowy, czyli co mnie wkurza w postrzeganiu książkoholika

Pierwszy rok studiów. Semestr drugi. Nudne zajęcia ze statystyki. Gorąco na zewnątrz. Siedzę w sali komputerowej, do której wchodzi spóźniony kolega i zajmuje puste miejsce obok mnie. Zaczynamy rozmawiać. Hm... Czy to pierwszy raz, kiedy rozmawiamy? On opowiada mi o pracy, o imprezach... Normalnie wśród studentów, prawda? Czas na przerwę. On idzie porozmawiać ze swoją dziewczyną, ja wyciągam książkę. 
Wraca i poruszamy kwestię czytania. Ironicznie mówi: "Niech zgadnę. Wiem, jak wygląda twoje życie. Nie wychodzisz na imprezy, bo siedzisz w domu pod kocem, pijesz gorącą herbatę i głaszczesz kota, który nie pozwala ci czytać romansów. A czytasz cały czas".  Uch. Serio? Dzięki, nie wiedziałam, jak wygląda moje życie. Myślę chwilę. Moment. Przecież tak nie wygląda! Siedzę pod kocem, bo jestem zmarzluchem, a i tak robię to rzadko. Pijam gorącą herbatę, bo mam problemy żołądkowe, poza tym coś ciepłego pić trzeba, a kawy nienawidzę. Kota nie głaszczę, ja kota wkurzam, a kot ucieka do mojego taty. Czytam sporo, ale i tak więcej słucham muzyki. Romanse? Nie, dziękuję. Zanudzam się na romansach. Hmm... 
A więc rozmawiamy. On nie może pojąć, jak to chowam się przed światem w książkach. A ja odpowiadam, jak można zatracać się w imprezach, byle tylko nie posiedzieć samemu i nie pomyśleć. Auć, myślenie boli, trzeba go unikać. On społeczny, ja aspołeczna. On ekstrawertyk, ja introwertyk. 
No i to gadanie, że nie wyglądam jak stereotypowy książkoholik, bo nie mam nadwagi, krasnoludowego wzrostu, tłustych włosów, denek od słoików na oczach, płaskich butów, workowatych spodni i nie jąkam się przy każdym słowie z powodu nieśmiałości.
A więc dziś trochę o mitach i stereotypach książkoholika, które mnie dotykają.

Jestem czytającą dziewczyną, to wylewam łzy na dennych romansach. 
Spotykam się z takimi opiniami zawsze i wszędzie. To chyba właśnie dlatego nienawidzę romantycznych książek. Nie jestem stereotypową kobietą, nie lubię tandetnej ckliwości, a co za tym idzie, irytuję się na beznadziejnych kobiecych czytadłach. Będąc dzieckiem, przeczytałam zapewne więcej książek grozy, niż niejeden mężczyzna. Moja biblioteczna jest wszechstronna. Owszem, znajdują się tam luźne książki, skoro czytam dla odprężenia, ale nawet z nich można coś wynieść. Ale znajdują się tam też książki cenionych pisarzy, literatura fachowa, książki o Finlandii i książki historyczne. Najbardziej irytuje mnie pewna osoba z mojego bliskiego kręgu. Kiedy mówi właśnie o jakiejś wybitnej książce wielkiego pisarza, a ja mówię, że czytałam tę pozycję, osoba ta jest zdumiona i przyznaje, że zaskakujące jest to, iż przeczytałam ten tytuł. A bo co? Jestem dziewczyną, to mam czytać poradniki dla żon? Wieszczów mogą czytywać tylko mężczyźni? Drażni mnie też to, że mężczyzna z książką od razu nazywany jest oczytanym i inteligentnym, bo zapewne czyta jakąś wybitną pozycję lub skomplikowaną literaturę fachową.

Jestem młoda, więc nie rozumiem tego, co czytam. 
Ileż razy słyszałam, jakobym była za młoda, aby zrozumieć, co autor chciał wyrazić swoimi słowami. Co z tego, że ja mam dwadzieścia lat, a autor w chwili pisania miał osiemdziesiąt? On mógł być niedojrzały. Albo może ja jestem dojrzała. Wiek to tylko liczba, liczy się dojrzałość i wrażliwość. Skoro niby tak jest, to dlaczego dzieciaki w szkole mają czytać wielkich mistrzów literatury? Młody nie oznacza głupi.

