poniedziałek, 27 lutego 2017

93. Albert Espinosa "Kim moglibyśmy być, gdybyśmy nie byli nami"

Ludzie rozumieją jedynie to, co chcą zrozumieć, to, co ich interesuje.

Czytelnictwo wciąż mnie zaskakuje. Kiedy dochodzę do wniosku, że w książkach nie znajdę już chyba nic odkrywczego, nowego i oryginalnego, zawsze przypadkiem trafiam na jakąś perełkę. Tym razem w moje ręce wpadła "Kim moglibyśmy być, gdybyśmy nie byli nami" Alberta Espinosa. Dosłownie wpadła, bo skorzystałam z promocji w księgarni i kuszona niską ceną, wybrałam właśnie tą pozycję. Inaczej zapewne nigdy nie byłoby mi dane jej przeczytać.

Boimy się. Wszyscy się boimy, chociaż życie ma tę dobrą stronę, że prawie nikt nas nie pyta o to, jakie są nasze lęki. Przeczuwacie je, odnajdujecie, spotykacie się z nimi pewnego dnia na lotnisku, na ciemnej ulicy, wsiadając do autobusu w nieznanym mieście. I nagle zdajecie sobie sprawę, że czujecie lęk przed lataniem, przed ciemnościami, przed tym, że was okradną albo obawiacie się uczucia miłości oraz tego, że przez seks utracicie część samych siebie.

Ciężko jest mi napisać cokolwiek o akcji książki. Być może dlatego, że trwa ona w przeciągu 24 godzin i wspomnienie o jakimkolwiek wydarzeniu może już zabić ciekawość potencjalnego czytelnika. Powołując się na opis od wydawcy, mogę potwierdzić, że główny bohater- Marcos, właśnie stracił matkę i nawet nie zdążył opłakać jej śmierci. Decyduje się na zakup zastrzyków, dzięki którym już nigdy nie będzie musiał spać. Zanim jednak wstrzykuje sobie specyfik, dostrzega w oddali niezwykłą dziewczynę, a zaraz potem otrzymuje telefon od szefa z poleceniem natychmiastowego wstawienia się w pracy. A więc odpowiednia chwila na odebranie sobie snów zostaje przesunięta w czasie... 

Lubię ludzi, którzy z taką łatwością sprawiają, że czujesz bijące od nich ciepło. Robią to tak zwyczajnie, że nie wiesz, w jaki sposób to osiągają. Podobnie jak jeden z tych tajnych kodeksów formy Microsoft- źródło zna tylko twórca.

Gdybym miała powiedzieć coś prostego o tej książce, powiedziałabym, że jest ona skarbnicą cytatów. Niemal z każdej strony mogłabym wyciągnąć jakieś ciekawe sentencje na różnorakie tematy- bardziej błahe i te poważniejsze, traktujące o życiu. Mam wrażenie, że pojawiający się tutaj wątek fantastyczny jest wyraźną metaforą, jednakże to nie jest miejsce na przedstawienie mojej interpretacji tych aspektów. Niemniej, do takich doszłam wniosków, a książka urosła w mojej głowie do pozycji dość uniwersalnej, którą można zrozumieć na swój indywidualny sposób. Zdania są zazwyczaj krótkie, słownictwo nie jest wyszukane, ale jest jakieś piękno w tej prostocie. Być może właśnie tak autor przedstawił głębię prawdy. W dodatku ukrytej, bo nic bardziej wyszukanego od głównego wątku, nie zostaje podane. Jakby Espinosa zostawiał nam, czytelnikom, otwartą furtkę wyobraźni do kreatywnego szukania większego sensu jego słów.

Czy możesz podziwiać coś, czego nie zazdrościsz? Albo czy możesz zazdrościć tego, czego nie podziwiasz?

Jedyną słabą stroną, jakiej się doszukałam, było zakończenie. Fakt, jest ono ciekawe i oryginalne, ale... trochę się zawiodłam. Jako zwolenniczka dobrych zakończeń i szczęśliwej miłości, nieco się rozczarowałam zakończeniem. Choć słowo "rozczarowałam", czy "zawiodłam" niezbyt tutaj pasuje. Po prostu wywołało we mnie dysonans poznawczy. Zakończenie jest na swój sposób piękne i szczęśliwe, choć w odmiennym znaczeniu tego pojęcia. Ale i jego nie będę tutaj przytaczać, aby nie zepsuć zabawy przyszłym czytelnikom tej pozycji.

Pewnego razu matka powiedziała mi: "Bycie innym zależy wyłącznie od tego, ile osób jest w twojej grupie".

Zdecydowanie jest co polecać. Wydaje mi się, że do lektury należy podejść z odpowiednim nastawieniem. Lub raczej bez niego. Bo, wbrew pozorom, nie jest to książka z gatunku science-fiction, ani z zakresu fantastyki, chociaż pod taką zakładką ją znalazłam. Elementy tejże tematyki należy potraktować pobłażliwie i z przymrużeniem oka, dopatrując się w treści czegoś więcej, aniżeli to, co zostało napisane wprost.

Nie wiem, co takiego ma w sobie śmierć, że sprawia, iż w jej obliczu wszyscy ludzie robią wrażenie bardzo słabych, niewinnych i naiwnych...

Przeczytane: 22.07.2015
Ocena: 9/10

sobota, 25 lutego 2017

92. Norah Lofts "Czarownice z Walwyk"

Całe życie można przyrównać do wznoszenia budowli - solidnej i stałej - na której szczycie stoisz ty. Jedna rzecz prowadzi do następnej, przyczyna wiedzie do skutku - budowla pnie się do góry wraz z tobą.

"Czarownice z Walwyk" pierwszy raz zwróciły na siebie moją uwagę przed Bożym Narodzeniem, jednak nie stały się moim gwiazdkowym prezentem. Prawdę mówiąc, bardzo się z tego powodu cieszę, ponieważ nie byłby to wielce udany podarunek. Koniec końców, książka znalazła się na mojej półce tylko dzięki kuszącej zniżce przy zamawianiu podręczników na studia. 

Nie czuł żadnego smutku. Nikt nie cierpi dwa razy z powodu tej samej straty. 

Na okładce widnieje autor zupełnie inny, aniżeli w rzeczywistości - Peter Curtis to tak naprawdę Norah Loft. Znalazła się również informacja, jakoby autorka została nagrodzona licznymi nagrodami. Zadałam sobie nieco trudu i zweryfikowałam tę informację, choć do teraz nie mogę uwierzyć w ten fakt. 

Było to prawdopodobnie złe, złe i słabe, tak lubować się tym pięknym otoczeniem i cenić sobie coś, co przecież jest tylko materialne. trzeba zawsze pamiętać, jak mało ważne są takie rzeczy...

