poniedziałek, 11 grudnia 2017

154. Matt Rees "Ostatnia aria Mozarta"

- Wyborny występ, madame. Zawsze podziwiałem klasyczną symetrię w muzyce Wolfganga. 
- Powiedziałabym, że to tylko pozory - odparłam. - W każdym jego utworze obecne jest pewne napięcie. Słuchacz rozkoszuje się sposobem, w jaki Wolfgang je rozładowuje. 
Książę smakował wino w ustach. Mój sprzeciw był zbyt bezpośredni. 
- Nie tylko wyglądem przypomina pani brata. On także nie mógł puścić płazem niemądrej uwagi o muzyce. 
- Nie twierdzę, że była niemądra, tylko... 
- Niesłuszna. 

Wiecie jaki artysta sprzedał najwięcej płyt w 2016 roku? Nie, nie. Żaden Bieber czy inna Beyonce. To Mozart, który nie żyje od 200 lat. Dopiero pod koniec roku wydano box z wszystkimi dziełami kompozytora, a i tak w nieco ponad dwa miesiące wyprzedził swoich rywali - to tylko pokazuje, jak wielka siła drzemie w jego muzyce.

Śmierć zdawała się dla niego jedyną gwarancją bezpieczeństwa i odpoczynku. 

Kiedy po raz pierwszy ujrzałam okładkę książki "Ostatnia armia Mozarta", zachwyciłam się nią tak bardzo, że nie zwróciłam większej uwagi na tytuł. Dopiero kiedy w oczy rzuciło mi się nazwisko jednego z moich ulubionych artystów, zadecydowałam o zamówieniu własnego egzemplarza, chociaż opis fabuły wskazywał na powieść o charakterze kryminalnym lub detektywistycznym, a w czymś takim nie czuję się zbyt dobrze. Niemniej, Mozart to Mozart i książka niebawem była już u mnie.

Zrozumiałam, dlaczego Wolfgang postanowił się ożenić gdy zamieszkał w Wiedniu. Grał muzykę z mężczyznami, lecz tworzył ją dzięki kobietom. 

Książka stanowi wariację autora - Matta Reesa - na temat śmierci muzyka. W jego wersji wydarzeń do Wiednia przybywa Nannerl, siostra kompozytora, która decyduje się na własną rękę poprowadzić małe śledztwo i zebrać informacje na temat ostatnich miesięcy życia Mozarta. A informacji jest sporo, często sprzecznych. Jak więc oddzielić kłamstwo od prawdy? Tym bardziej, że ktoś wyraźnie nie chce, aby prawda wyszła na jaw.

Spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz zauważył, że jestem kobietą i stąd brak mi rozumu. 

Najbardziej oszołomiła mnie kreacja Nannerl - jest ona tym bardziej uderzająca, że narracja została poprowadzona w pierwszej osobie, właśnie z perspektywy drugiego cudownego dziecka. Mam wrażenie, że autor idealnie odwzorował jej charakter, nie mówiąc już o wczuciu się w jej położenie w sytuacji po śmierci mistrza i odbiciu bohaterki w swojej wersji wydarzeń. Pomijając już kwestie charakteru Nannerl, autor świetnie poradził sobie z wczuciem się w kobiecą postać - choć mam wrażenie, że to trudne nie było ze względu na dość "męski" charakter bohaterki. Jej upór i spryt potrafią zadziwić. W ogóle motyw kobiety i jej postrzegania jest wyraźnie zaznaczony.

Mężczyźni niszczą kobiety. Nie doceniają naszych talentów. Ciemiężą nasze ciała i rujnują nasze zdrowie swoimi nocnymi umizgami i ciążami, w które nieustannie nas wpędzają. Ja uniknęłam tak nędznego losu. Dlatego mogłam poświęcić się karierze i odnosić sukcesy. Nigdy nie szukałam wsparcia mężczyzny, bo taka pomoc zawsze kosztuje, czasem nawet życie. Żaden mężczyzna nigdy też mnie przed niczym nie powstrzymał. 

Inną kwestią, która mnie zadziwiła, jest sam styl autora. Wielokrotnie sprawdzałam, czy autor na pewno jest mężczyzną, mając na uwadze samą Nannerl jako narratora, ale sam styl był mocno męski - konkretny i surowy, bardzo dosadny. Po prostu czuć męskie pióro, które sprawia, że książce bliżej do kryminału niż romansu. Prawdę mówiąc, nie rozumiem, dlaczego w niektórych miejscach pozycja ta klasyfikowana jest jako romans. Wątek miłosny jest tutaj tak nieważny i ukryty, że trudno go dostrzec - gdzieś tam jest, w tyle, niezbyt ważny. Na pierwszy plan wysuwa się intryga.