Czytam książki, bo nie mam własnego życia. 
Oczywiście. Może życie polega na tym, że od rana do rana czytam o losach innych z wypiekami na twarzy, zazdroszcząc im przygód. Dwa lata temu przeczytałam ponad 130 książek i wszyscy się dziwili, jak to zrobiłam, skoro wszędzie mnie pełno. To był rok, kiedy robiłam mnóstwo rzeczy i spotykały mnie nie tylko miłe chwile. Praca, studia, problemy wszelkiej maści. I zero czasu na... marnotrawienie życia. To, że czytam, nie znaczy, że mam dużo wolnego czasu. To oznacza, że potrafię znaleźć czas na czytanie pomiędzy różnymi zajęciami oraz potrafię tak gospodarować czasem, aby nie trwonić go na bezmyślne siedzenie ze wzrokiem utkwionym w beznadziejnym programie telewizyjnym, którego mój mózg nawet nie chce przetworzyć.

Wzdycham do książkowych bohaterów, bo nigdy nie spojrzał na mnie żaden chłopak. 
Jasne. Czasami aż chciałabym, żeby tak było - mniej kłopotów z płcią przeciwną. To, że sobie wzdycham go jakiegoś książkowego bohatera (obecnie moim obiektem westchnień jest Kisten, bo czytam "Za garść amuletów"), nie znaczy, że nie wzdycham też do realnej osoby. Nie, nie pisarza. Takiej dostępnej osoby obok mnie. Ba, nie znaczy to też, że i ta osoba nie wzdycha do mnie. Jedno nie wyklucza drugiego - przyjaciółki przy kawie też zazdroszczą sobie wzajemnie swoich partnerów, a przy oglądaniu filmu spokojnie można zawiesić oko na przystojnym aktorze. Co w tym złego?

Nie potrafię się zakochać w realnej osobie, bo mam w głowie książkowy ideał. 
Oj. Te wszystkie romantyczki i fanki starych książek dla kobiet... Te, które naczytały się o Wielkiej i Idealnej Miłości... Tak, to chyba te osoby rozpowszechniły mit, że dziewczyna z nosem w książce musi być na tyle głupia, że nikt na nią nie spojrzy lub w drugą stronę - odtrąca każdego, kto nie jest idealny. Oczywiście, ze szklistymi oczami czytam każdy fragment o Panu Doskonałym i wyrywam kartki z książki, aby stamtąd wylazł. No wyjdzie! Przecież jest mi przeznaczony! Prawda...?

Nienawidzę ludzi, bo nie są tacy, jak w książkach, więc kocham koty. 
Moja nienawiść do ludzi (albo raczej do pospólstwa, czyli zapewne grupy ludzi, której większa część nie wie, co to książka z tekstem od deski do deski) nie wynika z przesiąknięcia ideałami książkowymi.  Ale to nie znaczy, że nie umiem kogoś lubić. Umiem! I umiem nie lubić kotów. Nie mam ich tuzina, tylko jedną sztukę. Wcale też nie pozwoliłam mu wejść na głowę - to ja nim rządzę, a nie on mną. Poza tym - psy są fajniejsze(też posiadam jedną sztukę). Jeże są fajniejsze. Susły są fajniejsze.

Skoro czytam, muszę być nieśmiała, więc moimi jedynymi znajomymi są bohaterowie książkowi. 
Jestem aspołeczna i introwertyczna, owszem. Ale jakiś czas temu usłyszałam, że jestem, uwaga, "lwicą towarzyską". W ostatniej pracy wszyscy widzieli we mnie niezwykle towarzyską osobę, a całkiem niedawno na uczelni usłyszałam, że ze swoim spokojem, otwartością na ludzi i empatią byłabym świetnym psychoterapeutą (zmiłuj się, o losie, nie rób mi tego). Najlepiej czuję się we własnym towarzystwie, ale świetnie czuję się także wśród ludzi, którzy są w pewien sposób wartościowi. I nie, nie jestem nieśmiała. Jestem pewna siebie, czasami aż za bardzo, bo słyszę, jakobym była zadufana i wyniosła. Ale nie moja wina, że ludziom myli się pewność siebie z wyniosłością.