"Czarownice z Walwyk" miały być klasyczną literaturą grozy. Dodać to tego, że autorka została nominowana do Nagrody im. Edgara Allana Poe, a już w mojej głowie pojawił się ogólny zarys klimatu powieści. Jakie było moje rozczarowanie... Główna bohaterka, panna Mayfield, właśnie otrzymała posadę dyrektorki i nauczycielki w prywatnej szkole kanonika Thorby. Przekonała go swoją skromnością i doświadczeniem zawodowym, które zdobyła w Afryce. Życie w malowniczej wiosce wydaje się być sielanką, dopóki panna Mayfield nie znajduje karteczki z informacją, jakoby jedna z uczennic była krzywdzona przez wychowującą ją babcię. Stojąc na straży dobra dzieci, próbuje rozwiązać ten problem, choć z marnym skutkiem. Dziewczynka wszystkiemu zaprzecza, a wszystkie wskazówki prowadzą donikąd. Jednakże kobieta czuje czające się niebezpieczeństwo i próbuje ochronić Ethel. Starając się dotrzeć do sedna sprawy, ściąga ciemne chmury nie tylko na siebie, ale również na niewinnych mieszkańców Walwyk. Nauczycielka pada ofiarą magicznego spisku, a w jej śmiałe hipotezy nie wierzy nawet kanonik.

No cóż, lepsi ludzie niż ja byli nieraz pokonywani. Chrześcijanie szli na arenę ze śpiewem na ustach, ale i tak pożerały ich lwy. 

Być może wstępny zarys fabuły wydaje się ciekawy i, rzeczywiście, początek kusząco zaprasza do wejścia w świat mieszkańców małej wioski. Niestety, świat ten wydaje się w nijaki i bez wyrazu, choć obiecane zostały czytelnikowi magia, groza i dreszczyk emocji. Wątki magiczne są praktycznie jedynie wspominane, wymieniane cały czas, choć nie zostały dokładnie przedstawione. Coś na wzór "jest, ale nie ma", co wywołało we mnie olbrzymi niedosyt. Liczyłam na szczegółowe opisy sabatów, praktyk wiejskich wiedźm oraz ich magicznych mikstur. 

Musisz być tolerancyjny. Świat jest starszy niż chrześcijaństwo.

Krzywdzący czytelnika był przede wszystkim styl autorki. Po osobie, która urodziła się ponad sto lat temu, spodziewałam się bardziej wyszukanych form i dobrego smaku literackiego. Przeżyłabym słabo rozwijającą się akcję, pustych bohaterów, brak klimatu grozy i nijakie opisy, gdyby dialogi i narracja były na wyższym poziomie. Przez owe niedociągnięcia powieść miała charakter książki napisanej przez zdecydowanie bardziej współczesnego laika, podczas picia popołudniowej kawy w ogrodzie. W dodatku spłodzonej pośpiesznie z obawy przed nadciągającymi chmurami burzowymi. 

Mówił sobie, że hinduizm, buddyzm, mahometanizm i chrześcijaństwo mają prawo współistnieć, że żadna wiara nie ma monopolu na moralność. 

Jeśli ktoś szuka mało wyszukanej powieści na deszczowe podwieczorki i wcale nie gustuje w mroczniejszej atmosferze, być może to jest właśnie książka dla niego. Mnie ogólny zamysł autorki, jaki został przedstawiony w recenzji od wydawcy, bardzo się spodobał, jednak wykonanie jest naprawdę nędzne i pozostawia wiele do życzenia.

I pamiętaj, nie wolno ci się poddać. Na zawsze pozostań tą samą odważną i dobrą dziewczynką. 

Przeczytane: 03.05.2015
Ocena: 4/10

czwartek, 23 lutego 2017

91. Muzyczny przekładaniec

Cześć!
Znów mamy czwartek, więc ponownie przychodzę do Was z postem muzycznym. W ubiegłym tygodniu nie eksperymentowałam i nie poszukiwałam nowych utworów, a bardziej skupiłam się na tych, które towarzyszą mi od dawna. Otworzyłam nawet plik ze swoimi książkowymi zapiskami, a tam było mnóstwo klimatycznej muzyki, jednak dziś się one nie pojawią. Nie obezwładniły mnie aż tak bardzo, żeby stały się piosenkami na dany dzień. Przypuszczam, że w ciągu kolejnych kilku dni ulegnie to znaczącej zmianie. 
Nie przedłużając - zapraszam do przesłuchania kilku moich muzycznych propozycji. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie. 


Czwartek: 30 Seconds to Mars Closer To The Edge (wersja akustyczna, Sessions Concert)


Odkąd podjęłam decyzję, że 30 Seconds to Mars będzie jednym z trzech zespołów, na których oprę swoją pracę badawczą na wzór pracy licencjackiej, na nowo zatopiłam się w ich muzyce. Nie robiłam tego naprawdę od dawna, więc miło jest wrócić do minionych lat. Tym bardziej, że kiedyś nie skupiałam się na akustycznych wersjach ich piosenek. Powyższy koncert bardzo mnie ucieszył (na blogu pojawiła się inna piosenka z tego występu) i nie spodziewałam się, jak świetnie przytoczona piosenka może brzmieć w takiej aranżacji. 


Piątek: Jonna Geagea, Vesterinen Onnelliset 


Mało jest rzeczy, które mogą mnie zadziwić. Sądziłam, że żadna z fińskich kwestii nie zrobi już na mnie wrażenia. W sobotę na blogu pojawiła się recenzja filmu "Lapońska odyseja", którą pisałam z tą piosenką w tle. Dawno żaden utwór nie wywoływał we mnie śmiechu. Sądziłam, że piosenka została napisana specjalnie na potrzeby filmu. Idealnie przecież odpowiada tematyce tej osobliwej produkcji. Ale nie! Toż to tylko cover. Oryginał pochodzi z 1981 roku i nagrał go zespół Leevi and the Leavings.


Sobota: Scorpions Still Loving You


Uwielbiam jazdę figurową na łyżwach. Solistów uwielbiam, solistki mnie trochę nudzą, a pary taneczne kocham. Moją ulubioną parą jest chyba Marina Anissina i Gwendal Peizerat, a że lubię starsze występy, wpadłam w końcu na powyższy. Zakochałam się. Jest to kolejna inspiracja do pisania książki - główny bohater co prawda głównie tańczył sam, ale w parze też mu się zdarzyło. Mam wrażenie, że teraz ta piosenka nie będzie miała dla mnie żadnej magii bez oglądania Naomi i Petera, dlatego też powyżej wklejam właśnie ten ich przepiękny taniec. 


Niedziela: Children Of Bodom Morrigan


Może sama piosenka wydana w 2015 roku nie tak bardzo, ale teledysk podzielił fanów tego zespołu. Ja jestem jego ogromną fanką, pomijając wyłącznie końcową część. Sceny walki są świetne, a Viktor Larson w głównej roli sprawdził się idealnie. Nie mogło być inaczej, skoro jest zawodnikiem MMA. Przyznam, że to mnie z początku bardzo zdziwiło i na początku nie widziałam podobieństwa pomiędzy sportowcem a aktorem z teledysku. 


