czwartek, 16 marca 2017

103. Muzyczny przekładaniec

Moikka!
Czekam sobie na bilet. Minął ponad tydzień od momentu jego kupna i siedzę, jakbym pod pośladkami miała ogromną poduszkę z kilkucentymetrowych, ostrych igieł. Wiem, wiem. To zawsze tyle trwa. Wiem o tym doskonale. Tylko tym razem po prostu się martwię. Biletów nie było już dzień po ogłoszeniu ich sprzedaży, więc jeśli coś jest nie tak, zostanę na lodzie. Ale sprawdziłam, wszystko jest w porządku. Niczym się nie stresuję. Po prostu chcę go już mieć, pogłaskać, popatrzeć na niego... Czy pisałam już, że jeśli chodzi o muzykę, jestem nieźle zbzikowana? Nie? No to już wiecie. 
Moje zbzikowanie i wypatrywanie listonosza sprawiło, że prawie zapomniałam o czwartkowym muzycznym poście. Dobra, przyznaję się. Ostatnio trochę nie wiem, jaki mamy dzień tygodnia, ale zorientowałam się w samą porę.
Edit: Bilet już do mnie dotarł!

Czwartek: HIM Right here in my arms (wersja na żywo, Ruisrock)



Nie piszcie, że nie ostrzegałam, że HIM teraz zacznie pojawiać się częściej na blogu. Zapewniam Was też, że dotąd nie było dnia bez ich muzyki, ale od wiadomości o ich rozpadzie na nowo słucham ich wręcz w ten nałogowy sposób. Piosenka "Right here in my arms" to jedna z najlepszych i najbardziej znanych tego fińskiego zespołu. Zawsze mnie porywa, niezależnie od wersji. Ta powyżej nie jest może moją ulubioną, ale jedną z pierwszych, jakie poznałam. Za każdym odsłuchaniem tego utworu śmieję się, że trzeba mieć niezłe ego, aby napisać taki tekst. Cóż... 


Piątek:  Mozart, l’opéra rock Le bien qui fait mal



Kilka lat temu moja koleżanka zaraziła mnie czymś, co zwie się  Mozart, l’opéra rock. Mało? Przeszło też na inne francuskie projektu tego typu. Dodam, że zawsze uważałam, że ochy i achy na temat Francji są do cna przesadzone, a język francuski jest okropny. Dla mnie musical jest bardzo dobry, a miarą tego jest to, że nie krzywię się na dźwięk francuskiego. Przywykłam już do bardziej melodyjnego i delikatniejszego fińskiego, więc nie moja wina. Tutaj jestem jednak zadowolona, a i zdarza mi się słuchać piosenek solowych poszczególnych artystów. Zawsze jestem pod wrażeniem, ile pracy zostało włożonej w to przedsięwzięcie i ubolewam, że w Polsce nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, aby w taki sposób zaaranżować jakąś historię. Jestem pewna, że takie stroje i niecodzienna forma ściągnęłyby do teatrów wielu ludzi. Powyższy utwór nie jest moim ulubionym, ale w klipie do niego można zauważyć właśnie wspomniane stroje i połączenie nowego ze starym. Gwoli ciekawostki -  Mozart, l’opéra rock zawita do Polski w kwietniu. 


Sobota: The Mission Swang song



Uwielbiam The Mission, ale już Wam się do tego przyznałam. Nie dotyczy to tylko starych piosenek. Te nowe też znajdują moje uznanie. Weźmy chociażby "Swang song". Słuchałam jej w sobotę podczas powrotu z uczelni i zastanawiałam się, co mogę robić przy tym utworze. Naprawdę - działa na mnie tak bardzo, że ten inspirujący wpływ mogłabym wykorzystać na wiele sposobów. Najbardziej nadaje się do tego, aby słuchać jej przez słuchawki, leżąc na podłodze, wpatrując się w sufit i wymyślać nowe atrakcje dla bohatera mojej książki. Ba, uwielbiam wyobrażać sobie, jak Alexander ją śpiewa. Przyznam się, że i ja ją lubię śpiewać (jeśli można to tak nazwać).


Niedziela: La légende du Roi Arthur Auprès d'un autre



Oto przykład, dokąd zaprowadziło mnie uwielbienie wspomnianego wyżej projektu o Mozarcie. Florent Mothe tutaj skradł moje serce, chociaż w  Mozart, l’opéra rock podobał mi się jedynie w jednym utworze, w reszcie był mi jakoś obojętny. Taka ze mnie ignorantka, ale mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone, bo tę piosenkę chcę wykorzystać przy pisaniu książki. To już chyba pokazuje, że taka ignorantka potrafi docenić nawet przedmiot swojej ignorancji, prawda? Poza tym piosenka towarzyszyła mi przez całą niedzielę i sprawiła, że przeniosłam się do świata moich marzeń.


