poniedziałek, 16 października 2017

145. Jonas Gardell "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Miłość"

Idą dalej. Za ręce. Pada śnieg.Nie wiedzą, gdzie idą, dokąd zmierzają. 
Teraz jednak nie ma to żadnego znaczenia. 
Bo każdy krok w dowolnym kierunku jest pierwszym krokiem w nowym kierunku. 
A na miasto sypie śnieg. 

Kiedy moje oczy pierwszy raz spostrzegły tytuł „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek”, byłam zaczarowana jego sensorycznością. Tytuł był obietnicą czytelniczej przygody, która dostarcza odbiorcy mnóstwo emocji, dlatego od tamtej chwili marzyłam, aby rozpocząć trylogię Jonasa Gardella. Nie bałam się, że mogłabym się zawieść. Nie miałam przeczucia. Wiedziałam.

Rasmus jest jedną z tych osób, które muszą zaczynać wszystko od początku, narysować grubą linię i zacząć od nowa. Pozwolić, by to, co było, zniknęło we mgle, przestało istnieć.

Autor trylogii jest homoseksualistą i takiej tematyki dotyczy książka. Przenosimy się do świata, w którym Gardell dorastał – Szwecja, lata 80.- ale sam nie jest bohaterem utworu. Chociaż opis wskazuje na to, że główną tematyką będzie ADIS wśród gejów, dostajemy przepiękną historię (nie)miłosną. Jej inność nie polega homoseksualizmie, ale na potędze uczuć i cudownym sposobie ich przedstawienia.

Upadek i objęcia. 
Są tym samym. 

Książka jest niesamowita, bo przez większość stron błądzi się w niej po omacku. Brak wiedzy czytelnika nie wywołuje w nim frustracji, a zaintrygowanie, niecierpliwość i chęć poskładania rąbków historii w spójną całość. Niepokój narasta przez sceny zbliżającej się śmierci, choć czytelnik nie wie, kto umiera. W tym samym czasie nie wie nawet, czy losy dwójki bohaterów się spotkają - w tej historii to nie jest oczywiste - a już prognozuje śmierć jednego z nich. No bo kogo innego? Bezimienność niektórych fragmentów sprawia, że można dostać kręćka i choć można spodziewać się dwójki bohaterów, zaraz okazuje się, że poznane fragmenty dotyczą też innych postaci. Nie, tu nie ma dwóch wątków, tutaj jest ich całe mnóstwo. Dodatkowo przeszłość, teraźniejszość i przyszłość mieszają się ze sobą.

Miłość i nadzór. 
Tych dwóch pojęć nie da się rozdzielić. 

Wprowadzone są również fragmenty pozbawione uczuć, dotyczące spraw społecznych i politycznych, a często także medycznych. I bez tych wstawek autor świetnie oddał klimat ówczesnej Szwecji oraz nastroje wśród grupy homoseksualistów. Opisywane wydarzenia widzi się przed oczami, a książkę wspomina się jako własne przeżycie - wyraźne i pełne zmysłów. Zamykam oczy i czuję się, jak bohater, którzy szybkim krokiem przecina mroźne powietrze zimowego Sztokholmu. Czuję jego napięcie, widzę budynki, które mija, słyszę jego niespokojny oddech jako swój. 

Nie trzeba rozumieć, by bezgranicznie kochać. 

Chociaż tom rozpoczynający trylogię zatytułowany jest "Miłość", ja tej części nie rozpatrywałabym w kategoriach miłości i nie nadałabym jej miana love story. Dlaczego? Otóż dlatego, że dotyczy ona poszukiwania i błądzenia w odmętach choroby - niechoroby, normalności - nienormalności, innymi słowy w odmętach określania siebie osobą homoseksualną w tamtych czasach i jako kogoś w ogóle. Autor robi to czule, wrażliwie w zderzeniu z brutalną rzeczywistością ówczesnego świata. Słowa są wymuskane i wysublimowane, dlatego jest to bardziej powieść o zmysłach, nie o miłości. Jest przy tym tak wyraźna, nieulotna, że niemożliwością byłoby nienakręcenie ekranizacji.

Być może nie da się być czymś innym niż błędnym ognikiem - zapalić się, płonąć krótką chwilę i zniknąć.  

Dryfowanie między wątkami nie wprowadza chaosu, choć czytelnik często nie ma pojęcia, kogo dotyczy dany fragment. Wszystko się później tak klaruje, że nie ma wątpliwości, kogo dotyczyły poszczególne rozdziały. Bohaterowie są wyraźni i całkowicie od siebie odmienni, co świetnie obrazuje społeczeństwo homoseksualne jako normalne, a nie specyficzne i odrzucające. Każdy z nich jest inny, bo są częścią świata, w którym każdy - homoseksualny lub nie - jest odmienny. Mamy bohaterów skrytych i przesadnie otwartych - może nawet jeden z nich jest odrobinę stereotypowy przez swoją ekscentryczność, ale przecież każdy z nas zna kogoś do bólu stereotypowego. Ów energiczny i charakterystyczny młodzieniec jest ożywczą kroplą, która obrazuje, jak zazwyczaj społeczeństwo postrzega gejów.

Jest oczywiste, że można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało, za kimś, kogo się nie spotkało, lub za czymś, czego się nigdy nie poznało. 
Możesz tęsknić za własnym życiem, widząc, że przemknęło obok ciebie. 

Nietrudno wspomnieć choć słowa o okładce. Lustrzana, srebrzysta i ciemna. Niewyraźne postaci w uścisku są trudne do dostrzeżenia, chociaż hipnotyzują czułością. Są widoczni, migocząc lustrzanym srebrem, kiedy porusza się książką pod słońce, odbijając jego promienie. Po zadrapaniach, powstałych w wyniku użytkowania, powstają klimatyczne i jakże pasujące do charakteru powieści, srebrne kreski. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy one nie zostały naniesione fabrycznie, ale nie.

W dzieciństwie Benjamin mógł godzinami siedzieć i z drżeniem chłonąć wszystkie szczegóły. Krzyczący ludzie, którzy błagają o życie (za późno) albo próbują uciec, zbiec (na darmo).

Emocje i uczucia. Różne postawy wobec siebie, społeczeństwa i innych homoseksualistów. Ból, zdziwienie, poczucie odmienności, lęk, tęsknota, obawa, otwartość, skrytość, niewinność, pragnienie miłości, spełnienie, odizolowanie, pożądanie. Fizyczność i psychiczność. Ta książka jest nośnikiem tego wszystkiego. Ot, niehomoseksualna historia miłości homoseksualistów. Historia o zmysłach i miłości, obojętnej na płeć.

Długo trzeba było być w drodze, żeby trafić do domu. 

Mam nadzieję, że innych również zaintryguje ten tytuł i poszukają oni jego wytłumaczenia w książce - a za jego wyjaśnieniem kryje się inna, przepiękna historia pewnej młodej kobiety. Tym razem nie polecam. Tym razem pragnę, aby ktoś poczuł tę książkę i zapałał do niej żarem zmysłów.

Odważyć się zaufać. Jak to zrobić?
Jak odwilż po zimie, która trwała wieczność. Jak pierwszy ciepły dzień kiedy niemal się nie wierzy, że to prawda, że nareszcie przyszedł. 
Chcę w moim życiu móc kochać kogoś, kto pokocha mnie, 
Niepojęte, niesłychane żądanie miłości. 

Przeczytane: 10.09.2017
Ocena: 10/10

sobota, 14 października 2017

144. Charles Bukowski "O kotach"

"mój boże - powiedzą ludzie - Chinaski nic tylko pisze 
o kotach!"
"mój boże - mówili dawniej - Chinaski nic tylko pisze 
o kurwach!"

Ostatnio przyznałam, że jeśli ktoś chce rozpocząć swoją przygodę z Bukowskim lub chociaż poznać jedno jego dzieło, powinien sięgnąć po „Kłopoty to męska specjalność”, czyli książkę, która zawiera wszystkie charakterystyczne dla autora motywy, w dodatku idealnie wymuskane pod względem stylu. Jednak kiedy odłożyłam „O kotach”, pomyślałam, że to książka idealna dla tych, którzy nie chcą poznać twórczości Bukowskiego, chociaż powinni. A powinni na pewno, choć może jeszcze o tym nie wiedzą.

a pomyślnej przeszłości
nigdy nie da się
zabić.

Tym razem Bukowski nie pisze o alkoholu i kobietach, a przynajmniej nie tak dużo. Głównym tematem są tym razem... koty. Zdziwieni? No a jakie inne zwierze mógł sobie upodobać Buk, jeśli nie te kudłate, wredne, egocentryczne kreatury, które zawsze wychodzą z opresji cało, a jeśli są poturbowane, to zaraz dochodzą do siebie? Bukowski bez zawahania mówi, że jest jak kot i nietrudno przyznać mu rację. 