Poniedziałek: Omnia Fee Ra Huri


Na blogu już trzy razy pojawił się zespół Faun, ale Omnia ani razu. To dziwne, zważywszy na to, że Omnia zajmuje ważne miejsce w moim muzycznym światku i pojawiła się tam już dawno. Jedna z tych magicznych piosenek, do których chciałoby się tańczyć przez całą noc wokół ogniska. Właśnie za to uwielbiam klimat tego zespołu.


Wtorek: Black Stone Cherry Big City Lights


Na ten zespół wpadłam dopiero latem, choć zespół został założony w 2001 roku. Powyższa piosenka pochodzi z wydanego w 2006 roku debiutanckiego albumu o tej samej nazwie, co zespół. Pokochałam ich za "Me and Mary Jane", ale to właśnie ta piosenka sprawia, że chce mi się pisać. Zamierzam stworzyć chociażby kilka wersów tekstu z tym utworem w tle. 


Środa: Dalriada, Jonne Järvelä Leszek A Hold



Dalriada na blogu już się raz pojawiła, z kolei Jonne Järvelä nie. Gwoli wyjaśnienia - Jonne to fiński muzyk, który znany jest jako gitarzysta i wokalista Korpiklaani. Nie muszę chyba mówić, że zespół ten uwielbiam? No właśnie. Tym razem jednak piękna, ugrofińska kolaboracja wpadła mi w ucho. Fiński i węgierski w jednym utworze to dla mnie bajka. 



środa, 22 lutego 2017

90. Terry Pratchett "Kolor magii"


Śmierć najwyraźniej podjął jakąś decyzję. 

Pan Terry Pratchett wciąż odbija się echem wśród fanów literatury z gatunku fantasy i science fiction. Swoim cyklem "Świat Dysku" zachwyca starszych koneserów fantastyki, a także tych młodszych. Skoro wieloksiąg znalazł się w kanonie obowiązkowych lektur wśród szanujących się czytelników tego gatunku, sama w końcu sięgnęłam po tom rozpoczynający całą przygodę, czyli "Kolor magii".

Bagaż miał żywiołową naturę, ani śladu mózgu i zabójczy stosunek do wszystkiego, co zagroziło właścicielowi. 

Autor zaproponował czytelnikom wizję płaskiego świata, którego ciężar przytłacza wielkiego gwiezdnego żółwia. Wielki A’Tuin, płynąc w przestrzeni kosmicznej, dźwiga na swojej skorupie słonie o imionach Berilia, Tubul, Great T’Phon i Jerakeen, które mają za zadanie podtrzymywać Świat Dysku. Brzmi fascynująco? Cóż... Tylko brzmi. 

 Ale wreszcie zrozumiałem, że prędzej czy później każdy umiera. Wszystko umiera w swoim czasie. Można mnie okraść, ale nie można niczego odebrać. Po co się przejmować?

Lektura zachwyca bogactwem różnorakich elementów, które wydają się być do cna bezsensowne i absurdalne. Bogactwo detali pobudzających wyobraźnię trudno wyliczyć, jednak większość z nich nie jest godna zapamiętania. Przez fakt, iż wątki te nie są rozbudowane choćby w najmniejszym stopniu, w mojej pamięci wyryły się tylko trzy obrazki z całej książki. Przykre. Mam wrażenie, że autor trzymał się ilości pomysłów, a nie ich jakości, przez co ma się poczucie, jakoby "naciapał" ich wszędzie i ponad miarę, często po prostu po to, aby były. 

Zabić? No oczywiście. Naturalnie! Co to by była za ofiara bez zabijania? Ale nie martwcie się: umrzecie względnie bezboleśnie. 

Poszczególne fragmenty tekstu zostały kiepsko ze sobą połączone. Początek prezentował się w sposób bardzo chaotyczny. Część scen zupełnie zbędna i niewnosząca nic do fabuły, z wyjątkiem niepotrzebnego zamieszania. Niektóre akapity zbijają czytelnika z tropu, kierując go w stronę słów bez wartości i jakiegokolwiek sensu. 

W tym właśnie punkcie język potoczny rezygnuje i wychodzi na piwo.

Styl autora nie prezentuje sobą nic nadzwyczajnego, co tłumaczyłoby jego niebotyczny sukces. Kiedy już się wkręciłam, książkę czytało się szybko, ale motywacji do czytania nie miałam ani trochę. Przez tom przebrnęłam dość topornie, zważywszy jego gabaryty. Jedynie ciekawość poznania zakończenia sprawiła, że dobrnęłam do ostatniej strony (chociaż były momenty, w których finał był mi zupełnie obojętny). 

Milicja zawsze baczyła, by nie mieszać się do bójek zbyt wcześnie, póki nie zyskała miażdżącej przewagi. Praca gwarantowała emeryturę i przyciągała ludzi ostrożnych i rozważnych. 

Podobno Pratchett znany jest z niezwykłej mądrości i poczucia humoru. Tego pierwszego nie znalazłam w "Kolorze magii". Żart, owszem, jest wszechobecny, ale niezbyt głęboki. Po prostu książka utrzymana jest w figlarnym humorze, nic ponadto. Niewątpliwym atutem jest jednak wprowadzenie czarnego humoru, choć to nie wszystkim czytelnikom może odpowiadać. Mnie owszem. 

W bohaterach nie podobało mu się, że byli zawsze samobójczo posępni na trzeźwo i morderczo obłąkani po pijanemu. 

Mocną stroną są ciekawi pierwszoplanowi bohaterowie - Dwukwiat i Rincewind, ale najgłębiej w mojej wyobraźni zasadziły się personifikacje Śmierci i Losu. Szczególnie godna uznania była Śmierć. Oprócz tej czwórki sylwetki innych postaci są mętne, chyba że do bohaterów zaliczymy demona z Ikonografu i Bagaż, czyli moje dwa ulubione elementy książki. 

Jedyni bohaterowie, których jakoś znosił, to Bravd i Łasica, w tej chwili poza miastem, oraz Hrun Barbarzyńca, który według standardów Osi był niemal intelektualistą, ponieważ umiał myśleć nie poruszając wargami.

Wprowadzenie do "Świata Dysku" nie było zbyt zachęcające do sięgnięcia po kolejne części tego cyklu, ale tyle już nasłuchałam się o autorze, że dam mu kolejną szansę. Na podjęcie takiej decyzji nie bez znaczenia ma jego bogaty dorobek literacki. Niemniej, ta część zostaje odłożona na półkę z dość kiepską oceną.

To właśnie jest głupie w tej całej magii. Przez dwadzieścia lat studiujesz czar, który sprowadza ci do sypialni nagie dziewice. Ale wtedy jesteś już tak zatruty oparami rtęci i półślepy od czytania starych ksiąg, że nie pamiętasz, co dalej robić.

Przeczytane: 17.04.2016
Ocena: 4/10

poniedziałek, 20 lutego 2017

89. Caitlin Moran "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam"

I będziesz w tym wszystkim zupełnie sama. Nie ma takiej szkoły, w której możesz nauczyć się być sobą; nie ma kierownika, który krok po kroku pomoże ci znaleźć właściwą odpowiedź. 