Nie znam się na szaradach. Jestem ślepa. Nie znoszę rzeczy, które utrudniają dostrzeżenie prawdy. 

No właśnie. Intryga. Wizji na temat śmierci artysty jest tak wiele, że trudno je zliczyć. W "Ostatniej arii Mozarta" autor przedstawia swój punkt widzenia, podparty dowodami, choć zaznacza, że jest to jedynie wariacja na ten temat - kilka faktów historycznych musiał zmienić, aby pasowało do fabuły. Niemniej, faktów i autentycznych postaci jest tutaj bardzo wiele. Jestem pełna podziwu, że Matt Rees potrafił ich tak zwinnie wpleść w swoją opowieść. Historia objawia się również w inny sposób - w magicznych opisach ówczesnego Wiednia. Uwielbiam, kiedy zwraca się uwagę na takie smaczne detale, jak chociażby architektura. Nie mówiąc oczywiście o muzyce - tutaj muzykę wręcz czuje się w słowach. Autor rozebrał kompozycje na nuty, aby ukazać geniusz Mozarta. Ale muzyka nie jest tutaj detalem, tylko głównym rytmem lektury.

Kobieta, która nie lęka się nocy ni śmierci, godna jest, by dostąpić wtajemniczenia. 

Jedynym słabym punktem jest prowadzenie akcji. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że stoi ona w miejscu, choć niby się porusza. To było jak drepczenie w miejscu na mrozie. Niby porusza się nogami, niby śnieg skrzypi pod butami, ale stoi się w miejscu i marznie. To był jedyny powód, dlaczego tak dużo czasu zajęło mi przeczytanie "Ostatniej arii Mozarta" - czytałam kilkadziesiąt stron, na których działo się dość sporo ciekawych rzeczy, ale niezbyt istotnych i które wolno rozkręcały akcję.

Moja droga, oślepłam jako trzylatka. Przez chwilę było mi ciężko. Potem zrozumiałam. Dość się napatrzyłam na ten straszny świat, abym już zawsze miała jego obraz przed oczami. Gdy nie rozprasza mnie wzrok, widzę życie takim, jakim jest naprawdę. 

Ogółem jednak książka jest godna polecenia. Swoją muzycznością zachwyci nie tylko miłośników Mozarta, a opisami Wiednia fascynatów historii - to bardzo dobra lektura, zdecydowanie różniąca się od innych na tle współczesnego rynku wydawniczego.

Lęk winien być strażnikiem duszy, który skłania ją do mądrości. 

Przeczytane: 5.11.2017
Ocena: 7/10

poniedziałek, 4 grudnia 2017

153. Podsumowanie listopada

Moikka!

Dzisiaj bez większego entuzjazmu. Z przykrością patrzę na ranking listopadowy i już martwię się podsumowaniem całego roku. W październiku szło mi idealnie, ale od połowy miesiąca moja chęć czytania malała. W listopadzie ani nie miałam ochoty, ani czasu, więc już w ogóle porzuciłam swoje lektury na jakiś czas. Nie wiem, jak to będzie w grudniu - egzaminy, egzaminy, egzaminy... 

W tym miesiącu mój czytelniczy licznik pokazuje zaledwie 3 książki, które łącznie liczyły 863 strony. Na samym początku miesiąca przeczytałam "Ostatnią arię Mozarta", która niby bardzo mi się podobała, ale jako tako bez fajerwerków. Łatwiej czytało mi się "Człowieka w przystępnej cenie", choć tematyka była zdecydowanie bardziej ciężka. Na koniec miesiąca, w zasadzie w dwa dni, przeczytałam "Margo", czyli książkę, którą w planach miałam od dawna. Recenzje wszystkich trzech pozycji niebawem pojawią się tutaj. 

Najważniejszym wydarzeniem miesiąca (jeśli nie roku) był, oczywiście, koncert HIM w Warszawie (trochę o nim tutaj). 