Dobrze jest mieć przy sobie kilka kotów. Kiedy źle się czujesz, wystarczy na nie spojrzeć i zaraz ci się poprawi humor, bo one wiedzą, że wszystko jest tylko takie, jakie jest. Nie ma czym się podniecać. Wiedzą to, i już. 

"O kotach" to zbiór tekstów, opiewających te niewinnie wyglądające bestie. Oprócz poezji i prozy, w niedużej publikacji znalazło się kilka zdjęć kotów Bukowskiego lub kotów z Bukowskim. Wkradły się nawet rysunki autora - niewiele, bo zaledwie dwa, ale nic dziwnego, gdyż Bukowski miał olbrzymi problem ze szkicem kota. Prawie zawsze, kiedy kreślił wizerunek kota, ten na papierze przekształcał się w psa. Potwierdzam - rysunek na stronie tytułowej w moim przekonaniu może przedstawiać bullteriera, ewentualnie dobermana. 

Im więcej człowiek ma kotów, tym dłużej żyje. 

Co Buk mówi o kotach? Prawdę. Jako posiadaczka kota mogę się podpisać pod jego słowami. Słodko - gorzkie uczucie i relacja, w której miłość walczy z nienawiścią. Jednostronnie przywiązanie i obojętność. Złość i uwielbienie. Służalczość i wykorzystywanie. Tak to właśnie wygląda. Oprócz tego autor zwraca również uwagę na zwierzęcą piękność i dziką naturę kota. 

I mieliśmy te nowe drzwi w bocznej ścianie domu. I jeszcze wiele innych do otwarcia. 

Czy mam jakieś zastrzeżenia? Hmm... Jasne, jest to inny Bukowski, którego znam, ale wciąż jest to Bukowski. Nawet pisząc lekkie i niezobowiązujące teksty, przemyca w nich siebie - swój styl, swoje cechy osobowości. Ja to lubię. Lubię szczerość, autentyczność i bezpośredniość Buka nawet w tych, wydawałoby się, bezsensownych tematach. Jednocześnie wolę Buka, który bije się ze społeczeństwem, ale co, kto woli. Ten zbiór postrzegam jako kulisy jego twórczości.

nie lubię miłości jako rozkazu, poszukiwania. ona musi przyjść do siebie jak głodny kot pod drzwi. 

Minusem jest dla mnie samo wydanie. Nie wiem, kto był tak genialny, aby inną czcionką wydrukować poezję. W dodatku taką czcionką, jakby były to wierszyki o koteczkach dla dzieci w podstawówce (kto wie, może chodziło właśnie o takie wrażenie). Dwie czcionki nie miały sensu, nie mówiąc o tym, że źle się to czytało. 

"uśpić? - powiedziałem - 
chyba raczej
z g ł a d z i ć?"

"O kotach" to lektura, którą niekoniecznie polecam fanom pisarza. Tym razem tytuł polecam przede wszystkim fanom kotów - oni na pewno się tutaj odnajdą. Czy czytelnicy Bukowskiego będą zachwyceni? Trudno powiedzieć, choć ewidentnie jest to odrobinę potulniejszy Buk. Nie potulny, ale potulniejszy, choć wciąż Buk. Tylko czy wydanie "O kotach" było potrzebne? Według mnie - nie. Zalatuje trochę naiwnym marketingiem i chęcią zarobienia na ludziach, którzy dla kotów zrobią wszystko.

ten kot był czyjś
miał obrożę przeciw pchłom. 
mniej jasna sprawa z 
kobietą

Przeczytane: 11.10.2017
Ocena: 6/10

niedziela, 8 października 2017

143. Timothy D. Walker "Fińskie dzieci uczą się najlepiej"

Jako studentka psychologii w edukacji oraz miłośniczka Finlandii, musiałam sięgnąć po nowość na rynku czytelniczym, która łączy te dwie dziedziny - "Fińskie dzieci uczą się najlepiej". Nie muszę chyba mówić, że jestem entuzjastką fińskiego systemu edukacji? Temat ten jest na tyle ciekawy i tak obszerny, że poruszałam go na niejednej swojej prezentacji. Przygotowując się do nich, brakowało mi solidnej wzmianki na temat fińskich szkół w polskim obiegu, więc chętnie przygarnęłam na swoją półkę ten tytuł. 

Zerkając na okładkę, od razu rzuca się w oczy, że autorem nie jest Fin. Timothy D. Walker to młody amerykański nauczyciel, który wraz ze swoją fińską żoną przeprowadził się do Helsinek, gdzie podjął pracę w powszechnej szkole podstawowej. Nie mając za wiele pojęcia na temat fińskich szkół, od razu zderzył się z inną rzeczywistością, do której nie był przygotowany. Rzeczywistość ta jest lepsza, choć trudno i ciężko się do niej dostosować. 

Prawdę mówiąc, jestem odrobinę (trochę bardzo) rozczarowana tą książką. Sądziłam, że autor wykaże inność fińskiego systemu edukacji od podstaw - od samego rozplanowania trybu nauki, rodzajów szkół do systemu oceniania i życia codziennego w placówkach. Łudziłam się, że jego praktyczne zaplecze pokaże, jak naprawdę wygląda nauka w fińskiej podstawówce. Na to właśnie przygotował mnie opis na odwrocie. 

Patrząc jednak na napis pod tytułem, można spodziewać się jakiegoś poradnika - i chyba właśnie tak należy rozpatrywać tę pozycję, bo to tylko rady dla nauczycieli, zainspirowane fińską edukacją. Nic więcej. Kilka sytuacji dla przykładu i kilka słów wprowadzających do rozdziału. 

Problem tej książki polega na tym, że nie wiadomo, do kogo miała być adresowana. Do nauczycieli? W takim razie po co tak duże zaplecze teorii dydaktyki, skoro pedagodzy na całym świecie znają ją (lub powinni) doskonale. Wydawca sądzi, że to "inspirująca lektura dla rodziców, dziadków, nauczycieli i każdego z nas". Jasne, tylko szkoda, że autor nie zaznaczył, jak wygląda cała "teoria" szkół w Finlandii. Wdrożenie kilka jego rad do swojego sposobu uczenia może być bardzo dobre, ale nie zbawienne dla uczniów, bo to głównie sam system odpowiada za fenomen fińskich szkół, a nie pojedynczy nauczyciel - o tym powinien pamiętać każdy polski nauczyciel, który sięgnie po tę lekturę. 

Nie mówię jednocześnie, że książka jest zła. Jest ciekawa, ale o fińskim systemie edukacji niewiele się z niej można dowiedzieć. Ba, więcej można wywnioskować na ten temat ze skrzydełek okładki  (a jeszcze więcej z posłowia) niż z samego tekstu, choć to może być przejawem kreatywnej formy wydania. Zapewne dla niektórych tytuł okaże się inspirujący i zachęci do zmian w swojej pracy, ale... Proszę Was. Autor nie udzielił super innowacyjnych rad - każdy mógłby na to wpaść, gdyby tylko trochę ruszył głową. Z drugiej strony, skostniałość i schematyczność w polskich szkołach nie pozwalają nawet na tak niewielki przejaw kreatywności. 

Lektura dla nauczycieli? Owszem, choć muszą się oni przygotować na małą powtórkę z wykładów na studiach. Dla ludzi zainteresowanych edukacją lub Finlandią, a przede wszystkim fińskim systemem edukacji, bardziej polecam kilka rozdziałów z książki "100 fińskich innowacji społecznych" (recenzja tutaj). Daje ona większe wyobrażenie o fińskich szkołach oraz pokazuje brutalną prawdę. Kultura kulturą, ale fińskie szkoły są dobre, bo różnego rodzaju obszary są ze sobą powiązane - edukacja dzieci z trybem pracy dorosłych, praca dorosłych z kwestią mieszkań i tak dalej. "Fińskie dzieci uczą się najlepiej" to tylko dopełnienie tegoż tytułu.

Przeczytane: 07.10.2017
Ocena: 5/10

wtorek, 3 października 2017

142. John Cleland "Fanny Hill. Wspomnienia kurtyzany"

Rzeczy nowe zawsze wywierają najsilniejsze wrażenie - osobliwie w dawaniu i czerpaniu rozkoszy. 

Trzeba przyznać, że Fanny Hill ma tupet. Ta młodziutka dziewczyna wzbudziła spore kontrowersje i wpakowała swojego twórcę do więzienia (najpierw go z niego wyciągnęła, przynosząc mu dochód z publikacji, a później znów go tam wepchnęła przez swoją rozpustę, którą rzekomo szerzyła wśród czytelników).  Ale czy dzisiaj - w dobie Greya - wciąż potrafi szokować?