Odkąd zobaczyłam książkę "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam" Caitlin Moran wiedziałam, że będę musiała ją kiedyś przeczytać. Jedynie różowy kolor okładki mnie zniechęcał. Do teraz nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś wybrał właśnie ten kolor do polskiego wydania. Tym bardziej, że w oryginale szata graficzna jest ta sama, choć na zielonym tle (zdecydowanie trafniejszym). Ale podobno książki po okładce się nie ocenia, a więc... 

Ziemia jest skrzynią skarbów, w której pełno jest ludzi, miejsc, piosenek, i codziennie możesz w niej zanurzyć swoje ręce i wydobyć jakąś nową, śmieszną, doskonałą rozkosz i przyjemność.

Książka opowiada o Johannie Morrigan, która pochodzi z ubogiej rodziny robotniczej. Żyją z zasiłku otrzymanego przez oszustwo ojca, a teraz to jedyne źródło utrzymania rodziny mogą stracić właśnie przez córkę. Johanna postanawia nikomu nic nie mówić, ale wymyśla sposoby, dzięki którym mogłaby podreperować budżet rodziny. Co może robić jednak małoletnia dziewczyna z nadwagą, która ma obsesje na punkcie seksu i wzdycha do bohaterów swoich ukochanych książek? Udaje jej się zgarnąć nagrodę za napisany wiersz, a związany z nim występ w telewizji okazuje się totalną katastrofą. Wtedy już wie, co powinna zrobić. Musi stać się dziewczyną, którą nigdy nie była. Kreuje Dolly Wilde i wkracza w nowy świat muzyki.

Samookaleczenie - świat i tak cię skrzywdzi, nie ma sensu go ubiegać. 

Obawiałam się, że książka okaże się być nie w moim guście - trochę już za późno na książki o dojrzewaniu. Ponadto martwił mnie feminizm autorki. Odkąd miałam wykłady z panią profesor-feministką (ona powiedziałaby profesorką), unikam takich kobiet, jakby były źródłem wszelkiego zła na świecie. W książce jednak nie ma żadnych feministycznych treści. Uf. 

Właśnie nauczyłam się czegoś nowego: że czasami miłości nie da się zauważyć, bo nie jest ani głośna, ani namacalna. Czasem miłość jest anonimowa. Czasem miłość milczy. Stoi sobie spokojnie, gdy ty nazywasz ją pizdą; gryzie się w język i czeka. 

Okazało się też, że nie jest to zwykła powieść o dojrzewaniu, a dorośli, szczególnie ci młodsi, mogą z niej sporo wynieść. "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam" to bardziej lektura o tworzeniu siebie, byciu sobą, poczucia autentyczności, wchodzenia w dorosły świat oraz o zachowywaniu granicy pomiędzy sobą a światem zewnętrznym i maską roli, w jaką się wcielamy. Normalnie bohaterka, jaką jest Johanna, irytowałaby mnie do tego stopnia, że rzuciłabym książką o ścianę i już do niej nie wróciła. Tymczasem autorka tak świetnie ją wykreowała, że dziewczyna stała się niebanalnym przykładem na to, co dzieje się w głowie nastolatki. Bardzo świetnie uchwycony został proces zmian u osoby, która małymi krokami staje się dorosła - nie tylko zmian na tle seksualnym, ale też psychicznym.

Chcę zrobić wspaniałego. Coś wielkiego. Tak jak to robią mężczyźni. 

Książka jest świetnym obrazem minionych lat, dawnej mody, ówczesnej subkultury i muzyki wszelkich gatunków. Znalazły się też fragmenty o scenie politycznej oraz zmianach, jakie zachodziły w tamtych latach. Życie społeczne także zostało świetnie odwzorowane. Autorka zadała sobie trud, aby przytoczyć trochę informacji o kosztach utrzymania, cenach, wyglądzie sklepów oraz pokwapiła się o dokładnie wyliczenie zasiłku, jaki mogła pobierać wielodzietna rodzina Morriganów. 

Dlaczego jeszcze nie wynaleźliśmy sposobu na dowiedzenie się, czy ktoś się w nas kocha?

Nie ukrywam, że powodem, dla którego sięgnęłam po książkę była muzyka. Wplecenie autentycznych zespołów oraz muzyków jest największym atutem pozycji. Tym bardziej, że jest to znajoma mi scena muzyczna. Zirytowała mnie jedynie krytyka jednego z moich ulubionych zespołów - The Sisters of Mercy, ale trochę dystansu dobrze mi zrobiło. 

Mam dużo czasu. Kiedy ma się siedemnastkę, dni są jak lata. Przez dwudziestką masz miliard szans, żeby żyć, umrzeć, a potem odrodzić się na nowo. To jedyna pozytywna rzecz w byciu młodym. Masz jeszcze dużo czasu, żeby wszystko naprawić. 

Jednym minusem książki jest mała wyrazistość już na samym końcu. Postać matki głównej bohaterki za bardzo się rozmywa, staje się nijaka. Budżet rodzinny też nie był już tak dokładnie obmyślony, bo nagle znalazły się pieniądze na wyjazdy do Londynu. Zabrakło mi też reakcji rodziców na przebywanie Johanny nocami z dala od domu. 

Najlepiej nie mówić nikomu, że ma się doła. Dorastanie polega na tym, by mieć jakieś tajemnice i udawać, że wszystko jest w porządku. 

Nie wiem też, co sądzić o fragmentaryczności książki. Wyraźnie dzieli się ona na kilka sekwencji, więc podział na części i rozdziały był tutaj słuszny. Przejścia między tymi częściami są dość płynne, ale po lekturze jestem wciąż w stanie opowiedzieć książkę bardziej etapami życia głównej bohaterki. 

Powodzenia. Pamiętaj, zawsze wyjeżdżaj tak, jakbyś spotkał swoje przeznaczenie.

Wybaczam jednak "Dziewczynie, którą nigdy nie byłam" te drobne niedociągnięcia i wszystkim gorąco polecam tę powieść. Będzie to świetna książka dla osób dorastających, a także niesamowite wspomnienie lat młodzieńczych dla dorosłych czytelników. 

Cynizm koniec końców jest lękiem. Cynizm dotyka twojej skóry, a wtedy zaczyna powstawać gruby czarny pancerz - jak u robaka. Ów pancerz ochroni twoje serce przed rozczarowaniem - ale prawie całkowicie utrudnia ci poruszanie się. Nie możesz tańczyć w tej zbroi. Cynizm zawsze przykuwa cię do miejsca, w tej samej pozycji, na zawsze.