Czytam, bo mogę to robić w domu i nie muszę nikomu pokazywać mojej nadwagi i pryszczatej twarzy. 
W zasadzie aż do poprzedniego roku miałam wieczną niedowagę, o czym zorientowałam się dopiero niedawno (co nie znaczy, że teraz czuję się lepiej). To, że dużo czytam, nie znaczy, że całe dnie leżę brzuchem do góry i sobie tyję, pożerając górę lodów, słodyczy i chipsów. Nie oznacza to też, że tak żyję książkami, że nie zwracam uwagi na to, czy straszę tłustymi włosami, ubrudzoną bluzą i trądzikiem. Inteligentny i oczytany człowiek wie, że wygląd ma duże znaczenie i dba o siebie. Książkoholik to nie jaskiniowiec i modowa porażka. Można dobrze wyglądać i czytać. Nie mówię, że każdy musi mieć figurę modelki i nieskazitelną cerę, ale dbanie o siebie powinno korelować ze wszystkimi zainteresowaniami. Można mieć problem z młodzieńczym trądzikiem lub zbędnymi kilogramami, ale można przy tym dbać o siebie... i czytać.

Książkoholik musi wyglądać źle! Ale wyglądam nie najgorzej, więc czytam głównie tematykę zdrowotną, sportową, modową i makijażową. 
Po części wiążę się to z punktem pierwszym. Skoro jestem dziewczyną, muszę czytać książki dla dziewczyn. A skoro wyglądam jak dziewczyna, wskakuje w sukienki i buty na obcasie, to pewnie czytam jedynie książki o zdrowym stylu życia i podręczniki o modzie. Nie no, to prawda! Mam na swojej półce aż... aż jedną książce o modzie. Mało tego, o modzie z punktu widzenia historii, a połowa tajże książki poświęcona jest historii męskiego ubioru. Fashionistka ze mnie pełną klasą. A całkiem poważnie - nie  no, książkoholik musi wyglądać źle. Sukienka tylko długa i po babci, buty lakierowane, koniecznie płaskie, czyli kościelny image grzecznej dziewczynki na niedzielę, a w tygodniu sportowe obuwie, bluza lub najlepiej gruby sweter i byle jakie spodnie, czyli wygląd bezpłciowy, nijaki i nierzucający się w oczy. To nic, że moja szafa pęka w szwach od sukienek. Jestem książkoholikiem to muszę włożyć na siebie coś okropnego.

Jeśli czytam, to muszę założyć denka od słoików w ramach okularów.
Osoby w okularach odbierane są w pewnych sytuacjach jako mądrzejsze, inteligentniejsze i bardziej kompetentne. Nic dziwnego, że przylgnęło do książkoholików, jakoby nosili okulary. Przecież siedzimy w klasztorach i czytamy księgi w nikłym blasku świec! Oczywiście! Dziecko nie może czytać, bo popsują mu się oczy! A więc kupmy mu telefon lub tablet, ustawiając jasność ogromnego wyświetlacza na maksymalną ilość. Nie zapomnijmy podać mu taki sprzęt do łóżka, pięć centymetrów od nosa, aby jasność rozświetlała ciemność pokoju.

Skoro czytam, to książka jako prezent zawsze dobrze się sprawdzi.
Oczywiście. Uwielbiam dostawać książki, ale zauważyłam, że już mnie to tak nie cieszy. Na stosie leży 60 pozycji, które mogę zacząć czytać w każdej chwili. Co innego, jeśli dostaję jakąś perełkę, a nie kolejną nowość z księgarni. Czasami też miło jest zaskoczyć i podarować książkoholikowi coś innego z okazji urodzin - chociażby świetny zestaw zakładek. Dostałam już w swoim życiu całe mnóstwo książek, które odłożyłam już po kilku stronach. I co ja mam z nimi zrobić? Nie doczytam ich, bo są paskudne, a wyrzucić szkoda, bo to prezent i zawsze jednak przywołuje on na myśl osobę, od której ów książkowy upominek otrzymałam. Może ktoś ma akurat tyle książek, że boli go głowa na myśl o kolejnej (miejsce zawsze się znajdzie, ale czas na przeczytanie to rzecz trudniejsza). Ja bym się wściekła, gdyby ktoś teraz wręczył mi jakąś książkową nowość, jeszcze nie w moim guście, ale ucieszyłabym się na widok bardzo rzadkiej książki, którą chcę zdobyć - tylko w tym przypadku książka nie jest jedynie książką, a swoistym trofeum.

Czytam, więc nie mam innych zainteresowań. 
Praca dotyczy książek, studia dotyczą książek, zainteresowania dotyczą książek? Innych zainteresowań, oczywiście, nie mam. Nie mam czasu, muszę czytać. To nic, że mogę dobrać książki pod inne swoje zainteresowanie... A, nie, przecież go nie mam, przepraszam, o czym ja mówię. Całe dnie czytam. Nie mam pojęcia, co się dzieje na świecie. Ba, nie mam pojęcia, co się dzieje wokół mnie. Interesują mnie tylko zainteresowania bohaterów moich ukochanych książek. Ja? Ja nie istnieję. Ja jestem tylko pożywką dla istnienia nawet epizodycznych bohaterów, których wykreował autor. Wcale nie interesuję się muzyką, grą na gitarze, psychologią, historią, Finlandią i tak dalej.