Możemy mówić, co nam się żywnie podoba, ale ci, z którymi czujemy się najswobodniej, są tymi, których najbardziej kochamy. 

Tytuł "Fanny Hill. Wspomnienia kurtyzany" mówi sam za siebie. Książka nie jest niczym innym, jak relacją młodziej dziewczyny, która wkracza na drogę płatnych rozkoszy. Chociaż tytuł na to nie wskazuje, a lektura zaklasyfikowana została do gatunku powieści erotycznych (częściej nazywa się ją pornograficzną), to jednak ma ona formę listów. Tak, tak, to powieść epistolarna, choć podczas czytania trudno to odczuć. Po prostu czytelnik ma wrażenie, że przysiadł na werandzie i wdaje się w szczerą rozmowę z wylewną Fanny.

Skromność, zauważyli, uchodzi za cnotę tylko wśród tych, którzy traktują ją jako podnietę, wszakże ich zdaniem jest ona impertynencką mieszaniną i psuje świeży, nieudawany bukiet kielicha rozkoszy, uznają ją przeto za śmiertelnego wroga i nie znają dla niej litości, gdziekolwiek się na nią natkną. 

Prawdę mówiąc, byłam ogromnie ciekawa tej książki - jak każdego niegdyś zakazanego tytułu. Obawiałam się, że swoisty pamiętnik napisany w 1748 roku będzie trudna do przeczytania ze względu na swój starodawny styl, a erotyka w takim wydaniu okaże się żałośnie śmieszna. Jakże się myliłam.

Mężczyźni, mówiąc najogólniej, nie mają najczęściej pojęcia, jak bardzo szkodzą swej rozkoszy przez brak szacunku i czułości należnej naszej płci, a osobliwie tym z nas, które żyją z tego, iż rozkosz tę im sprawiają. 

Fanny Hill być może nie zaskakuje współczesnych czytelników swoją rozwiązłością, a już na pewno nie pomysłowością w cielesnych rozrywkach. Zaskakuje za to czymś lepszym - finezją stylu i zmysłowością słowa. Na rynku brakuje erotyków, które są naprawdę dobrze napisane, a poważni autorzy często się ośmieszają przy scenach tego typu. John Cleland potrafi zaspokoić wszystkie zmysły czytelnika - i namiętność, i estetykę. Co najważniejsze, metafory są wyszukane, ale nieodbiegające od tematu. Nie spotyka się tu przesytu słowa, choć jednocześnie emocje są cały czas obecne.

Przekonałam się wszakże na sobie, iż rzeczy, które nas przerażają, o ile nie jesteśmy w stanie się od nich oddalić, przyciągają nasz wzrok tak samo jak te, które uznajemy za przyjemne. 

Ale czy to jeszcze erotyka, czy pornografia? Jak dla mnie - trudno powiedzieć, choć zbliżam się ku pierwszej z opcji. Dziś występki Fanny Hill nie uchodzą za bulwersujące w kręgu naszej kultury, a ciekawość ludzka posunęła ciała do większych eksperymentów. Dla mnie lektura była opowieścią młodej dziewczyny o pracy, która była dla niej korzystna. Bo przecież Fanny mogła podjąć inną, cięższą, nikt jej nie zmuszał do prostytucji. To był jej wybór. Może nie angażowała się uczuciowo w relacje, ale otwarcie przyznała, że praca ta idealnie poskramiała jej żądzę. Nie narzekała też, ba, wychwalała swoją chlebodawczynię. 

I mówiąc szczerz lubiłam go tak bardzo, iż z największym trudem przychodziło mi zaprzeczać, że go nie kocham. 

Może właśnie ten ostatni aspekt budzi w kimś negatywne emocje, ale mnie bardziej  od płatnych łóżkowych swawoli bulwersuje oszukiwanie klientów we współczesnym biurze. Innych w oczy może godzić dobrowolność oddawania swojego ciała obcemu mężczyźnie. Śmieszne, że tych samych osób nie oburza fakt takich samych występków, ale nieodpłatnych, a często bardziej poniżających. Prawdopodobnie też godność Fanny może być uznana za szokującą - bo co, jak co, ale dziewczyna nigdy nie upodliła się, utrzymując dziewczęcy błysk i rumiane policzki.

Nic nie umknie czujności zmysłów kierowanych miłością. 

Dla mnie najważniejszy był brak umoralniania. Dobrze było odrzucić całkowicie kategoryzowanie na przedziale moralny - niemoralny, a skupienie się na cielesności i zmysłowości. Ot, prawdziwa swawola, bez wyrzutów sumienia. Bohaterka przyznała, że nie jest odpowiednią osobą do prawienia morałów, choć jej profesja pozwala na kilka słów refleksji, którymi podzieliła się na samym końcu swojej opowieści. Krótko i zwięźle, czyli tak, jak być powinno - odwrotnie w stosunku do zbędnego i nieprzyjemnego w odbiorze posłowia. 

Ścieżki Cnoty porastają tylko i wyłącznie róże, i to takie, które nigdy nie bledną. 

Książkę polecam, głównie przez wgląd na poznanie literatury, kultury i historii, bo tej pozycji nie można odmówić, że była ważna i pod wieloma względami przełomowa. Zwraca też uwagę na to, o czym dzisiaj wielu ludzi zapomina - wskazuje na różnice między pożądaniem a miłością.

Mężczyźni, osobliwie tacy, którym wpadnie się w oko, mają w sobie niezgłębione pokłady łatwowierności, o jakiej nie ma pojęcia ich władcza mądrość, wskutek czego najbystrzejsi z nich stają się tak często naszymi ofiarami.

Przeczytane: 02.10.2017
Ocena: 9/10

niedziela, 1 października 2017

141. Podsumowanie września

Aż wstyd robić zestawienie książek przeczytanych we wrześniu. Nie miałam za dużo okazji do czytania, a dodatkowo trzeba było załatwić formalne sprawy na uczelni oraz zorganizować się na nowy semestr. Wzmożony okres nauki w nowej pracy też nie ułatwiał sprawy, ale nie wszystko stracone, bo oprócz przeczytanych książek znalazły się dwie, które uprawie udało mi się odłożyć na półkę oraz wzięłam się za jedną ogromną cegłę. Dorzucić do tego namiętne czytanie ff... Chyba zatem rozumiecie. No i byłam zafascynowana spełnieniem swojego kolejnego marzenia - koncertem The Sisters of Mercy. 

Niemniej, we wrześniu udało mi się ukończyć czytanie 3 książek (1020 stron), w tym dwie z nich wywołały we mnie kaca książkowego. Pierwszą z nich była część rozpoczynająca trylogię "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek". Recenzję napiszę, jak (o ile) ochłonę z emocji po lekturze. Coś niesamowitego, od razu zamówiłam kolejne tomy. Drugą tak emocjonalną książką okazało się "Miasto szkła" - według mnie najlepsza póki co część serii "Dary anioła". Też aż tak się wciągnęłam, że zamówiłam z miejsca czwarty tom. W tym przypadku jednak na recenzję nie liczcie. Za to recenzję trzeciej przeczytanej przeze mnie we wrześniu książki - "KochAna" naszej rodzimej autorki - możecie przeczytać tutaj

Z tych lepszych rzeczy - udało mi się wygospodarować więcej czasu na bloga, który w tym miesiącu obchodził swoje pierwsze urodziny. Z tej okazji pojawił się konkurs (wpis dotyczący konkursu i prace uczestników wraz z wynikami). Oprócz tego wrzuciłam podsumowanie sierpnia i 3 recenzje ("Kłopoty to męska specjalność""Boskie przyrodzenie. Historia penisa" i "KochAna"). 6 wpisów to może nie jest specjalnie dużo, ale to i tak ponad jeden na tydzień. 

Trzymam kciuki za Wasz i mój październik oraz życzę weny czytelniczej. Mam też nadzieję, że we wrześniu przeczytaliście zdecydowanie więcej ode mnie. 


czwartek, 28 września 2017

140. Charles Bukowski "Kłopoty to męska specjalność"

- Kochał mnie. 
- Bzdura. Strach przed samotnością zaprowadził go do twojej pochwy. 

Często pytacie mnie, jaką książkę Bukowskiego polecam na początek. Nigdy nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie, chociaż sama zaczęłam od "Zapisków starego świntucha", a  dopiero sięgnęłam po pierwszą powieść autora, czyli po "Listonosza". Oba tytuły jednak nie są dobre na rozpoczęcie przygody z pisarzem. Co jest więc dobre? Bezapelacyjnie "Kłopoty to męska specjalność".

Jedyni ludzie, którzy znają litość, to ci, którzy jej potrzebują. 

Tytuł oryginału brzmi "Hot Water Music" (powstał nawet zespół inspirowany książką - grupa wykonuje muzykę z gatunku punk) i, prawdę mówiąc, nie spodziewałam się tak brzmiącego tytułu. Polski odpowiednik był tak trafny, że wydawał się być po prostu translacyjną kalką, a nie wariacją tłumacza.

Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być. 

Dlaczego jest to dobra książka na początek? Otóż dlatego, że Bukowski zawarł w niej wszystkie motywy charakterystyczne dla swojego pisarstwa. Zbiór opowiadań dotyka tematyki kobiet, (braku) pracy, alkoholu, seksu, społeczeństwa i pisarstwa samego w sobie. Nieodłącznym elementem jest muzyka klasyczna oraz wieczne problemy z samochodem. Pozornie błahe wywody autora doprowadzą do poważnych refleksji, wymuszając w czytelniku myślenie i aktywne czytanie.

To będzie jego ostatni romans. Zbyt dużo go to kosztowało. Kobiety były silniejsze od mężczyzn. Znały wszystkie chwyty. On nie znał żadnych.

Mało tego - wspomniane motywy zrealizowane są stylem bardzo bukowskim. Dopiero odkładając książkę zdałam sobie sprawę, że właśnie w tej powieści warsztat Bukowskiego jest najlepszy, najbardziej jego. Na pewno jest to duża przepaść pomiędzy jego pierwszą powieścią a tą książką. Czyta się lekko jak dziewiczego "Listonosza", ale jednocześnie książka nie jest lekka, choć często się przy niej śmiałam. To pozycja, którą można wziąć na poważnie i którą można dołączyć do obowiązkowych lektur czytelnika, chcącego poznać jak najwięcej dobrej literatury, niezależnie od gatunku.

W naszym społeczeństwie ciekawe miejsca, do których można by pójść, są w większości albo nielegalne, albo kosztowne. 

Wiem, że słowo "kunszt" niezbyt pasuje do Bukowskiego, jednak uważam, w tej książce autor zaprezentował, czym jest właśnie bukowski kunszt. Lekkie pióro i oszczędność w słowach pobudzają mózg czytelnika, zmuszając go do własnych przemyśleń. Sam prezentuje swój punkt widzenia na istotne sprawy z dużą dawką dystansu, jednocześnie nie mając go dla spraw bardziej przyziemnych. Lekkość i ciężkość w jednym.

Niewykluczone, że talent to umiejętność wyrażania głębokiej myśli w prosty sposób.

"Kłopoty to męska specjalność" jest nie tylko dobrą książką dla początkujących z Bukowskim. Bukowość jest w niej tak bardzo wyrazista, że jeśli ktoś nie chce czytać wszystkich jego książek, ale dla czystego sumienia planuje zmierzyć się z jego piórem, to ten tytuł będzie idealny. Ta  po prostu przedstawicielka jego twórczości.

- Mówił, że jesteś pijakiem. 
- A widzisz, coś jednak osiągnąłem. 

Przeczytane: 25.08.2017
Ocena: 10/10


poniedziałek, 25 września 2017

139. Wyniki konkursu urodzinowego + prace uczestników

Przyszedł dzień rozstrzygnięcia konkursu urodzinowego. Jestem oczarowana wszystkimi pracami, które wylądowały na mojej skrzynce pocztowej. Coś niesamowitego! Nie spodziewałam się, że aż tyle kreatywności w Was to wyzwoli. Jestem też bardzo zdziwiona formą, którą upodobała sobie większość uczestników. Spodziewałam się głównie krótkich opowiadań, a dostałam w większości wiersze. Dziękuję nie tylko za prace konkursowe, ale też za wiadomości z inspirującymi słowami - to niesamowite, że konkurs zmotywował niektórych z Was do powrotu do pisania. 

Zwycięzcą konkursu jest Monika (mess and all the rest), której serdecznie gratuluję. Wierszyk okazał się tak fenomenalny, że przeczytałam go już kilkadziesiąt razy i za każdym razem uśmiecham się szeroko. Tak wiele motywów fińskich w kilku wersach! Mam nadzieję, że herbatka zainspiruje Cię do kolejnych wierszyków (mogą być nawet z Muminkiem w tle!), a przepis na ciasteczka będzie perfekcyjny, niczym słodkości Fazera. To właśnie do Ciebie powędrują wykrawaczki do ciastek i herbata z Muminkami. Gratuluję!

W czasie wyprawy do Helsinek,
Odwiedził mnie pewien miły Muminek,
By kroku dotrzymać podczas wyprawy. 
Swym fińskim zwyczajem zaoferował kawy,
następnie ciastko w cukierni u Karla*
aby wycieczka nie była marna!
(słodycze są moją wielką słabością
a czekolada fińska jest mą prawdziwą miłością)
Nie można odmówić takiej propozycji,
gdy jest się fanem muminkowej aparycji.
Po ciastku i kawie, nadszedł czas na zwiedzanie,
wyspy zielonej, na morzu, schowanej w trawie,
Wyspa ta o nazwie - Suomenlinna,
jest niezwykłością nie tylko dla Fina,
po tej wyprawie, i powrocie do portu,
by zażyć chwili miłego komfortu,
Muminek wziął mnie na obiad niedrogi,
gdzie zjeść mogliśmy ryby i karelskie pierogi,
Taki to własnie spotkał mnie przywilej,
że Pan Muminek oprowadzał mnie najmilej,
a moje wakacje - aż tak wyjątkowe
że odjęło mi mowę i straciłam głowę.

 PS. 
Pan Muminek, przyjaciel Tove,
wywołał we mnie prawdziwe love :)

*Karla Fazera oczywiście!

Serdecznie gratuluję również pozostałym uczestnikom konkursu. Wasze prace również namalowały na mojej twarzy szeroki i prawdziwy uśmiech. Wierzcie mi lub nie, ale od uśmiechu aż bolały mnie policzki. Niezwykłą radość sprawiło mi czytanie tych prac i mam nadzieję, że równie przyjemnie Wam się je tworzyło. W ramach nagrody powędrują na Wasze skrzynki mailowe kody rabatowe do Sklepu z powyłamywanymi nogami

Praca Ilony (booksofmylifeee) - "Sara i jej nowy przyjaciel."
Pewnego dnia wyszłam na podwórko. Była to niedziela, zdecydowanie cieplejsza niż zawsze. Postanowiłam posiedzieć trochę na ławce przed domem i poczytać moją ulubioną książkę " W dolinie Muminków ". Od kiedy pamiętam miałam obsesję na punkcie Muminków. Muminki to było całe moje życie, tak myślałam dopóki nie nadszedł ten dzień. Wracając do tej pięknej niedzieli, usiadłam na ławce i zaczęłam czytać.  Po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że tak naprawdę to nie czytam ja. To znaczy czytałam w myślach ale słyszałam jakiś dziwny głos z za krzaków. Ten ,,głos" czytał tę samą książek co  ja oraz ten sam fragment. Kiedy oderwałam się od czytania głos ucichł. Pomyślałam wtedy, dobra zobaczmy co się wydarzy gdy wrócę do czytania. Schyliłam głowę nad książkę i nagle głos znów zaczął czytać. Podniosłam wzrok i nastała cisza.Opuściłam głowę, głos. Podniosłam, cisza. 
-Co do cholery! - krzykłam z frustracją ale i z lekkim strachem. Kolejna cisza. Może to mój głupkowaty brat? Znowu zaczyna mi się psocić. Ale skąd by znał tekst? Dobra koniec tych żartów, pomyślałam. Zaczęłam znowu czytać aby dowiedzieć się skąd dokładnie dobiega głos. Głos dobiegła z krzaków, które obrastają ogromne kamienie i kamyki. Podeszłam do krzaków wolnym krokiem, odgarnęłam je ręką i zaniemowiłam. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Jak? Jak to możliwe? Nie, to nie możliwe to tylko głupi żart. Przed sobą zobaczyłam stworka z Finlandii, a dokładnie siedzącego Muminka, który trzyma w jednej dłoni książkę a w drugiej kamyk. Obok jego stał koszyk pełen kolorowych kamieni z naszego ogródka. 
-Oskar! Dość! Twoje żarty są już na prawdę nudne. Wyjdź i przestań robić z siebie głupca! Muminek, a raczej osoba prebrana za niego spojrzała na mnie po czym się odezwała. 
-Nie jestem Oskarem, jestem Muminek! I proszę mnie nie obrażać! 
O boże , to nie Oskar, to nie ten sam głos.. Dopiero teraz się zoriențowałam.
-Nie wierzę Ci! Zdejmij ten kostium i się ze mnie nie nabijaj. To już nie jest zabawne! Kim jesteś co? Może to ty Alice? Wiem, że mnie nie lubisz i świetnie potrafisz zmieniać głos. - Tak, to na pewno ta wredna sąsiadka Alice.
- Jestem Muminek! Przestań mnie obrażać! 
- Potrafisz mówić coś innego oprócz ,,Jestem Muminek, przestań mnie obrażać". - Gdy tylko to powiedziałam, zrobiłam w powietrzu za pomocą palców cudzysłowie. 
-Umiem. Jestem Muminek i czytam z tobą książkę a ty tylko mnie obrażasz. - odpowiedział mi nawet się na mnie nie patrząc. 
-Tak.. Udowodnij! Nie wierzę ci w ani jedno słowo. Po pierwsze to nie możliwe. Po drugie..  Nagle Muminek wstał i pokazał mi swoją skórę. Rzeczywiście była to jego skóra a nie przebranie. Nie mogłam w to uwierzyć, ale gdy zobczyłam, że ma prawdziwą skórę zaczęłam mu wierzyć. Tak, możecie pomyśleć, że zwariowałam. On żyje, jest na moim podwórku, czyta moją ulubioną książkę i tak jak w książkach zbiera kamyki! 
-Ja chyba śnię albo nie wiem sama.. Chciałam coś jeszcze powiedzieć ale nie wiedziałam co. 
-Tak Saro, śnisz na jawie. Jeżeli chcesz mogę ci wszystko opowiedzieć ale to nie dziś i nie tutaj.. 
I w tym momencie obraz zaczął mi się rozmazywać. Obudziłam się i wtedy zobaczyłam, że tak na prawdę nie wyszłam wtedy na dwór tylko zasnęłam w łóżku myśląc o tym aby wyjść. Ale to nie wszystko. Kiedy odwróciłam się na drugi bok, na poduszce leżała książka. Nie ta moja, ta druga. Na książce widniała porcelanowa postać Minionka a obok kartka. Wzięłam do ręki kartkę i przeczytałam ,,Dziś wieczorem kiedy zaśniesz spotkamy się nad stawem, tam opowiem Ci całą historię dlaczego pojawiam się w twoich snach. Do zobaczenia Saro''. 
I tak właśnie zyskałam najlepszego sennego przyjaciela.