Przeczytane: 13.02.2017
Ocena: 7/10

sobota, 18 lutego 2017

88. "Lapońska odyseja" reż. Thomas "Dome" Karukoski

Źródło: filmweb
Byłam szalenie ciekawa fińskiego kina. Jak można przypuszczać, raczej ciężko o fiński film, w dodatku z polskimi napisami. Kiedy kilka lat temu wpadłam na "Seks po fińsku" byłam niezmiernie szczęśliwa. Ostatnio postanowiłam w końcu pójść dalej i zaznajomić się z fińskimi produkcjami. Nic dziwnego, że szybko obejrzałam "Lapońską odyseję". Podobno komedia, podobno romans, podobno dramat. No, to brzmi bardzo fińsko. Aż bałam się, co tam Finowie tym razem wymyślili - szczególnie, że "Seks po fińsku" wcale komedią romantyczną się nie okazał. 

"Lapońska odyseja" ("Napapiirin sankarit") z 2010 roku okazała się czarną komedią z nieromantycznym związkiem w tyle. Za produkcję odpowiedzialna jest Finlandia, Islandia i Szwecja, ale zdjęcia powstały jedynie w północnej części Finlandii - w Äkäslompolo i w Rovaniemi. Reżyserią zajął się Thomas "Dome" Karukoski (fińscy reżyser i scenarzysta, urodzony na Cyprze). Film zgarnął trzy nagrody Jussi, czyli nagrody Fińskiej Fundacji Filmowej - za najlepszy film 2011 roku, najlepszy reżyser i najlepszy scenariusz, a także otrzymał cztery nominacje (Jussi - najlepszy aktor, najlepszy aktor drugoplanowy, najlepsze kostiumy, IFTA - Islandzka Nagroda Filmowa - najlepsza muzyka). 

Film opowiada o związku, który nie ma prawa przetrwać. Rozgarnięta Inari (Pamela Tola) ma dość swojego chłopaka, który nie pracuje i całymi dniami się obija. Od roku Janne (Jussi Vatanen) obiecuje jej dekoder, a wciąż nie wywiązał się z obietnicy. Ich rocznica oraz fakt, że w telewizji emitują "Titanica" to powody, dla których dziewczyna zostawia mu pieniądze i zleca dokładnie gdzie oraz w jakich godzinach może kupić sprzęt. Chłopak jednak pieniądze przepuszcza. Dostaje ultimatum - albo do jutrzejszego ranka przywiezie dekoder, albo ona się wyprowadza i to koniec ich związku. Nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie to, że od miasta, w którym Janne mógłby dokonać zakupu, jest oddalony o sporą liczbę kilometrów. Ale chłopak postanowił zawalczyć i zrobi wszystko, aby Inari go nie zostawiła. Zaczyna się więc przygoda.

Tylko Finowie mogli wpaść na tak paradoksalny pomysł, aby zakręcić film o wielkiej chęci posiadania dekodera. Bez obaw - ten niebanalny pomysł nie oznaczał kiczowatej komedii. Aż sama jestem w szoku. Być może dlatego, że jestem przyzwyczajona do oklepanych i bezwartościowych komedyjek amerykańskiej produkcji. Finowie śmieszną nie głupotą, a swoim nieprzystosowaniem i gorszą stroną swojej mentalności. Film jest też świetnym obrazem postrzegania związku przez kobietę i przez mężczyznę. To, co dla kobiety istotne, nie wydaje się aż tak ważne dla mężczyzny. Wątek jak najbardziej realny, a zarazem przedstawiony w sposób zabawny.

Podobają mi się także podoczne wątki. Sprawa byłego chłopaka Inari, czy kolegi Janne, który ma wyraźne kłopoty z nawiązywaniem kontaktu z kobietami. W jego życiu jest miejsce tylko na jedną przedstawicielkę płci pięknej - jego matkę. 

Świetnie wykorzystany jest motyw drzewa - przeklętego pniaka z gałęziami, na którym od pokoleń wieszają się mężczyźni z przeróżnych powodów. Od jego historii zaczyna się film, a zakończenie z drzewem w tle spina i zamyka całą kompozycję.

Jestem też pod wrażeniem doboru muzyki. Żadnej z piosenek nie znałam wcześniej, choć niektórych muzyków kojarzyłam. Wszystkie po fińsku, ale nie raziły po oczach swoją fińskością. Stanowiły raczej świetne wykończenie scen oraz widoków. Do moich ulubionych zaliczam piosenek z tej produkcji zaliczam: Laila Kinnunen "Näitkö sen?", Marko Haavisto "Vasten ikkunaa", Jonna Geagea & Vesterinen "Onnelliset". 

Chociaż film utrzymany jest w fińskim poczuciu humoru, bardzo specyficznym dla północy, to uważam, że nie trzeba być nawet minimalnym znawcą mentalności Finów, aby móc z satysfakcją i przyjemnością obejrzeć tę produkcję. Szczerze polecam - szczególnie teraz, póki zima wciąż trwa.

Ocena: 10/10


czwartek, 16 lutego 2017

87. Muzyczny przekładaniec

Zdjęcie obok wciąż utrzymane jest w zimowej scenerii, chociaż za oknem już prawie dziesięć stopni w plusie. Mam nadzieję, że zima jeszcze trochę mnie rozpieści i zawita - wszak jest dopiero połowa lutego. Dla entuzjastów ciepła - lepsze zimno w lutym, niż powrót zimy pod koniec marca. Mniejsze niezadowolenie stanowi zimna podczas zimowych miesięcy. 
Tymczasem dziś przychodzę, jak co czwartek, z muzycznym przekładańcem. Mam nadzieję napisać w ciągu kilka dni recenzję "Dziewczyny, którą nigdy nie byłam", a także kilku fińskich filmów. W tym miesiącu dziwnym trafem mam wielką ochotę właśnie na filmy, choć normalnie oglądam ich bardzo mało. Nieważne. Ważne, że sesja za mną i można skupić się na przyjemnościach. 


Czwartek: Apocalyptica Creeping Death



To, że kocham fińskie zespoły, jest oczywistością. Apocaliptica pojawiała się już na blogu, choć nie z tą piosenką. Pochodzi ona z pierwszego albumu wówczas jeszcze kwartetu i jest coverem piosenki pod tym samym tytułem zespołu Metallica (przedstawiać nie trzeba - nawet laikom z zakresu ostrzejszej muzyki). Przez wielu cała płyta wciąż oceniana jest jako najlepszy krążek zespołu, a nawet jako jedyny dobry. Ja się do nich nie zaliczam, ale otwarcie przyznam - płyta jest genialna, choć ja i Metallica mamy ze sobą na bakier. Więcej pasji i autentyczności znalazłam w fińskiej aranżacji ich utworów. Bywa. 


Piątek: Bon Jovi Always



Czasami i mnie weźmie na bardziej konwencjonalne rockowe piosenki. "Always" to chyba najbardziej znana piosenka Bon Jovi, no, może druga, ale na pewno był to najlepiej sprzedający się singiel tego zespołu. Balladę znają chyba wszyscy. Została napisana do filmu, w którym ostatecznie się nie pojawiła - zespół wycofał się z tego projektu. Na jakiś czas piosenka była zapomniana i czekała, aż ktoś ją w końcu wyda. 