Na blogu oprócz relacji z koncertu pojawiły się 3 recenzje: "Ja, Ozzy. Autobiografia""Zamach na heroinę" i "27, czyli śmierć tworzy artystę". Obowiązkowo wrzuciłam podsumowanie października i w końcu udało mi się stworzyć obfity post o nowościach na stosie

A jak Wasze czytanie w listopadzie?


sobota, 2 grudnia 2017

152. HIM. Przeminęło z grzechem. Stodoła, Warszawa, 28.11.2017

W marcu HIM ogłosił swój koniec, chociaż jeszcze kilkanaście dni wcześniej obiecywali fanom nową płytę. Na otarcie łez wyruszyli w pożegnalną trasę, dając nam ostatnią szansę posłuchania ich na żywo. Ale, jak powiedział wokalista w ostatnim wywiadzie, to nie jest pożegnanie - to moment na powiedzenie "dziękuję". 

Przez prawie 9 miesięcy czekałam na ten dzień, pełna niepokoju. Błagałam, żeby Ville Valo na koncercie nie był podchmielony. On + alkohol = kiepski koncert, choć może fani o mniejszym rozumie sądzą inaczej (w szczycie sławy zespół na żywo prezentował się naprawdę kiepsko, nie brzmiał dobrze i czysto, nie mówiąc już o oglądaniu przewracających się muzyków, ale rozumiem, że dla młodzieży może to być frajda), co kto woli. Niemniej, na jednym z ostatnich występów podczas Helldone takie połączenie poskutkowało niezbyt miłymi słowami w stronę publiki. Stąd też moje modły. Gorszego końca nie byłoby można sobie wyobrazić. 

Kiedy zespół wyruszył w trasę i pojawiły się pierwsze filmy z koncertów, miałam dość mieszane uczucia - były momenty bardzo dobre, ale przeważały te przeciętne. Nie ma w tym nic złego, grunt to zaśpiewać na poziomie, ale marzyłam, aby ten raz był lepszy od tego w 2015 roku w Gdańsku. A komentarze fanów wzbudzały mój niepokój - że źle, że nuda, że bez uczuć, że bez zaangażowania - ale niewiele się nimi przejmowałam. Niemniej, odetchnęłam dopiero przy ostatnich wieściach z frontu. 

16:40 pod Stodołą, już mnóstwo ludzi. Dodatkowo zrobiła się druga noga kolejki, a ochrona w sprawie wciskających się ludzi interweniowała zdecydowanie za późno. Pozdrawiam też obsługę, która w pewnym momencie stwierdziła, że panowie mogą wchodzić bez kolejki, bo jest ich zdecydowanie mniej. Ochroniarz na pytanie, czy dziewczyna może bez kolejki wejść ze swoim chłopakiem, odpowiedział przecząco (i odrobinę opryskliwie), ale zaraz przepuścił sobie kilka takich par. Pozdrawiam serdecznie! Został pan gwiazdą i będzie pan już zawsze milutko wspominany. 

19:20 na scenie pojawia się support. Nikomu nie pasowało, że ktoś tego dnia na scenie ma się pojawić. Supporty w ogóle są beznadziejną sprawą. Da się je jeszcze wytłumaczyć na dużych, naprawdę dużych koncertach, ale ostatecznie nie mają żadnego sensu oprócz tego, że męczą ludzi i wydłużają czas. Na siłę zostaliśmy zmuszeni do słuchania jakiegoś czegoś, zupełnie niedopasowanego tematycznie do zespołu. Ludzie dookoła przyznawali się jawnie, że nie słuchali, cóż to za coś. No, "coś" to dobre określenie. Nie mówię, że zespół był zły... Nie był. Ale zupełnie nie pasował do naszych Finów. Lekkie gitarowe brzmienie, wystylizowany image, energia, radość. Miałam wrażenie, że oglądam i słucham amerykańskich chłopców, którzy wymarzyli sobie bycie gwiazdami rocka. Ot, tyle. Przyjemnie się słuchało, choć na żywo byli jeszcze bardziej teatralni. Z chęcią posłucham ich latem rano w samochodzie, żeby się obudzić przed dniem w pracy, ale ostatecznie znikną w czeluściach niczym niewyróżniającej się muzyki.

Kilka drobnych minut po 20:30 wychodzi HIM, a mnie ogarnia dziwne uczucie, które towarzyszy mi, kiedy po kilku latach spotykam kogoś znajomego. Jedno spojrzenie na zespół, a już ma się ochotę powiedzieć "no hej, dawno Cię nie widziałam". Uczucie było tak dziwne, że z pierwszej piosenki niewiele pamiętam - serio. Podobnie jak w Gdańsku w 2015 roku, tym razem także rozpoczęli od "Buried Alive by Love". Zabrakło mi mocnego uderzenia w bębny - chodzę na koncerty i szukam tego wrażenia, które wywarł na mnie wtedy samymi pierwszymi dźwiękami Kosmo za perkusją. Może było, może nie było. Ja nie słyszałam. Ale czy przez to przekreślam koncert? Nie.