Praca Judyty (Dycia)
Był sobie mały muminek
który budował kamienny kominek
Bo nie chciał marznąć w zimowe wieczory
Nie chciał być znowu ciągle chory
Lecz coś mu nie szło, trudna to praca
ale to praca, więc się opłaca
miał być ogień i ciepła wiele
a tu na pomoc przyszli przyjaciele
I cała praca ruszyła wielką parą
wozili cement metalową karą
I tak w kilka godzin powstał kominek
Z czego ucieszył sie mały muminek
Mama muminek zrobiła herbatę
Zaprosiła przyjaciół i od muminka tatę
Wszyscy posiadali przed pięknym kominkiem
i taka to historia z kochanym Muminkiem!

Praca Agnieszki (Avrea) - "Muminki"
Wszystkie Muminki mają słodkie minki i piją pełne dzbanki herbatki
Choć u Małej Mi dziewczynki raczej , to są kwaśne minki
Tupnie nogą , zrobi minę kwaśną jak cytrynę i jak nie kochać taką dziewczynę :)
Za to Włóczykij prawie nic nie powie , bo ma plany następnych podróży po herbatę  już w swej głowie.
Mama Muminka herbatę parzy i całą Rodzinkę i Przyjaciół napoić marzy :)
Tata Muminka teraz poważny ,a kiedys był bardzo nierozważny ;)
Za to Muminek z Panną Migotką zawsze się cieszą z herbaty  i usmiechają słodko :d
Tak to się toczy  życie  przy herbacie w Dolinie i z tego Rodzinka Muminków słynie :))