Sobota: Graveyard The Siren



Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak pochłonęła mnie muzyka. Elektryzująca i hipnotyzująca aż do bólu. Ta piosenka jest moim największym odkryciem w ciągu ostatniego czasu i od soboty ciągle jej słucham. Idealnie wkomponuje się swoim tekstem i samym charakterem w moją książkę. Nie mogę aż uwierzyć, że na utwór wpadłam, kiedy szukałam informacji o fińskim Johannusie. Iście magiczny sposób na poznanie czegoś tak niezwykłego. 


Niedziela: Gary Moore Over the Hills and Far Away



Piosenki tej zazwyczaj słuchałam w wykonaniu zespołu Nightwish. Wiedziałam jednak, że jest to cover i znałam oryginał, ale tak naprawdę zaczęłam z nim obcować dopiero w poprzednim tygodniu. Coś w mojej głowie pyknęło i zachciało słuchać tej piosenki. Odchylenie czasowe spore - wersja Nightwisha jest z 2011 roku, a oryginał z 1987.


Poniedziałek: Alice Cooper Poison



Starej muzyki ciąg dalszy. Przyznam, że Alice Cooper nie porywał mnie przez większość czasu. Wpadłam jednak na pewien fiński program muzyczny, w którym Jussi z zespołu Uniklubi przewodził chórowi i wykonywali wówczas właśnie tę piosenkę. Od tego czasu regularnie męczę więc ten utwór. Gwoli ciekawostki - utwór niedzielny też pojawił się w tym programie, ale wówczas przywódcą tamtego chóru był Timo Kotipelto. 


Wtorek: Slipknot Vermillion



Piosenka nominowana do Grammy za najlepsze wykonanie z gatunku metal. Ja doznaję lekkiej psychozy, kiedy patrzę na teledysk - jest fenomenalny. Piosenka, oczywiście, także. Mała ciekawostka - zespół podczas wykonywania tego utworu na żywo rezygnuje ze swoich scenicznych masek na rzecz masek pośmiertnych - czyli odlewów rzeczywistych twarzy poszczególnych członków zespołu. 


Środa: HIM Resurrection (demo, Slippery When Dead)



Prosta, choć niebanalna piosenka. Bynajmniej, nie jest ona o Jezusie. W którymś z wywiadów Ville Valo stwierdził, że piosenka tak naprawdę jest o seksie i natchnęło go jego fizyczne zmartwychwstanie pewnej nocy. Jeśli tak - tylko HIM może mieć tak subtelne i romantyczne piosenki na takie tematy. Odkąd, bodajże, dwa lata temu pojawiło się Slippery When Dead, czyli wersje demo nagrane w 1998 roku piosenek z płyty, która została wydana w roku 1999, nie rozumiałam zachwytu powyższą wersją "Resurection". Aż do wczoraj. Chyba wcześniej nie wsłuchałam się dobrze. Magiczny fragment od 2:22 do końca... Ach. Można się rozmarzyć. A na pewno już dostać inspiracji do pisania. 


wtorek, 14 lutego 2017

86. Francis Scott Fitzgerald "Wielki Gatsby"

Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość. 

"Wielki Gatsby" zawitał do mnie w postaci prezentu. Gdyby nie to, że książkę dostałam i nie wypadało odłożyć ją po prostu na półkę, w ogóle bym po tę pozycję nie sięgnęła. Szybciej obejrzałaby ekranizację, której klimat minionych lat jest wyjątkowo zachęcający. Ale skoro już książka znalazła się w moich rękach, obejrzenie filmu przełożyłam na czas przyszły. 

Mam trzydzieści lat. O pięć lat za dużo, żeby kłamać samemu sobie i nazywać to poczuciem humoru. 

"Wielki Gatsby" to historia miłości, która nie ma prawa przetrwać. O prawdziwej przyjaźni, która przychodzi z najmniej oczekiwanej strony, a także pozornej przyjaźni, która ciągnie się, dopóki trwa zabawa i wesoły czar. O ludziach z wyższych sfer, którzy nie liczą się z pojedynczym człowiekiem. O sukcesie, który jest złudzeniem. Przede wszystkim o postrzeganiu ludzi jako wielkich ze względu na osiągnięte bogactwo, które później tak naprawdę jest zwykłym oszustwem, choć jednocześnie ci ludzie okazują się cenni ze względu na noszone w sobie nieujawnione wartości. 

Nie przejmowali się niczym, Tom i Daisy, niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli, kazali pić innym...

Przyznam, że mam problem z wyrobieniem sobie opinii na temat tej książki. Nie wiem, co sądzić o niej jako o całości. Fragmentami bytowała jako wartościowe morale, a czasami była po prostu historią opowiadaną przez znajomego. Od czasu do czasu pojawiały się również wątki całkowicie nie na miejscu, bądź po prostu zbędne. Pewne ustępy należałoby przestawić, aby zachować harmoniczną strukturę. 

Nauczmy się okazywać przyjaźń człowiekowi, kiedy żyje, a nie, kiedy już umrze. 

Książka wywarła na mnie wrażenie dobrej opowieści sprzedanej w kiepskiej formie. Styl autora niczym szczególnym się nie wyróżnia. Jest prosty, momentami słaby. Francis Scott Fitzgerald jest jednak dobry w budowaniu struktury. Ba, jest mistrzem w tej dziedzinie! Akcja rozwija się zupełnie niepozornie i wraz z kolejną przewróconą stroną, znajduje się nań coś nieprzewidywalnego. Dosłownie - nieprzewidywalnego. Nie chodzi o to, że wątki rozwijają się nie tak, jak mogłabym przypuszczać. Pojawiają się nowe wątki, których istnienia w tej pozycji nie spodziewałam się ani trochę. 

Nie można przeżyć na nowo czasu, który się już raz przeżyło. 

Nieprzewidywalność jednak może okazać się zgubna. Z początku nie mogłam jednoznacznie określić, o czym jest ta książka. Opis sugerował zupełnie inną fabułę. Zaczęłabym nawet podejrzewać, że wnętrze książki zostało zamienione, gdyby nie pojawiające się imię tytułowego bohatera. 

Żaden ogień, żaden niepokalany blask czystości nie dorównuje temu, co człowiek może nagromadzić w tajnikach swego serca. 

Kreacja postaci także zdecydowanie na plus. Każda sylwetka jest wyraźnie zarysowana i posiada swój własny, indywidualny charakter, a swoim specyficznym zachowaniem wytwarza wokół siebie osobliwą aurę. Nosi również w sobie własne wartości i przekonania. 

- Słyszeliśmy, że jesteś zaręczony. 
- To oszczerstwo. Jestem za biedny. 

Choć podobno jest to książka miłosna, ja jej tak nie postrzegam. Uważam ją za źródło uniwersalnych prawd. Jeśli jednak chodzi o wątek romantyczny... Drogie Panie, apel do Was! Pragnijcie być kochane tak jak kocha Gatsby, a nie jak "kocha" Gray.

To dobrze - powiedziałam - cieszę się, że to dziewczynka. I mam nadzieję, że będzie głupia - to najlepsza rzecz dla kobiety na tym świecie być pięknym głuptaskiem. 