Skoro nałogowo czytam, to pewnie jestem zupełnym domatorem i nie można mnie wyciągnąć z moich czterech ścian. 
Skoro jestem książkoholikiem, to mogę podróżować tylko i wyłącznie w swoim umyśle za pomocą słów książek. Jakoś tak nie chcę zwiedzić świata, wystarczy mi, że poczytam o jakimś kraju lub bohater książki się tam uda. Nie, nie, nie. To, czy ktoś czyta, wcale nie oznacza, że wystarczy mu, że przeczyta sobie o jakimś miejscu i zaspokoi swoją ciekawość. Gdyby ktoś mi teraz zaproponował wyjazd do jakiegoś ciekawego miejsca, byłabym gotowa za minutę lub pół godziny, w zależności od odległości, jaką mielibyśmy pokonać. To są kwestie osobowościowe, a nie tego, czy ktoś czyta. A czytać może i zapalony podróżnik - ekstrawertyk, a także domator.

Zapewne znam wszystkie książki świata.
Kiedy wspomniałam na uczelni, że w rok przeczytałam 130 książek, ludzie zaczęli rzucać tytułami, jakbym musiała je wszystkie znać. Tak, na świecie jest tak mało książek, że skoro w rok przeczytałam 130, to muszę znać wszystkie. Mało tego - na pamieć, bo przecież na pewno wiem, na której stronie ten konkretny bohater powiedział to i tamto. "Przeczytałaś ponad 130 książek w rok, ale nie przeczytałaś nigdy Harrego Pottera?" - mój kolega był zdruzgotany... Ja też.

Do życia potrzebuję tylko książek.
Nie muszę pić, jeść, spać. Nic nie muszę. Musze tylko czytać. Oddycham przez maskę z książki, a jeśli jestem głodna, nakarmię się słowami. Jasne. Zdarza mi się nie spać całą noc, bo wciągnie mnie książka, a przez losy bohaterów często traciłam apetyt lub zapominałam o posiłku, ale to nie znaczy, że wszystko da się zastąpić książkami. Żarty żartami, ale do życia i do szczęścia nie są nam potrzebne tylko i wyłącznie książki.

Skoro czytam, to jestem tradycjonalistką i bardzo konserwatywną osobą. 
Książki kojarzą się ze starością, tradycyjnością, może nawet z konserwatyzmem. Może to za sprawą sloganów, że młodzi nie czytają, a kiedyś to tak, owszem, czytało się, ale głównie jest to spuścizna kulturowa. Książki kojarzą nam się ze szkołą, czyli przestarzałą formą, gdzie czytamy stare teksty. Mam wrażenie, że czytelnik z czytnikiem książek jest postrzegany jako nowoczesny, ale ten z tradycyjną (co już sporo sugeruje takie nazewnictwo) książką... No właśnie. A czy słusznie? Książki mogą nieść w sobie coś nowoczesnego, a także mogą być nośnikiem liberalnych myśli. Ważniejsze w tym przypadku jest to, co człowiek czyta i czy się z tym zgadza. Ja czasami lubię sobie poczytać o czymś, z czym się zupełnie nie zgadzam, bo poglądy przeciwnika znać trzeba.

Koc i herbata to moi najwięksi przyjaciele. 
Już nawet nie kawa, ale koniecznie herbata! Herbata w babcinym kubeczku, rzecz jasna. To jest największy artefakt bibliofila. Zaraz za nim koc. Dla mnie to śmieszne, bo czytam głównie latem. Raczej nie będę stereotypowo owijać się kocem i sączyć gorącej herbaty, kiedy na zewnątrz panują piekielne temperatury. Poza tym - koc i herbata nie dotyczy wyłącznie książkoholików. Ba, mnie się niewygodnie czyta, kiedy w ręce mam kubek, a moje ciało owinięte jest w kokon z koca. Czasami tak się bulwersuję przy czytaniu, że wyglądam, jakbym uprawiała jakiś sport - chodzę po pokoju, wymachuję rękoma... I gdzie mi tu jeszcze ten koc? Emocje sięgają zenitu, następuje punkt kulminacyjny, co oznacza, że jest za gorąco na okrycie.