Praca Katrzyny (Powicher) - "Spotkanie"
Powietrze pachniało już inaczej.  Zdecydowanie inaczej niż jeszcze tydzień czy dwa temu. Znów nastał ten magiczny czas, kiedy wszędzie zaczynają dominować  nuty jesienności. Zwłaszcza jeśli chodziło o zapachy. Jasnowłosa dziewczyna, która właśnie pojawiła się u stóp niewielkiej ścieżynki,  uwielbiała ów moment i za każdym razem nieco mocniej odczuwała, że zbliża się jej ulubiona pora roku.  Wciągnęła powietrze głęboko w płuca, uśmiechnęła się i pewnym krokiem ruszyła przed siebie. Wąska, mało uczęszczana dróżka prowadziła nieco w górę pośród rudziejących już łąk, a jej koniec znikał w leśnym gąszczu. Dziewczyna maszerowała raźno, cieszyła się popołudniowym słońcem, którego dobrotliwe promienie barwiły wszystko na złoto i pomarańczowo. Powoli zbliżał się wieczór i ktoś postronny mógłby pomyśleć, że to nie jest najlepsza pora na wędrówki zwłaszcza, że wraz z wieczorem zbliżał się typowy, wrześniowy chłód. Jednak dla miłośniczki jesieni była to wręcz idealna pora. Nie byłą ona bowiem zwykłą podróżniczką, która postanowiła wybrać się na grzybobranie. Jasnowłosa była leśną czarownicą, zielarką i szeptunką. W zasadzie wszystkim po trochu, taką bowiem wyrobiła sobie szeroką specjalizację. Lubiła otaczającą ją aurę tajemniczości i ten respekt oraz szacunek, z jakim odnosili się do niej ludzie. Oczywiście po cichu żartowali sobie z jej „pracy” bo cóż to niby za zajęcie, czarownicowanie? Zabobon i zaściankowość, ot co. Przecież nawet nie wyglądała jak czarownica, żadnych brodawek na nosie, siwych włosów ani garbu na plecach. Nie miała nawet miotły ani kosturka, że już nie ma co wspominać o chatce na kurzej nóżce. Phi, taka czarownica. Uzurpatorka!  Ale gdy przychodziło co do czego i pojawiała się paląca potrzeba pomocy, ich kroki zawsze nieomylnie kierowały się najpierw ku domowi tej właśnie „uzurpatorki”.  Imię dziewczyny niech pozostanie tajemnicą, zupełnie jak to co ją spotkało w lesie. Ale o tym za chwilę…. Wróćmy jednak do naszej historii. Dziewczyna dotarła do skraju lasu i śmiało wkroczyła w ciemniejącą już coraz bardziej knieję. Taki wczesny wieczór, na przełomie spalającego się już lata i wczesnej jesieni był idealnym momentem na zbiór rzadkich gatunków ziół i porostów niezbędnych każdej szanującej się czarownicy do jej tajemnych mikstur. Lub po prostu niezbędnych. Choćby do pysznej, rozgrzewającej herbaty z brzozowej kory która przy okazji eliminuje ból głowy.  W każdym razie po to właśnie nasza czarownica wybrała się na tą wieczorną wyprawę. Weszła w las głębiej, do tylko sobie znanych miejsc. Zbierała zioła i inne ingrediencje szybko, sprawnie i ze znawstwem, nie niszcząc przy tym leśnego poszycia ani nie szkodząc w żaden sposób żadnym innym leśnym mieszkańcom. Gdzieś nad nią kołowały ptaki i swym trelem witały nadchodzącą noc.  Nieopodal  w gęstwinie odzywały się dzikie zwierzęta, wybierające się powoli na żer. Wbrew pozorom las nie był cichy i spokojny, a zwłaszcza nie o tej porze. Dziewczyna z uśmiechem przysłuchiwała się jak od poszycia aż do koron drzew tętni w nim życie. Znała i bardzo lubiła te odgłosy, nie bała się ale też nie starała się niepotrzebnie nie manifestować  swojej obecności by nie zakłócać harmonii lasu. Ta wizyta w lesie była także dla niej swoistą chwilą wytchnienia od pędu codzienności. Czarownica, choć parała się zawodem dość niewspółczesnym to zupełnie współcześnie cierpiała na brak czasu na wszystko. Oczywiście bywała zestresowana, zmęczona, zniechęcona…ale to chyba było normalne w dzisiejszych czasach…Nie ma co narzekać, życie i już. Wtem, gdy zatrzymała się przy wyjątkowo dorodnych okazach dzikich pokrzyw (świetnych na zupę), jej uszu doleciał dźwięk obcy i zupełnie nie znany. A już na pewno nie był to odgłos, którego można się było w tym lesie spodziewać. Mianowicie gdzieś w pobliżu, w odległości może parunastu kroków od miejsca w którym przystanęła, w pobliżu słychać było dźwięk…harmonijki. Zwykłej ustnej harmonijki. Ktoś szedł lasem i grał, a melodia była tak smutna i tęskna, tak cudownie komponowała się z zapadającym zmierzchem, że dziewczyna nawet przez moment nie pomyślała, że ten kto ją gra, może mieć jakieś złe zamiary. Wsłuchana w melodię odłożyła koszyk i nóż, otrzepała kolana z mchu i cicho, powoli ruszyła ku źródłu dźwięku. Po cichu przebrnęła przez chaszcze i leśne ostępy, melodyjka była coraz głośniejsza. Ciekawe, kim jest ten leśny grajek? Przystanęła w zasadzie tuż przy ścieżce, po której (jak przypuszczała) maszerował ów osobnik. Ukryła się za grubym pniem omszałego drzewa, ot tak na wszelki wypadek gdyby jednak grajek okazał się być nieprzyjemny....Odgłos harmonijki znów przybrał na sile i po chwili oczom czarownicy ukazała się postać mężczyzny, a może jednak chłopca?... Osobnik  ubrany był w zielony podróżny płaszcz, szalik, buty typowego wędrowca oraz dziwny, spiczasty i nieco już sfatygowany kapelusz. Podróżnik miał na plecach równie sfatygowany,  ale bardzo fachowo spakowany plecak, przy jednej ze szlufek umocowany namiot, a także dzbanek do gotowania kawy nad ogniskiem.  Wędrowiec szedł niespiesznie, miał w sobie coś…nieziemskiego. Taki spokój, jakby stanowił nieodłączny element krajobrazu. A melodia była coraz bardziej słodka i coraz bardziej tęskna. Czarownica wbrew zdrowemu rozsądkowi wyłoniła się zza drzewa, przystanęła na ścieżce tuż przed wędrującym. Serce jej biło mocno, przyspieszonym rytmem gdyż zdaje się, że rozpoznała tą dziwną osobistość. Wędrowiec spokojnie dokończył grać, zatrzymał się na chwilę i popatrzył na dziewczynę dużymi oczami  o niesłychanej głębi. Uśmiechnął się lekko, sympatycznie.
- Hej, hej. Czyż to nie piękny wieczór na piosenkę? – spytał ciepłym głosem, szarmancko uchylił kapelusza.
- Hm…ta-ak. Witaj, to faktycznie bardzo piękny wieczór… - usłyszała, że trochę się jąka. Czyżby się zawstydziła? A może to niedowierzanie odebrało jej zdolność normalnego mówienia? Bo przed nią oto, jeśli nie mylił jej wzrok i nie zwodziły pozostałe zmysły, stał właśnie Włóczykij we własnej wspaniałej osobie. Postać ukochana, najulubieńsza ze wszystkich bohaterów opowieści niezrównanej Tove Jansson.  Wolny duch, pierwszy poznany w dzieciństwie anarchista i ideał każdej małej dziewczynki. Tylko że…no właśnie. Włóczykij był postacią fikcyjną, owszem może i inspirowaną kimś realnym, żyjącym niemniej wciąż pozostawał bohaterem książki. A ten, którego miała przed sobą czarownica nie wyglądał jakby był narysowany. Był żywy, realny, na wyciagnięcie ręki.
- Czy ja cię naprawdę widzę? – spytała wciąż oszołomiona dziewczyna. A Włóczykij, cóż jak to Włóczykij, wzruszył ramionami i poprawił na ramionach swój wysłużony plecak.
- Być może mnie widzisz. Za pewne tak właśnie jest chociaż…skoro wieczór jest dobry na piosenkę, to może też jest dobry by śnić na jawie. Nie uważasz? – jego uśmiech stał się odrobinkę zadziorny. Włóczykij poprawił kapelusz i szalik, przetarł rękawem grzbiet błyszczącej harmonijki po czym skinął oniemiałej dziewczynie głową – Czas na mnie, wszak piosenka nie ułoży się sama. Hej! – rzucił po czym wyminął czarownicę, a już po chwili smutna melodia ponownie rozbrzmiała wśród drzew. Dziewczyna zamrugała gwałtownie, odwróciła się i nawet zrobiła krok w stronę odchodzącego ścieżką wędrowca, ale coś jakby wmurowało ją w ziemię i zupełnie odebrało zdolność poruszania się. Zrezygnowana patrzyła więc jak Włóczykij znika wśród gęstwiny i po chwili widziała już tylko niewyraźny zarys postaci i ulotne, ledwo słyszalne już dźwięki harmonijki. W zasadzie dopiero przelatująca nisko nad jej głową sowa wyrwała ją z tego dziwnego odrętwienia i zadumania. Czarownica pokręciła głową, cały czas niedowierzając czy to to się wydarzyło było jawą czy jak sugerował Włóczykij snem na jawie? Ogarnęło ją błogie poczucie nostalgii pospołu z rozczuleniem i taką niewyobrażalnie wielką tęsknotą za dzieciństwem, kiedy to ów bohater był bardzo ważną, wręcz kluczową postacią w jej życiu. Przypomniała sobie te wszystkie chwile, kiedy zapominała o całym świecie przy lekturze „Muminków.” Kiedy potrafiła godzinami rozpaczać, gdy Włóczykij odchodził na Południe i kiedy pospołu z Muminkiem zastanawiała się, czy powróci do Doliny. Kiedy wraz ze wszystkimi mieszkańcami Doliny Muminków wsłuchiwała się w te wesołe i w te zupełnie smutne melodie wygrywane na harmonijce. Kiedy zazdrościła Muminkowi i Małej Mi, że mogą biec beztrosko do miejsca nad rzeką gdzie Włóczykij miał swój namiot i wraz z nim pić pyszną kawę i przeżywać przygody….”Kiedy ja tak szybko dorosłam?” pomyślała zaskoczona. Jeszcze raz popatrzyła na drogę, gdzie ostatni raz widziała Włóczykija. I sama już nie wiedziała, czy to faktycznie była prawda. Nad lasem zapadła już noc, czarownica uświadomiła sobie, że z dalszego zbierania ziół już nici. Wróciła więc do miejsca gdzie pozostawiła swój dobytek, zebrała wszystko i powoli wyruszyła w drogę powrotną do domu. W powietrzu unosił się zapach babiego lata i palonych ognisk, ciemność nocy rozświetlały właśnie te pomarańczowe punkciki płonącego ognia, rozstrzelone niczym gwiazdy na zboczach pagórków. Czarownica szła, zadumana i zamyślona nad tym co się przydarzyło. Nagle coś błysnęło  na ścieżce tuż przed nią. Jakiś metalowy przedmiot? Pochyliła się by już po chwili z rozczuleniem trzymać w dłoni małą, srebrną ustną harmonijkę. A więc to jednak nie był sen! To była prawda, a harmonijka była tego najlepszym dowodem. Czarownica przytuliła instrument do serca, zrobiło jej się tak błogo i dobrze, tak ciepło i spokojnie. Pomyślała z wdzięcznością o tych wszystkich chwilach z dzieciństwa, które spędziła w towarzystwie stworków z Doliny Muminków. Spotkanie Włóczykija było jak powrót do tych szczęśliwych czasów. Zapewne to właśnie miało na celu, przypomnienie jej, że warto oddać się marzeniom, warto wypić z przyjaciółmi dobrą kawę, warto ułożyć piosenkę w piękny, jesienny wieczór. Poczuła się szczęśliwa. I z tym nowym ładunkiem szczęścia i wspomnień, a także zwykłej wdzięczności, ruszyła do domu obiecując sobie, że jeszcze tego samego wieczoru przy dobrej herbacie powróci znów do krainy dziecięcych marzeń. 


Powyższa nagroda - wykrawaczki do ciastek oraz zestaw czarnych herbatek z Muminkami - trafia do rąk Moniki, a kody rabatowe do Sklepu z powyłamywanymi nogami otrzymali wszyscy uczestnicy. Jeszcze raz wszystkim serdecznie dziękuję - zarówno uczestnikom, jak i fundatorom nagrody. Ekipo stołowa, jesteście najlepsi! Cieszę, że cudowne Muminki z Waszego sklepu znają nowy dom. A zainteresowanym Muminkami radzę śledzić mojego IG - @pikku_vampyyri, gdzie niebawem pojawi się kolejny konkurs. 


środa, 20 września 2017

138. Tom Hickman "Boskie przyrodzenie. Historia penisa"

Mężczyzna niepokoi się, kiedy nie ma erekcji, a przeraża, jeśli nie może się jej pozbyć. 

Odkąd tylko mignął mi tytuł książki "Boskie przyrodzenie. Historia penisa" wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Niewiele myśląc, zamówiłam swój egzemplarz, a dopiero później zaczęłam zastanawiać się, o czym tak właściwie będzie ta lektura. Czy okaże się wypocinami w stylu forów internetowych, czy wylęgarnią medycznych pojęć?

Mimo to niektórzy nigdy nie próbują. A o tych odważniejszych Casanova pisał: "Trzy czwarte miłości to ciekawość". 

Tom Hickman nie jest jednak lekarzem, aby serwować czytelnikowi anatomię męskiego ciała. To angielski dziennikarz, publicysta reporter i redaktor, jednak słowa określające jego profesje miały się nijak do tematyki książki. Wystarczyło za to przeczytać wprowadzający do lektury cytat z "Kochanka Lady Chatterley", aby wiedzieć, że książka będzie pełna humoru.