Kiedy ostatnio byłam na koncercie The Sisters of Mercy w Gdańsku, miałam wrażenie, że długo nie będę na tak świetnym występie - bardzo dobrze, na wysokim poziomie, z klasą i muzyka, która sama w sobie powoduje uśmiech na twarzy. Szczerze? Obawiam się, że teraz naprawdę długo nie będę na takim koncercie - HIM znów przejął dowodzenie. Czułam, że tak może być, już kiedy zobaczyłam na scenie ogromny metalowy heartagram.

Dobór setlisty, tak często krytykowany, dla mnie był dobry. Zawierał przekrój całej twórczości z największymi hitami, wiec to idealne opcje na trasę pożegnalną. Zabrało mi jednak "Sleepwalking Past Hope" - dziewięciominutowy majstersztyk, najbardziej zawiła kompozycja HIM i eksponująca wszystkie walory każdego z muzyków - w pewnym fragmencie popisuje się gitara, zaraz bas, później perkusja, swoją chwilę mają klawisze, a całości przyświeca wokal. Chociaż "popisuje" nie jest dobrym słowem - tam nie ekspozycji na siłę, żeby pokazać, jaki ktoś jest dobry. Obawiałam się, że będzie trochę kulawo bez tego utworu, ale pustkę wypełniła po prostu dobra zabawa i zarażający entuzjazm fanów.


Najmocniejszą chwilą koncertu niezaprzeczalnie było "It's All Tears" w wykonaniu, jakiego nikt nigdy nie mógłby się spodziewać. Cudowny efekt nałożony na mikrofon, tajemnicze brzmienie barytonu, mocne wysokie tony, mroczny dół. Rewelacyjne intro, które brzmiało jak oczko puszczone do fanów. Miałam wrażenie, że Valo szydzi sobie z nas, każąc zgadywać, cóż to za piosenka. Jestem w szoku, że ludzie od razu nie podłapali i nie zaczęli śpiewać - moje usta, pomimo szoku i zaskoczenia, same z siebie się poruszały. Ostatnie refreny i zakończenie doprowadziły do raju. Coś niesamowitego. Powietrze wydawało się być naładowane elektrycznością, a ja miałam gęsią skórkę z ekscytacji już od samego wstępu instrumentalnego, zanim rozbrzmiał wokal.

Nie zabrakło dwóch moich ukochanych piosenek, czyli "The Kiss of Dawn" i "In Joy and Sorrow". Po koncercie w Gdańsku szczególnie upodobałam sobie "The Sacrament" i teraz zespół tylko podbił mi wartość tej piosenki. Zapałałam też nową miłością do "Killing Loneliness", choć wersja płytowa jest co najwyżej średnia. Znalazło się także coś, co idealnie prezentuje spokój w wokalu, czyli "Gone With The Sin", które potrafi zdziałać ze mną cuda, kiedy się niepokoję. Z entuzjazmem posłuchałam też "Bleed well" - uwielbiam ten utwór, głównie ze względu na gitary i tekst, a nawet podobają mi się w nim klawisze (choć normalnie ich nienawidzę). Miłą odmianą okazała się piosenka "Heartkiller", która zastąpiła "Scared to Death" jako reprezentanta "Screamworks: Love In Theory And Practice". Dla mnie tym bardziej miła, że jest to pierwszy utwór zespołu, jaki świadomie (mniej lub bardziej) przesłuchałam. Niemniej, wyrzuciłabym trzy piosenki bez żalu na poczet "Sleepwalking Past Hope" - chociażby "Heartache Every Moment", "Poison Girl", "Tears on Tape". Jeśli chodzi o tytułową piosenkę z krążka z 2014 roku, śmiało można było ją zastąpić "All Lips Go Blue", co bardziej porwałoby ludzi. Niemniej, setlista była piekielnie dobra, jeśli chodzi pożegnalną trasę - każdy znalazł tutaj coś dla siebie, coś ze swojej ulubionej płyty i okresu twórczości.