Jeśli wystarczają mi książki, nie potrzebuję wiele wrażeń. 
Ktoś może pomyśleć, że skoro już jakieś życie mam, a czytam, to musi być ono strasznie nudne. No bo skoro książki sprawiają, że czuję się świetnie, to w ogóle potrzebuję mało bodźców. Ja przepraszam bardzo, ale jak autor pisze idiotyczne rzeczy, to to są spore bodźce. Albo jak autor morduje ukochanego bohatera! Bądźmy jednak poważni. Jasne, osoby, które potrzebują mało wrażeń, będą chętnie sięgały po książki. Ale nie wszyscy czytelnicy to osoby, które potrzebują niewiele stymulacji. Ja, wbrew pozorom, potrzebuję jej sporo.

Wszystkie moje pieniądze idą na książki. 
Oczywiście, na książki idzie naprawdę znaczna część moich pieniędzy. Zerkam na książki i wzdycham, ileż ja w nie pieniędzy włożyłam (i wcale nie oznacza to, że schowałam między stronami banknoty, aby ukryć je przed złodziejami). Ale, prawdę mówiąc, bez wahania wydałabym więcej pieniędzy na muzykę, na koncerty w szczególności. Kiedy myślę o większej sumie, zawsze myślę o koncertach (a także o podróżach, ale na wachlarz naszych koncertowych możliwości, jedno oznacza drugie). Jeśli przeliczyć bilet i dojazd na koncert, chociaż raz na jakiś czas, to i tak w wychodzi godzinowo drożej. Koncert trwa krócej od przeczytania książki, a jest droższy. Morał? Trzeba czytać. Teraz nawet książki nie wydają mi się już aż takie drogie... A nie, jednak się rozmyśliłam. Książki w Polsce są okropnie drogie.

Ogólnie to grzeczna ze mnie dziewczyna i bardzo pilna uczennica.
Dużo czytam, byłam pilną uczennicą i pupilkiem nauczyciela, a także miałam wzorowe zachowanie i świadectwa z paskiem. Niedzielę spędzam w kościele, leżąc krzyżem, aby odkupić swoje winy. Nie ma mowy o przekleństwie. Spódniczki noszę długie, ciało szczelnie zakrywam. Nigdy nie miewam zbereźnych myśli. Nigdy nie postawiłam się rodzicom, nie pokłóciłam się z mamą i nie powiedziałam złego słowa o tacie. Jestem zapatrzona w ideały. Jestem miła i sympatyczna. Pomagam wszystkim - od koleżanek na uczelni, przez psy ze schroniska, po imigrantów. Zawsze jestem posłuszna i uległa, konformizm to moje drugie imię. Jestem też niewinna i naiwna. Jestem chodzącą dobrocią! Jestem grzecznym wzorem do naśladowania, a perfekcjonizm bije ode mnie na kilometr. Oczywiście. Tak. Czytam, więc jestem... grzeszna. Uwielbiam ostrą muzykę, nie mam żadnych autorytetów, a świętością dla mnie jestem ja sama, we własnej osobie. Obowiązkową edukację skończyłam ze wzorowym zachowaniem, co nie wynikało z lizusostwa, ale z tego, że miałam w nosie wykłócanie się o coś, czego nie dało się osiągnąć, z nauczycielami, którzy chcieliby to uczniom dać, ale na górze im nie pozwalają. Dobre oceny? Skoro musiałam tam siedzieć, warto było już coś tam robić, poza tym większość tych rzeczy to banał. Kiedy już przez długi czas udało mi się nie przeklinać, usłyszałam, jak to cudownie brzmi, kiedy przeklinam... I rozpętałam słowne piekło. Moje niewinne lico może być mylące. I dobrze. Wiecie, ile już udało mi się ugrać pozornie grzecznym uśmiechem?

Uprzedzając pytania - z kolegą żyło mi się bardzo dobrze. On odpadł na pierwszym roku, ja przetrwałam. Jak potoczyła się nasza rozmowa? Opowiedziałam mu o tym, że nie tylko czytam, ale też piszę. I tutaj go zdziwiłam. A jego oczy rozwarły się jeszcze bardziej, kiedy powiedziałam, że nie piszę kolejnego taniego romansu, ale coś na wzór fantastyki i męczę się właśnie z historią starożytnej Grecji (jeśli znacie ciekawe książki o Grecji przed demokracją, z chęcią przeczytam), żeby wszystko się zgadzało. Nie tylko chciał przeczytać moją książkę. Chciał się w niej znaleźć. Ba, żartem zapytał, czy trzeba mi zapłacić, aby stać się bohaterem mojej książki.
A wszystko to pokazuje, że książkoholik książkoholikowi nierówny - każdy z nas jest inny, chociaż znaczą część dnia spędza z nosem w książce. A Wy z jakimi stereotypami czytelnika walczycie? Które doskwierają Wam najbardziej? Z którymi zupełnie się nie zgadzacie?