Słowa zwykle nie potrafią uchwycić zawiłości seksu. Mogą za to potwierdzić, że seks będzie najlepszy dla jednego partnera lub obu, kiedy pożądanie i miłość zadziałają wspólnie - mózg zostanie wówczas znieczulony, ciało nacieszy się dotykiem ciepłej skóry drugiej osoby, kończyny się splotą, a w oczach kochanka odbije się cały wszechświat. W takim stanie, jak opisał Alex Camfort, "kiedy penis jest najbardziej jego, należy do obojga".

I taka właśnie była. Autor z wyszukanym dowcipem i z eleganckim żartem (za to bez zbędnego komizmu) podszedł do tak ważnego tematu męskiego przyrodzenia. Choć zerkając na enigmatyczny spis treści z podziałem na części i nieokreślające tematu rozdziały, bałam się, że chwyciłam książkę z tanimi żartami, to pierwsze słowa prologu mnie uspokoiły. Styl autora przypomina pediatrę, który ma zbadać dziecko i podchodzi do niego trochę z żartem, a jednak traktując go jak małego, poważnego dorosłego. Tom Hickman bierze czytelnika za rękę i mówi, że nie ma się czego bać, bo razem przebrniemy przez historię penisa i pomoże znam zrozumieć pewne męskie uwarunkowania. 

Powieściopisarz Jay McInerney stwierdził kiedyś: "Sądzę, że mężczyźni rozmawiają z kobietami, by móc z nimi sypiać, a kobiety sypiają z mężczyznami by móc z nimi rozmawiać."

Historia? Jak najbardziej. Ale książka to nie jest tylko historyczne postrzeganie penisa, choć aspekty historyczne okazały się niezwykle ciekawe i jestem pewna, że zaciekawiłyby niejednego wroga historii. Wkradło się mnóstwo treści z dalszej i bliżej historii mody, co mnie niezwykle rozbawiło. Oprócz spojrzenia na przestrzeni wieków na powód męskiej (nie)chluby, przyglądamy się jej także poprzez różne kultury, społeczności, politykę, językoznawstwo i sztukę - malarstwo, rzeźbę, film, muzykę, literaturę, a nawet architekturę. Robimy to tak dokładnie, jakbyśmy zerkali przez lupę. Nie zabrakło też nawiązań do współczesnych form artystycznych oraz filmów pornograficznych. 

Długość życia plemnika: miesiąc w poczekalni, dwa dni wewnątrz kobiecego ciała, jakieś dwie minuty na prześcieradle. 

W książce znajduje się również mnóstwo treści medycznych i to nie takich, o których ot tak można dla żartu poczytać w internecie. Chociaż książka nie zawiera bibliografii, jestem pewna, że autor spędził sporo czasu w bibliotece jakiegoś uniwersytetu medycznego (historycznego zresztą też). Gorzej ma się sfera psychologiczna. W zasadzie Tom Hickman sięgnął tylko do koncepcji Freuda, które z naukowego puntu widzenia były kpiną. Szkoda, że nie rozwinął wątku psychologicznego, bo mógłby dorzucić mnóstwo ciekawych informacji, a i pożartować byłoby z tego (bez wyśmiewania).

W dodatku o ile gitara akustyczna jest pieszczona na wysokości piersi, o tyle elektryczną, dotykaną pod ostrym kątem, szarpie się gwałtownie w sposób, który można by porównać do masturbacji. 

Nie tylko lekki sposób przedstawienia poważnego tematu sprawił, że czytało się przyjemnie. Lektura była urozmaicona wieloma trafnymi i cytatami, które rozbawiały lub przedstawiały dawne spojrzenie na męskie przyrodzenie. To samo zadanie miały liczne anegdoty - a najbardziej powalające na łopatki były nie te z branży pornograficznej, ale ze świata polityki. 

Jest prawdą powszechnie znaną, że mężczyzna obdarzony penisem czasami będzie nim myślał. (...) Uwaga ta potwierdza istnienie opisanego zjawiska, wskazuje również, że penis jest zdolny zakłócić wyższe poziomy myślenia, choć przecież brakuje mu miliardów komórek nerwowych tworzących neuronową konstrukcję mózgu. 

Jedynym minusem były niektóre fragmenty, które czytało się dość ciężko. Zdarzało się, że czytałam dany akapit pięć razy i nic z niego nie rozumiałam, bo wnioskowałam o dwóch sprzecznościach w jednym zdaniu. Mam jednak wrażenie, że to jedynie wina tłumaczenia. Na szczęście fragmentów takich było niewiele i nie zawierały ważnych informacji. Przyjemniej by się też czytało, gdyby czcionka była choć odrobinę większa. Ta może do mikroskopijnych nie należy, ale...

Winowajcą okazuje się męski hormon testosteron, produkowany w tak zwanych komórkach Leydiga w jądrach. 

Książkę gorąco polecam wszystkim. Paniom i panom, doświadczonym i niedoświadczonym w sferze seksualnej, oczytanym lub nieoczytanym w temacie, młodszym i starszym. Lektura jest nie tylko ciekawa, ale też pożyteczna, a z pewnością każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Nawet w momencie największego zbliżenia Mars i Wenus są od siebie oddalone o co najmniej dwieście milionów kilometrów. 

Przeczytane: 28.08.2017
Ocena: 7/10



niedziela, 17 września 2017

137. Marta Motyl "KochAna. W pułapce anoreksji i bulimii"

Lubię życie w skrajnych emocjach. Zachwycało mnie to, ale obróciło się przeciwko mnie. 

Uwielbiam tematykę anorektyczną, choć nie dotyczy to książek. Prawdę mówiąc, nigdy nie dotyczyło, nie licząc podręczników akademickich. W końcu impulsywnie sięgnęłam po książkę polskiej autorki - Marty Motyl (sądziłam, że nazwisko to pseudonim wykreowany pod tytuł, jednak nic z tych rzeczy).

Najdotkliwsze jest poczucie opuszczenia, gdy czuło się z kimś bliskość, która okazała się złudzeniem. Ten rodzaj osamotnienia najmocniej rani.

Czytelnik poznaje historię młodej artystki i studentki ASP, Alicji. Perfekcja i kontrola nad samą sobą doprowadzają dziewczynę do Any - uosobienia tych dwóch cnót, uosobienia anoreksji. A Ana przyjmuje nowicjuszkę z otwartymi ramionami, rada z faktu, że pod swoje skrzydła przyjmuje kolejną ofiarę.

Jestem dzieckiem jesieni. Mam w sobie jej cechy. Kolory i śmierć. 

Książka zawiera wątki autobiograficzne, jednak są to jedynie elementy składowe, z których powstała Alicja lub raczej różne oblicza Alicji. Wprost nie są zaznaczone osobiste przeżycia autorki, jednak na odwrocie znajdujemy informacje, że odbyła podobną wędrówkę i własne doświadczenia zainspirowały ją do napisana "KochAnej". Patrząc na idealne odzwierciedlenie sposobu myślenia osoby z zaburzeniem odżywiania, musi to być prawda.

Boję się, jak przeżyję w świecie, którego nienawidzę. 

Największym atutem książki jest samo przedstawienie choroby z punktu widzenia anorektyczki. Alicja nie moralizuje, nie wskazuje ani dobrej, ani złej drogi. Jest tylko jej historia i jej uczucia, bez żadnych interpretacji. Dzięki temu czytelnik może poczuć, jaką euforię odczuwa osoba chora oraz jak choroba powoli rozlega się w umyśle. Nie jest to kolejne przedstawianie sprawy jako "chowałam masło pod paznokciami", "piłam dwa litry wody przed wejściem na wagę podczas kontroli", "jadłam chusteczki higieniczne". Nie. Jasne, o metodach niejedzenia też jest trochę, ale nie ma tutaj powielanych sposobów, o których każdy wie. Więcej jest za to o uczuciach. A jako że bohaterka jest wrażliwa i artystyczna, przedstawia swoje emocje i myśli bardzo obrazowo.

Tu rozmawia się nad herbatą, nie nad klawiaturą. Jestem specjalnie dla was, a wy jesteście dla mnie.

To właśnie strona artystyczna jest drugim największym plusem książki. Mnogość wątków artystycznych i liczne nawiązania do kultury to coś, co uwielbiam, bo niezwykle poszerza horyzonty czytelnika. Tutaj dominowało malarstwo, czyli dziedzina najmniej przeze mnie lubiana, a zaraz za nim w kolejce była polska scena muzyczna, której też nie darzę sympatią. Niemniej, same wątki bardzo mi się podobały i zostały wprowadzone w odpowiednim celu, nie tylko po to, żeby były. Dojrzale przedstawiony został sposób pojmowania subkultur - tak, jak to jest naprawdę i to, co się z nich wynosi.