Nagłym punktem kulminacyjnym było uwielbiane przez wszystkich "Right Here In My Arms" - jak zwykle powiem, że trzeba mieć niezłe ego, żeby napisać taką piosenkę, a jeszcze większe, aby wychodzić na scenę i ją śpiewać, czarując fanów nie tylko głosem, ale też pełnią swojej osoby. To był też moment, w którym autentycznie zaczęłam martwić się o swój głos, a przy równie porywającym "Rebel Yell" miałam wrażenie, że już naprawdę mam chrypę (tak naprawdę nie miałam - dziękuję mojemu nauczycielowi śpiewu, tak, tak, wrzeszczałam grzecznie z przepony i rzucałam na maskę, na pewno). Przy tej pierwszej oczywiście wszyscy świetnie się bawili, może nawet aż za. Występ został przerwany przez wokalistę - ktoś upadł (bójka czy wypadek, oto jest pytanie), jednak nic się nie stało. Ale to właśnie przy drugiej piosence Valo nieźle popisywał się swoim głosem - serio, sprawdźcie, co robił przed ostatnimi refrenami i w trakcie ich. Mam jednak wrażenie, że trochę za mało dali się wyżyć i wykrzyczeć fanom, kiedy weszli ponownie na scenę i pierwsze dźwięki coveru rozbrzmiały, kiedy fani nie byli na to gotowi. Gdybym nie znała zespołu, pomyślałabym, że śpieszy im się i mają nas gdzieś. Zespół jednak znam, więc tak nie myślę. 

Instrumentalnie zespół, jak zwykle prawie, stał mocno i solidnie. Och, szczególnie Linde, jego palce i gitara! Aż żal, że tak mało osób interesuje się jego drugim projektem i aż żal, że nie skupia się on  w nim bardziej właśnie na gitarze. To, co ten facet potrafi robić z tym instrumentem w takim zespole... Cóż, zespół rangi HIM na pewno na kogoś tak uzdolnionego nie zasługuje - mam wrażenie, że to właśnie Linde jest najbardziej pokrzywdzony zamknięciem w złotej klatce HIM. Mige oczywiście też dał popis, Burton cichutko umilał nam piosenki z tyłu, no i Kosmo, którego dalszej kariery jestem szalenie ciekawa. Zespół jako zespół także stał mocno. Bałam się, że rozpad sprawi, że nie będzie między nimi tej radości przyjaźni, którą widać w dość wielu spojrzeniach między nimi już na scenie. To się nie zmieniło. Ville i Mige wciąż sobie żartują, nierzadko na obiekt swoich uciech biorąc gitarzystę. To tylko pokazało, że koniec zespołu nie był ich końcem.

Wisienką na torcie, a zarazem pierwszymi skrzypcami, był wokal. Zresztą, zawsze był i byłby nadal. Za dużo charyzmy siedzi w tym już ponad czterdziestoletnim ciele, a głos jest zbyt nieziemski i hipnotyzujący, aby mogło być inaczej. Mam wrażenie, że Ville dorósł w końcu do bycia wokalistą. Dojrzał do mikrofonu i poznał swój głos, eksplorując go na różnych biegunach. Zawsze bawił się wokalem, jednak bardziej dla samej zabawy, a teraz wydaje się znać jego zakamarki, dlatego pozwala sobie na scenie na różne duże smaczki i małe smakowite kąski, składające się na wyśmienitą ucztę dla uszu. Pozwala sobie na więcej, bo wie, że może i wie, że zrobi to dobrze. Chociaż wydawać się to może dziwne, wokalnie rozwinął się dopiero teraz.


Wieczór mógł być jednak piękniejszy i zadbać o to mogli wyłącznie fani. Pozdrawiam w tym momencie wszystkich ludzi, którzy koncert oglądali przez ekran swojego telefonu - jesteście genialni. Szczególne podziękowania kieruję w stronę dziewczyny, która przez prawie cały koncert trzymała telefon nad głową, przed moimi oczyma. Nagrywała każdą piosenkę. Ja rozumiem, że każdy chce mieć pamiątkę i w tym też celu raz nawet wyciągnęłam telefon, ale szybko go schowałam. Jak można się dobrze bawić z tym ustrojstwem? Jeśli ktoś oglądał koncert przez telefon, to tak naprawdę go tam nie było. Muzycy na scenie to nie małpki w zoo, żeby ich nagrywać i robić im zdjęcia - od tego mają sesje zdjęciowe, a koncerty są od kontaktu z ludźmi. A jak mają się kontaktować, kiedy patrzą na publikę i widzą telefony, a nie twarze? Wspomnianej dziewczynie miałam ochotę wyrwać telefon, podeptać go i zasadzić jej kopniaka w tyłek - i to nie tylko ja, bo psuła zabawę wielu ludziom wokół mnie. Byłoby też milej, gdyby fani nie wciskali się na siłę pod scenę, taranując innych. Przez to było sporo krzyku i przepychanek, na które smutno się patrzyło.