Poniedziałek: Avantasia The scarecrow



Biję się w pierś za to, że na blogu pojawił się tyle razy muzyczny przekładaniec, a ani razu nie pojawiła się Avantasia. Metalowa opera została powołana do życia w 2000 roku, a w jej skład wchodzi mnóstwo fantastycznych muzyków z całego świata. Na czele stoi Tobias Sammet, którego wprost uwielbiam. Żałuje, że rok temu nie wybrałam się na koncert tego projektu, ale odbywał się on na tylko na festiwalu, co nie było mi w smak. Ale nie narzekam, "The scarecrow" mogę pośpiewać w domu, posłuchać głośno i potańczyć do niej, kiedy nikt nie widzi. A już na pewno mogę do nich pisać. Cudowne, niezwykle klimatyczne wypełnienie jedenastu minut mojego życia. 


Wtorek: Rob Zombie Dragula



Znów biję się w pierś, dokładnie z tego samego powodu, co powyżej. Rob Zombie i ja to jedność, choć i jego koncert odpuściłam. Sama siebie pytam, dlaczego to, u licha, zrobiłam?! Uwielbiam tańczyć do jego piosenek, poza tym świetnie się sprawdzają w samochodzie - szczególnie rano, kiedy trzeba się szybko obudzić, choć łóżko opuściło się zaledwie kilka minut wcześniej. Z piosenką powyżej wiąże się zabawna historia, pokazująca trochę to, że muzyka sama mnie ściga, a nie ja ją. Pierwszy raz usłyszałam ten utwór w zapomnianych już okolicznościach, ale miałam mieszane uczucia. Wydawała mi się dziwna, tandetna, przypominała mi piosenkę do beznadziejnego, niskobudżetowego horroru, jaki mógłby obejrzeć tylko mój wujek, który odwiedzał mnie, kiedy byłam mała, przynosząc z wypożyczalni przeróżne "straszne" filmy. Melodia tak mnie jednak prześladowała, że obecnie jest to jedna z tych piosenek, które nie mogą mi się znudzić. 


Środa: Avantasia Dancing with tears in my eyes



Ville Valo kiedyś powiedział, że jest wiele świetnych piosenek, ale źle zmiksowanych. Podpinam się pod tym. On wspominał to chyba akurat na przykładzie "(I just) died in your arms", ale nie jestem pewna (jeśli tak - podpinam się i pod to). Ultravox i jego "Dancing with tears in my eyes" nie przypadł mi zbytnio do gustu, ale kiedy Avantasia nagrała jej cover... No, to rozumiem. Od razu piosenka ma inny wydźwięk, przynajmniej dla mnie. Choć przyznam, że i z oryginalną wersją się pogodziłam. W jaki sposób? Za sprawą filmu "Ostatnia rodzina", gdzie dobór muzyki był po prostu rewelacyjny.


10 komentarzy:

  1. Bardzo lubię posty innych na temat muzyki, bo mogę poznać coś co na ogól nie słucham :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam się więc na każdy czwartek ;)

      Usuń
  2. Boże aż mi wstyd, bo znowu nie znam żadnej piosenki. Ale za to z przyjemnością sobie je odsłucham. Pozdrawiam serdecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przestań już, ja po prostu zawsze słuchałam dziwnej muzyki ;)

      Usuń
  3. :Przyznaję nie znam tych piosenek choć wydaje mi się że The scarecrow już kiedyś słyszałam :) przesłucham a noż mi się spodoba ^^ i się wciagne! Nie mam żadnych preferencji muzycznych i jestem w stanie słuchać prawie każdej muzyki jak mnie wciągnie :) Pozdrawiam i zapraszam do mnie my-dream-is-love.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wydaje mi się, aby ta piosenka była jakoś specjalnie znana, ale jest możliwe, że gdzieś ją usłyszałaś. Czemu by nie? :)

      Usuń
  4. Jeżuuu, muszę się wziąć za "Króla Artura"... No i Mozarta też... Czemu ja nie mam na nic czasu.. :( A góra "książkóf" ciągle czeka XD A oglądałaś może "Le Roi Soleil" - stare ale to jeden z moich ukochanych, kocham tam chyba każdą piosenkę <3
    https://www.youtube.com/watch?v=QbCkB5HSknc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A weź, ja się od lat zabieram za kultowego "Upiora w operze". Toż to wstyd pisać nawet :<

      Usuń
  5. Mozart...w sumie ciekawe ile to już lat, hm? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli myślisz o tym samym co ja - w tym roku będzie 6 lat. Ojejka. Czas na kawę :D

      Usuń