34 komentarze:

  1. Dużo tych stereotypów, ale każdy jest inny. Podoba mi się, to w książkoholikach, że ta sama książka jednego zachwyci, a drugiego odstraszy. Różnimy się i to nasza siła:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nawet nie różni książkoholików, ale po prostu wszystkich czytelników - nawet tych, którzy po książkę sięgną raz na pięć lat.

      Usuń
  2. Spotkałam się chyba ze wszystkimi stereotypami, które opisałaś (pod niektóre nawet pasuję, ale to ciągle tylko stereotypy). Najbardziej drażni mnie ten pierwszy, ale to z innego powodu. Literatura kobieca uznawana jest przez większość ludzi za płytką, denną i w ogóle niewiele wartą. I to mnie denerwuje. Moim zdaniem nie ma złych książek, tylko nieodpowiedni czytelnik. Każdy lubi co innego, jeśli ktoś po męczącym dniu ma ochotę na ckliwy romans, dlaczego nie? Co w tym złego, że lubi się takie książki. Dlaczego kobiety czytające romanse są postrzegane jako tępe idiotki, najczęściej brzydkie, grube i pryszczate, które nie potrafią sobie znaleźć faceta i omdlewają z książką w ręku, beznadziejnie zakochane w kolejnym bohaterze. To mnie boli, bo sama cenię sobie romans jako gatunek literacki (sic! sama piszę!). Miłość jest jednym z najsilniejszych uczuć, jakie zna człowiek. I jednym z najbardziej twórczych. Przenika niemal każdy aspekt życia człowieka. Nie rozumiem, dlaczego więc książki o niej traktuje się jak coś żenującego.
    Czytam romanse zawinięta w koc, piję gorącą herbatę lub kawę i głaskam mojego kota. Całe szczęście że jako tako wyglądam i złapałam męża, bo byłoby ze mną zupełnie krucho ;-) Świetny tekst :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, ja mam wrażenie, że literatura kobieca sama się prosi o takie etykiety. Spójrz, jakie książki tego gatunku osiągają szczyt popularności - denne, beznadziejnie napisane, ale z dobrą promocją. Potem ktoś idzie do księgarni i widzi taki szajs. Jasne, są dobre książki tego typu, ale większość to właśnie ckliwe romanse. Nie ma nic w tym złego. Sama lubię czasami sięgnąć po coś takiego, kiedy mój mózg nie jest w stanie przetworzyć nic innego. Ale właśnie te ckliwe romanse są płytkie - luźna książka to wciąż luźna książka i nie ma co w niej szukać górnolotnego. Są fajne na odprężenie, ale nie ma co ich porównywać z czymś naprawdę, naprawdę, naprawdę dobrym. I tu, i tu może być miłość. To właśnie o niej powstają najpiękniejsze teksty :)
      Dzięki za pochwałę!

      Usuń
  3. Ja często zmagam się z argumentem "czytasz za dużo książek, więc nie wiesz jak wygląda prawdziwe życie", bądź "co to takiego przeczytać książkę i napisać coś na jej temat, przecież każdy to potrafi". Co do tego drugiego, to nie uważam, że trzeba być wybitnie zdolnym, żeby napisać wartościowy tekst, jednak trzeba mieć pewien zmysł, który pozwala na wyłowienie najbardziej wartościowych rzeczy w książce ;)
    Pozdrawiam,
    www.favouread.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam właśnie wrażenie, że trzeba umieć odróżnić, co wpływa, że książką się zachwycamy. Często ktoś zachwyca się nie książką, ale samą historią. To mnie bardzo drażni. Większość ludzi, nawet recenzentów, ocenia książkę po historii - porwała ich, czy nie porwała. A później się dziwimy, że nagrody zdobywają autorzy, którzy nie potrafią pisać.