Lektura jest lekka i przyjemna, idealna na letni wieczór, gdyż w takim klimacie utrzymana jest tonacja książki. Jednak owa lekkości i mało wyrazisty styl autora sprawia, że na dzisiejszym rynku mógłby nie zaistnieć i zginąć w tłumie. Spodziewałam się czegoś więcej... Niemniej, jestem pewna, że wrócę do niej niejednokrotnie podczas letnich wieczorów w ogrodzie.

Skończona trzydziestka - zapowiedź samotnego dziesięciolecia, coraz krótszej listy nieżonatych przyjaciół, coraz mniejszego zapasu entuzjazmu, coraz rzadszych włosów. Lecz oto miałem przy sobie Jordan, która - w odróżnieniu od Daisy - była zbyt mądra, aby z roku na rok przechowywać dawno umarłe czasy. Gdy przejeżdżaliśmy przez ciemny most, jej szczupła twarz leniwie otarła się o moje ramię i kojący uścisk jej ręki stłumił groźne uderzenie trzydziestki. I tak jechaliśmy przez stygnący zmierzch ku śmierci. 

Przeczytane: 18.02.2016
Ocena: 6/10

niedziela, 12 lutego 2017

85. Sabaa Tahir "Ember in the Ashes. Imperium Ognia"

Ale bezpieczeństwo to złudzenie, któremu nigdy nie ulegam. 

Zamknij oczy i wyobraź sobie, że zmierzasz do innego świata, a kiedy unosisz powieki, nie znajdujesz się w rzeczywistości, w której kiedykolwiek chciałbyś się znaleźć. To Imperium, w którym nikt nie nauczył Cię- jako jednego ze Scholarów- czytać, pisać, liczyć. Szkoła nie jest dla Ciebie. Chyba że jesteś Wojanem, Wybranym. Wówczas znajdujesz się w Czarnym Klifie pod okiem srogiej komendantki, gdzie nie masz twarzy- jesteś jedynie Maską. Niezależnie od tego, w którym miejscu Imperium się znajdziesz, i tak będziesz zniewolony. 

Szubienice są puste, ale dzień przecież dopiero się zaczął.

"Ember in the Ashes" to historia przeplatana rozdziałami z perspektywy losów dwójki bohaterów, których drogi w końcu się krzyżują. Laia to Scholarka, której życie nagle przewraca się do góry nogami. Pewnej nocy jej dom odwiedza Maska z oddziałem żołnierzy. Zabijają oni jej dziadków, a brata zabierają do więzienia, gdzie planują go torturować, aby uzyskać informacje o ruchu oporu, w którym kilkadziesiąt lat temu walczyli ich rodzice, a w którego szeregi podobno miał wstąpić Darin. Laia ucieka, ale szybko pojmuje swój błąd. Z kolei Elias to znienawidzone przez matkę dziecko, które z czasem pokonało własne słabości i stało się najlepszym aspirantem. Już za kilka dni ma ukończyć szkołę i stać się jednym z najgroźniejszych żołnierzy- Maską. Ale czy tego właśnie chce? Wykonywanie egzekucji w imię Imperium nie daje mu wolności, jaką chciałby mieć. Czy ucieczka z przerażających murów szkolnych podaruje mu życie, jakie chciałby toczyć? Coś zupełnie innego zostaje mu przepowiedziane... 

Dostrzec we wrogu człowieka. To najgorszy koszmar generała. 

Jeśli miałabym wskazać książkę, która najbardziej mnie zawiodła, wskazałabym właśnie tę pozycję. Owszem, wiedziałam, że to kolejna szlachetna opowieść dla młodzieży, spragnionej ideałów i dążenia do sprawiedliwości przez przeciwstawianie się tyranii. Ale, prawdę mówiąc, spodziewałam się zdecydowanie wyższego poziomu. Książka nie jest zła, jednak nie jest też tak niesamowita, jak zapewnia wydawca. Jeśli ktoś czytał coś w podobnym nastroju, bez łez może odpuścić sobie lekturę. 

Czy to oznacza, że w życiu pozagrobowym będę chodził bez głowy? - zastanawiam się głupio. To byłoby niesprawiedliwe...

Laia zasługuje na porównanie do Belli ze "Zmierzchu" i nagrodę najbardziej irytującej bohaterki. Jej "filozoficzne" wywody w rozdziałach napisanych z jej perspektywy są infantylne i nużące w opozycji do historii Eliasa, która jest zdecydowanie bardziej porywająca. Więc narracja pierwszoosobowa raz jest wadą, a raz zaletą. Przeciągnę ją jednak na stronę zalet, gdyż dzięki temu można poznać dwa punkty widzenia, dwie relacje zdarzeń, które mają miejsce w książce. Niemniej, czas teraźniejszy od samego początku działał mi na nerwy. Akcja nie działa się dynamicznie, więc autorka mogła odpuścić sobie ten zabieg. 

W Czarnym Klifie nie ma cmentarza. W otoczeniu tych murów jedyne, co pozostanie po poległych, to pustka tam, gdzie chodzili, i cisza tam, gdzie rozbrzmiewały ich głosy. 

Styl pisarki także pozostawia wiele do życzenia. Już od pierwszych zdań nie mogłam doczekać się, aż w końcu skończę czytać to, co czytałam już tysiące razy... Choć muszę przyznać, że im dalej, tym lepiej. Wydarzenia zaczęły się rozkręcać i przyjmować mniej oczekiwany obrót. Na pewno na brawa zasługuje męska decyzja o uśmierceniu niektórych bohaterów. 

Trup jest trupem, nieważne z jakiego powodu. 

Mocną stroną i miłym akcentem jest otwarte zakończenie. Jak dla mnie w ten sposób mogą w ogóle uciąć się losy dwójki bohaterów, aby każdy z czytelników mógł dopisać im własną historię. Ciągnięcie tego cyklu dalej będzie tylko zepsuciem intrygującego finału. 

Nigdy ich nie zapomnisz, nawet po wielu latach. Ale nadejdzie dzień, kiedy przez całą minutę nie będziesz czuła bólu. Potem przez godzinę. Przez cały dzień. Tak naprawdę to wszystko, o co można prosić.

Pomimo że wysnułam aż tyle zastrzeżeń względem "Ember in the Ashes", nie jest to pozycja najgorsza. Młodzież jest obecnie karmiona jeszcze mniej wartościowymi książkami. Owszem, nie posiada do zaoferowania zbyt wiele, jednak niesie pewne wartości, o których dziś się zapomina- honor i szlachetność, dlatego polecam ją młodszym czytelnikom.

Strach będzie Twoim wrogiem tylko wtedy, gdy mu na to pozwolisz.