Czy naprawdę należy doprowadzić się na skraj wyczerpania, by ktoś zauważył, że nie poradzisz sobie sama, pochylił się nad tobą, spróbował cię zrozumieć, zamiast oskarżać?

Sam język również jest bardziej artystyczny i wyszukany, często metaforyczny i skomplikowany. Jak już wspomniałam - widać to w bardzo dobrych opisach psychiki osoby chorej. Niemniej, specyficzny charakter stylu nie może rozgrzeszyć z drobnego chaosu, jeśli chodzi o przedstawianie wydarzeń - szczególnie tych z życia codziennego. Najsłabszą stroną, zarówno jeśli chodzi o sam styl, jak i o całość książki, są dialogi. Nie ma ich zbyt wiele i mam wrażenie, że nieczęsto zostały upchnięte na siłę. Są sztuczne i stereotypowe.

Nie chodzi mi o schudnięcie, ale o zwymiotowanie emocji, zmartwień, rozczarowań. 

Drugą rysą jest zakończenie, a raczej kilka stron poprzedzających zakończenie. Autorka rekompensowała mi to jednak w samych ostatnich słowach książki. A już bałam się, że wszystko będzie naiwne i - znów - sztuczne. Nie. Być może przed samym zakończeniem można odnieść takie wrażenie, jednak to samo wrażenie towarzyszy nam, kiedy w naszym życiu powoli rozwiązują się problemy. Koniec jest do bólu realistyczny i idealnie pokazuje spustoszenie, jakie wywołuje anoreksja w psychice młodych ludzi.

Życie jest pasmem inspirujących szaleństw. 

Książkę zdecydowanie polecam zarówno osobom interesującym się tematyką zaburzeń odżywiania, chętnym poznać tajniki myślenia i odczuwania osoby chorej, ale nie tylko. Na pewno będzie to dobra książka dla tych osób, które po prostu chcą zrozumieć. Nie polecam za to czytelnikom ze skłonnościami destrukcyjnymi, ponieważ brak jakiejkolwiek refleksji może inspirować do podjęcia takich, a nie innych działań.

Dążenie do celu ma w sobie wymiar pozytywny i destrukcyjny. To świetna metoda na sprawdzenie siebie.

Ocena: 7/10
Przeczytane: 10.09.2017

środa, 13 września 2017

136. Hyvää syntymäpäivää! Urodziny bloga + konkurs

Moikka!

To już rok. Dacie wiarę? Rok jestem już tutaj, z Wami. Mam wrażenie, że minęło zaledwie kilka tygodni, choć jednocześnie czuję się, jakbym była tu już kilka lat - być może przez moje wieczne "powinnam założyć bloga z recenzjami". Dokładnie rok temu powstał blog Pikkuvampyyrin Kirjamaailma i tego samego dnia pojawił się pierwszy wpis. Było to dokładnie rok temu - trzynastego września. Data nieprzypadkowa. Gdyby to nie był trzynasty, zapewne nie pamiętałabym o urodzinach i nici ze świętowania. A zaraz po pierwszym wpisie pojawiła się recenzja "Córki rzeźbiarza" Tove Jansson, także nieprzypadkowo.

W tym miejscu chcę Wam podziękować za to, że jesteście - szczególnie za to, że byliście, kiedy mnie ostatnio nie było. Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, a najbardziej chcę podziękować stałym czytelnikom za długie wypowiedzi pod wpisami, bo właśnie wtedy widzę, że ktoś przeczytał to, co ja sama napisałam, a jeszcze dał się porwać w dyskusję. Niemniej, moja radość sięga zenitu, kiedy dzieje się coś, czego Wy nie widzicie - kiedy ktoś pisze do mnie maila, wiadomość na Instagramie lub Lubimy czytać. Wzruszyłam się, czytając wiadomość od pewnego czytelnika, który był zachwycony moimi recenzjami - czytało mu się niemal je jak książkę. Ogromnym paliwem są dla mnie te wiadomości, w których ktoś pyta o moją książkę i życzy mi weny. Dziękuję Wam także za wyświetlenia i nominacje do wspólnych zabaw. Dziękuję Wam za wszystko i życzę wielu wspaniałych lektur - także tych z mojego polecenia. Kiedy w ostatnim czasie przeczytałam, że pewna dziewczyna sięgnęła aż po trzy książki za jednym zamachem tylko ze względu na moje polecenia, poczułam sens istnienia bloga. Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

A teraz przejdźmy do świętowania. Z racji tego, że na blogu największą popularnością cieszą się wpisy o Muminkach, nie mogło zabraknąć ich dzisiaj, dlatego zapraszam Was do udziału w konkursie. Do wygrania są rzeczy, które może na chwilę odciągną Was od czytania, ale za to umilą Wam lekturę. Przepiękne wykrawaczki z Włóczykijem, Mamusią Muminka i Tatusiem Muminka idealnie nadają się do korzennych ciasteczek, zajadanych podczas jesiennych wieczorów z książką (o swoich pisałam tutaj). A czym byłby wieczór z książką bez herbaty? No właśnie. Dlatego oprócz foremek do wygrania jest też najnowszy zestaw herbatek z Muminkami, składający się ze sprawdzonych już herbat Wonders of the world, Rosy dreams, Moominmamma's magic potion i Sweetheart (o nich mowa była tutaj i tutaj). Nagrody pochodzą z mojego ukochanego sklepu Stół z powyłamywanymi nogami - ekipo stołowa, dziękuję za tak piękny prezent urodzinowy zarówno dla mnie, jak i dla moich czytelników!


Regulamin konkursu.
1. Organizatorem konkursu jest Vampire Heart / Pikku Vampyyri, czyli ja - prowadząca bloga. 
2. Fundatorem nagrody jest sklep Stół z powyłamywanymi nogami. 
3. Na nagrodę główną składa się zestaw wykrawaczek do ciastek oraz zestaw czarnych herbat Nordquist. 
3. Nagrodą dla wszystkich uczestników konkursu jest rod rabatowy na zakupy w Sklepie z powyłamywanymi nogami. 
4. Aby wziąć udział w konkursie trzeba być obserwatorem bloga (Blogger lub Google), zgłosić się do konkursu pod postem urodzinowym i posiadać adres korespondencyjny na terenie Polski.
5. Konkurs ma formę tekstową. 
6. Zadaniem konkursowym jest napisanie tekstu o dowolnej formie (np. wiersz, opowiadanie, piosenka, dialog) z wykorzystaniem Muminków. Motyw Muminków może być zrealizowany w jakikolwiek sposób (np. wymyślony dialog między bohaterami, historyjka z udziałem bohaterów, usytuowanie Muminków w świecie rzeczywistym,  wykorzystanie przedmiotu z Muminkiem w opowiadaniu). Liczba znaków nieokreślona, liczba słów minimum 3. 
7. Termin nadesłania prac to 22.09.2017r., godzina 23:59.
8. Prace należy wysłać na adres mailowy sarah_v@wp.pl, wiadomość tytułując jako "PVKMI- TEKSTOWY konkurs urodzinowy". Pod pracą konkursową trzeba zamieścić nazwę, pod którą obserwuje się bloga oraz adres mailowy do kontaktu.
9. Wskazany przeze mnie zwycięzca zostanie ogłoszony w dniu 25.09.2017r. na blogu oraz powiadomiony o tym fakcie drogą mailową. 
10. Zwycięzca ma obowiązek w ciągu 7 dni wysłać na adres mailowy sarah_v@wp.pl adres do wysyłki, który następnie zostanie przekazany fundatorowi nagrody. 
11. Prace będą oceniane pod kątem ciekawej realizacji zadania oraz kreatywności, ale też pod kątem ortografii i interpunkcji. 
12. Zwycięska praca oraz wybrane prace zostaną opublikowane na blogu. 
13. W przypadku braku kontaktu ze zwycięzcą nagrodę otrzyma druga osoba w kolejce.
14. Wraz z wysłaniem pracy konkursowej osoba wyraża zgodę na publikację pracy na blogu oraz akceptuję regulamin konkursu.



A więc co należy zrobić? Zgłosić się pod tym postem, zaobserwować bloga, napisać pracę, wysłać ją na mojego maila i poczekać na ogłoszenie wyników.  Jakikolwiek będzie werdykt - i tak każdy otrzyma kod rabatowy na zakupy w Sklepie z powyłamywanymi nogami. 

Zachęcam również do śledzenia mojego konta na Instagramie, gdzie niebawem pojawi się kolejna niespodzianka, a także do polubienia strony Stołu na Facebooku, aby być na bieżąco z cudownościami prosto z Finlandii i nie tylko.

Życzę Wam powodzenia i jeszcze raz dziękuję za ten wspaniały rok. 


Moi moi!