      Usuń
  4. Śmieszą mnie te stereotypy o miłośnikach książek. Jeszcze lepsze są o blogerkach książkowych, ale o tym mógłby powstać kolejny całkiem długi post. Kota nie mam, pod kocem nie siedzę, bo jest mi pod nim za gorąco, nie czytam w każdej wolnej chwili. Nawet w pociągu czy tramwaju wolę posłuchać sobie muzyki, niż siedzieć z książką czy ebookiem. I jestem w stanie pogodzić imprezowanie z moją miłością do książek. W dodatku obalam prawie wszystkie mity dotyczące książkoholików.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O blogerkach książkowych stereotypów jeszcze nie słyszałam, więc może zainspirujesz się moim postem i coś takiego stworzysz - z chęcią przeczytam.
      Ja właśnie też zauważyłam od jakiegoś czasu, że w pociągu chętniej słucham muzyki. Jasne, zależy, ale jakoś tak... romantyczniej. Czuję, że żyję.

      Usuń
  5. To nie prawda, że jesteśmy młodzi i nie rozumiemy książek, właśnie to jest najpiękniejsze czytając książkę kilka razy i w różnym wieku znajdujemy jej całkiem inny sens :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się o swoim wieku już tyle nasłuchałam... Ech. Całe życie jestem do wszystkiego za młoda.

      Usuń
  6. Widać, że naprawdę dużo czasu poświęcasz na rozmyślania... Myślę, że dziś książkoholik to komplement bo czytanie książek stało się modne a stereotypy... Kogo to obchodzi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ważne, że są to rozmyślania sensowne, a nie tylko praktyczne, na raz ;) Co do czytania - nie wiem, czy jest modne. Raczej nie. Ale już słyszałam o tych chwytach podrywaczy "na książkę".

      Usuń
  7. Ehhh, niestety takie stereotypy są. Wiem, bo doświadczam tego na własnej skórze. A weź komuś powiedz, że do tego prowadzisz bloga... Jakbyś trendowata była, bo jak to bloga o książkach? (w Twoim przypadku jest też muzyka, na której się nie znam, ale wydaje mi się, że to ratuje jakoś Twoją nędzną sytuację, jako blogera książkowego :P )

    Całkiem niedawno usłyszałam od kolegi "Ja to nawet lubiłbym czytać, ale książki przecież nic nie dają, to jest marnowanie czasu". Szybko sprowadziłam Go na ziemię, kiedy zwróciłam uwagę na to, że to co On robi też w sumie nic nie daje. Ja przynajmniej robię coś, co kocham, z przyjemnością i satysfakcję (odkąd założyłam bloga dużo większą, a Instagram mnie zaczarował zupełnie, chociaż nie wszystko jeszcze ogarniam). No i wyszło na to, że jednak dobrze jest pozwolić sobie robić w życiu, co się lubi. O imprezach itd. nikt nic nie mówi, bo imprezuję z nimi :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak. Jak można w ogóle pisać o książkach? Po co? A muzyka mnie nie ratuje - chyba pogrąża jeszcze bardziej. No bo o książce to jeszcze można napisać, ale o muzyce? No nie.
      No tak. U mnie też jest tekst, że książki nic nie dają. A mój dziadek jeszcze mówi, że mam je odłożyć, żeby odpocząć. Hmmm :D

      Usuń
  8. Świetny tekst - uwielbiam takie ironiczne podejście. Cóż, książkoholik, ksiąkoholikowi nierówny :) Sama jestem ateistycznym lewakiem z alergią na koty. Do tego słucham ciężkiej muzyki, prawie codziennie spotykam się ze znajomymi i zamiast nadwagi mam męża. Być może moje okulary wyglądałyby jak denka od butelek, ale kazałam je ścienić i wsadzić w stylowe oprawki. A każdy kto czyta, wie, że wada wzroku to raczej kwestia genów niż marnego światła :)
    A tak bardziej serio to szkoda, że książki tak bardzo nas kategoryzują. Tylko ci, którzy nie czytają, mogą myśleć, że przeczytanie kilku stron (nawet romansu, chociaż ich nie tykam) zmienia człowieka w strachliwego, domowego opróżniacza lodówki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      A więc sporo cech mamy wspólnych, co oznacza, że możemy stworzyć nowe stereotypy książkoholika :D
      Właśnie mi wyjaśniłaś, dlaczego ludzie w Polsce nie czytają. Boją się zostać strachliwym domatorem - opróżniaczem lodówki.