Przeczytane: 12.02.2016
Ocena: 5/10

czwartek, 9 lutego 2017

84. Muzyczny przekładaniec


Cześć!
Jakbym miała określić mój ostatni czas, nadałabym mu tytuł "bardzo chcę się uczyć, ale nagle świat stał się taki ciekawy". No właśnie. Sesja sesją, a ja mam ochotę czytać. W ten sposób połknęłam prawie połowę "Dziewczyny, którą nigdy nie byłam", a wczoraj prawie zabrałam się za inną książkę. Sumienie zwyciężyło, ale i tak niezmiernie ciągnie mnie do filmów... Dlatego szybko wywiązuje się ze swoich muzycznych obowiązków na blogu w formie czwartkowego muzycznego przekładańca i wracam do nauki. 



Czwartek: Rockin'1000 Smells like teen spirit



Nirvana to jeden z tych kultowych zespołów, które jakoś toleruję i szanuje, ale niespecjalnie lubię. Najbardziej w moim guście jest chyba "Breed". Na najsłynniejszą piosenkę "Smells like teen spirit" reaguje z uznaniem kiwając głową, ale nie porywa mnie. A raczej nie porywała mnie, aż do czasu, gdy wpadłam na powyższy cover w wykonaniu, podobno, największego zespołu na świecie. Nie sprawdziłam tej informacji, ale patrząc na powyższy klip, jestem w stanie to uwierzyć. To jednak nieważne. Ważne, że w końcu poczułam w sobie energię tej piosenki! 


Piątek: Elvis Presley (Let me be your) Teddy Bear



Elvisową miłość zaszczepił we mnie mój nauczyciel gry na gitarze i śpiewu. Nie robił tego celowo. Po prostu raz nauczyliśmy się jednej piosenki Elvisa, a później ja sama przychodziłam z jego utworami - leżały one w moim guście, a przy tym byłam w stanie ze spokojem je zaśpiewać. Powyższą piosenkę podsunął mi mój ulubiony wokalista - w pewnym wywiadzie dla niemieckiej stacji była ona odpowiedzią na pytanie, jaką miłosną piosenką opisałby swoją osobę. 


Sobota: Ville Valo Olet mun kaikuluotain



A jeśli już mówimy o moim ulubionym wokaliście, w sobotę w Finlandii odbyła się Emma Gaala, podczas której zgarnął nagrodę za najlepszy teledysk. Powyższa piosenka wysoko stoi w fińskich notowaniach, choć jest coverem. Ale za to jakim! Według mnie istnieją piosenki, które odczuwa się wszystkimi zmysłami. Ta właśnie do nich należy. 


Niedziela Robyn Adele Anderson American Idiot 



Lubię ciekawe aranżacje znanych piosenek. Zazwyczaj nawet bezpłciowe piosenki radiowe (nie wspominając już nawet o świątecznych) zyskują wiele charyzmy, jeśli są zagrane jako rock lub metal. Rzadziej spotykam się z dobrze wykonanymi piosenkami rock i metal w innym gatunku - moimi ulubionymi już w ogóle. Covery, owszem, o ile są utrzymane w podobnym stylu A powyższe wykonanie? Zakochałam się od pierwszych sekund. Od tego czasu poznałam już inne ciekawe aranżacje współczesnych piosenek w takim klimacie. 


Poniedziałek: Tuure Kilpeläinen ja Kaihon Karavaani, Yona Tahtoisin, tahtoisin



W swoim bliskim otoczeniu mam pewną osobę, która ma zdolność wyszukiwania piosenek, które zupełnie nie leżą w moim guście, ale mi się podobają. Teraz czekam, aż powyższa piosenka zostanie mi zaśpiewana. Zachwyciłam się brzmieniem gitar, a następnie wyśpiewanymi uczuciami. Teledysk też nasycił moje oczy. No i fiński... Czego mogłabym chcieć więcej?


Wtorek: Abney Park Sleep Isabella



Z tą samą osobą podzieliłam się również moją steampunkową miłostką. Dziękuję za przypomnienie mi o tym zespole! Dzięki takim wspominkom udało mi się odnaleźć piosenkę, za którą szalałam kilka lat temu, a została przeze mnie jakimś cudem zapomniana. Zdecydowanie czas wrócić do muzyki w takim klimacie, bo dzięki niej łatwiej mi się skupić i przyjemniej mi się pracuje - nawet jeśli są to nudne projekty na studia.  


Środa: James Bay Hold Back The River



Strasznie psioczę na radiową muzykę, ale czasami wypluje ona całkiem dobry kawałek. Powyższy utwór w 2015 roku towarzyszył mi podczas porannych podróży do pracy, przez co jeszcze bardziej niechętnie opuszczałam samochód, choć robiłam to w niezwykle dobrym humorze. Swoją drogą - czy nie mówiłam, że uwielbiam umuzykalnionych chłopców z długimi włosami i kapeluszami? No właśnie. 


wtorek, 7 lutego 2017

83. Nowości na stosie

Od kilku miesięcy trzymam dobrą passę - kupuję jedynie trzy książki na miesiąc. To pocieszające, kiedy mój stos książek do przeczytania prawie dogania mnie wzrostem. Trzy książki to niewiele, więc chciałam poczekać, aż niebawem będę robić większe zamówienie w księgarni internetowej - wiadomo, nowy semestr, nowe książki. Dopiero wtedy chciałam przyjść z wpisem o tym, co się u mnie nowego pojawiło. Jednak wszystkie poniższe książki, choć tak różnorodne, mają wspólny mianownik - moje imieniny. Jedna z tych pozycji to bezpośredni prezent imieninowy, a dwie pozostałe to ulokowanie imieninowej gotówki. Jak dla mnie - książki to idealna inwestycja. A więc co nowego znalazło się na moim stosie?

Pod koniec stycznia udało mi się zdobyć książkę, o której kiedyś czytałam, a o której zapomniałam na wieki. "Wybrańcy" to książka o wiedeńskim ośrodku opiekuńczo - wychowawczym, działającym na terenie ośrodka dla umysłowo chorych. Autor - Steve Sem-Sandberg - napisał także inną książkę, którą mam w planach, czyli "Biedni ludzie z miasta Łodzi". 

Później wpadłam na kolejną pozycję, która znajdowała się na mojej liście do przeczytania. "Dziewczyna, którą nigdy nie byłam" ukazała się w kwietniu 2016 roku, ale dowiedziałam się o niej kilka miesięcy później. Jest to lektura na tyle lekka, że idealnie odrywa mnie na moment od podręczników akademickich, bez przeciążania moich myśli. 

Wisienką na torcie jest "Akuszerka". Książka kusiła mnie, odkąd tylko pojawiła się na półkach w księgarni. Dzielnie się broniłam, choć w głowie wciąż miałam fińskie nazwisko autorki i Finlandię jako miejsce akcji, a do tego wątek wojenny. Tymczasem niespodziewanie dostałam ją w ramach prezentu imieninowego. Dziękuję! 

Póki co dwie cięższe lektury przesuwam na czas po sesji. Wystarczą mi toporne i wymagające książki na studia. Po ostatnim egzaminie i oddaniu prac zabieram się jednak od razu do czytania "Akuszerki". Tej pozycji jestem właśnie najbardziej ciekawa.