      Usuń
  9. Sama tez często spotykam się z takimi stereotypami i za każdym razem zadziwia mnie to, że osoby które kochają czytać są postrzegane w taki sposób. Książka jako prezent zawsze się sprawdza, ale ostatnio tez zauważyłam że już nie cieszy to jak kiedyś. Teraz marzę o pokrowcu na książkę, zeby nie niszczyła się podczas podróży w torbie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam właśnie te pokrowce i uznałam je za przesadę... A następnego dnia rano, kiedy się obudziłam, okładka mojej ukochanej książki była zagięta :c

      Usuń
  10. Zgadzam się z każdym podpunktem! Najbardziej nie lubię tego, jak krytykuję Paula Coelho, którego nie cierpię a jakiś jego fan twierdzi w odpowiedzi, że ja go po prostu nie rozumiem, bo jestem za młoda... Nie, po prostu mi działa na nerwy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja raczej spotykam się z powszechną krytyką jego twórczości, więc z taka sytuacja jest mi całkowicie obca ;)

      Usuń
  11. Kobieto! Uśmiałam się po prostu xD Wiesz dlaczego? Bo właśnie przed chwilą opublikowałam posta, w którym odpowiadam na zarzuty wobec blogerów książkowych xD
    Nie no masz 100% racji. Czytam głównie beletrystykę, DLA PRZYJEMNOŚCI, a ogólne przeświadczenie ludzkie jest takie, że skoro ludzie czytają to są cholernie inteligentni i w wieku 20 lat posiadają większą wiedzę, niż profesor zwyczajny.
    Akurat tak się składa, że ja noszę okulary i to przez czytanie xD
    Recenzje Kasi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie muszę zerknąć na Twojego bloga ;) Ja swojego prowadzę za krótko i jeszcze nie spotkałam się z żadnymi stereotypami książkowego blogera, które byłyby użyte przeciwko mnie.
      O, właśnie. Jak już komuś powiem, że nie czytam literatury kobiecej, to sądzi, że jestem mądra i oczytana. Pff. Chciałabym :D

      Usuń
  12. Mogłabym przyklasnąć każdemu punktowi. Stereotypy są potwornie bolesne czasami i bardzo krzywdzące. Ale przyznaję, że przedstawiłaś to nie tylko szczerze ale całkiem zabawnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dziękuję :) Fakt - stereotypy są bardzo krzywdzące. Szczególnie dla osób, które zupełnie odbiegają od stereotypu.

      Usuń
  13. ok zostalam totalnie powalona jakbym slyszala to co slysze na codzien :D te stereotypy sa irytujace. najgrosze ze wszyscy w nie iwerza a przynjamniej wiekszosc. jak to wslysze tomnie zalewa krew. robia z nas dziwiadla a my tylk ow polwoei nimi jestesmy xD naprawde super post oby wiecej tkai :D pozdrawiam i zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale aż na co dzień to słyszysz? Okropieństwo! :)
      Dziękuję za pochwałę.

      Usuń
  14. Ja tam nie słyszałam pod swoim adresem takich tekstów :) czytam bo lubię, a oprócz tego mam męża, więc nie widzę żadnego problemu :D niektórzy ludzie są dziwni :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę, że nigdy czegoś takiego nie słyszałaś ;)

      Usuń
  15. Dużo tych stereotypów, o większości niestety słyszałam. Ale kompletnie je olewam ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Niestety, stereotypy się wciąż utrzymują. Ostatnio usłyszałam od kolegi, że mam nudne życie, cóż miło. Jednak nie wie praktycznie nic o nim, a że lubię czytać wynika z tego, że odpręża mnie to po szkole czy pracy.
    Pozdrawiam
    Biblioteka Tajemnic

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli usłyszałaś dokładnie to samo, co ja :D

      Usuń
  17. Nienawidzę stereotypów. Ja nie potrafię zakochać się w książkowym ideale, który zazwyczaj jest nieziemsko przystojny, ma blond włosy i jest cholernym dupkiem. Nie, po prostu wolę tych przyziemnych mężczyzn. Ale najbardziej irytuje mnie to, że skoro czytam książki, to ubieram się w rzeczy znalezione w babcinej szafie, jestem spokojna, pryszczata i gruba. I nie mam własnego życia. No cóż, również jestem dość towarzyską osobą i słucham muzyki metalowej kilka razy częściej niż czytam książki. I na romansidłach też nie płaczę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zazwyczaj zakochuję się w wampirach, więc ciężko tu mówić o przyziemności :D Wzdycham trochę do tych dupków, bo przypominają mi mnie - a co tam, taką jestem egoistką.
      Swoją drogą, ja ostatnio tak przepadłam w muzyce, że nie chce mi się czytać.

      Usuń