Osobną kwestią jest też sam klub. Nagłośnienie bardzo dobre, dźwięk idealnie się rozkładał, chociaż Valo i tak cały czas czuwał nad tym, aby wszystko było jak najlepiej, porozumiewając się z dźwiękowcami - testował głos w kolejnej piosence i dawał sygnały obsłudze, aż osiągnął idealne brzmienie. Raz nawet głos zniknął, były też drobne problemy z gitarą, ale zastanawiam się, czy ktokolwiek to zauważył i zapamiętał. Oprócz chwilowego braku wokalu jedynym problemem był poziom głośności - dla mnie odrobinę za cicho. Mankamentem Stodoły jest jednak coś zupełnie innego - organizacja wyjścia. Szatnia na górze, szatnia na dole, jedna droga wejścia i wyjścia... W jednym miejscu była kolejka do szatni na dole, kolejka do koszulek, kolejka do toalet, schody do szatni na górze i kolejka do baru. I teraz do każdego z tych punktów ludzie nie tylko podchodzili, ale też odchodzili. Na całe szczęście znalazła się odpowiednia osoba - pani z obsługi klubu wprowadziła twarde reguły i udało się zapanować nad chaosem. Ale nie skupiajmy się na złych aspektach.

Jeden z najpiękniejszych gestów, wyrażających esencję pożegnalnej trasy, nastąpił w momencie, kiedy zespół po nawoływaniu fanów pojawił się kolejny raz na scenie. Oklaski, tupanie nóg, gwizdanie, piszczenie, krzyczenie. Na scenie pojawił się też rzucony transparent z napisem "Thank you guys and good luck". Lakoniczny Valo wydał z siebie dźwięk teatralnego zdziwienia, pomieszanego z rozczuleniem, po czym to nam podziękował i życzył powodzenia. Wspomniane słowa z wywiadu znalazły potwierdzenie - ale kto komu dziękuje? My im czy oni nam?

Tak. To nie było pożegnanie. Pogrzebaliśmy HIM, składając mu należyty hołd. To wszystko. Przygoda dopiero się zaczyna. Zamknęliśmy jedne drzwi, a teraz podążamy ciemnym korytarzem, aby otworzyć kolejne.


wtorek, 21 listopada 2017

151. Ozzy Ozbourne, Chris Ayres "Ja, Ozzy. Autobiografia"

- Słyszałeś te ciężkie brzmienia na płycie Led Zeppelin?
Bez mrugnięcia okiem odpowiedział:
- My zagramy ciężej. 

Kiedyś sądziłam, że biografie to najnudniejsze książki na świecie. Fakty z życia danej osoby, zarysowane drzewo genealogiczne, ukończone szkoły, sukcesy w pracy i mnóstwo, mnóstwo dat. Kiedy pomyślałam o przeczytaniu biografii jakiegoś swojego ulubionego zespołu, także przechodziły mnie ciarki. Wyobrażałam już sobie, jak w tak nudny sposób opisywane są każde albumy, rok po roku, co uczyniłoby z muzyki suchy fakt. Tak, kiedyś tak sądziłam. A później chwyciłam za książkę "Ja, Ozzy. Autobiografia".

Rodzice widzieli mnie w telewizji, o czym dowiedziałem się od braci kilka dni później. Nawet jeśli byli ze mnie dumni, nie powiedzieli tego. Łudzę się jednak, że byli. 

Ozzy Osbourne znany jest wszystkim, nie trzeba go przedstawiać. Słynny rockman i wieloletni członek jednego z najważniejszych zespołów w historii muzyki - Black Sabbath - zapisał się w pamięci ludzi nie tylko talentem wokalnym, ale również, jeśli nie przede wszystkim, swoim skandalicznym zachowaniem. Mówili, że Ozzy nie napisze tej książki, a jednak - oto jest. Być może przewidywano, że muzyk będzie miał problemy ze zebraniem wspomnień (alkohol, narkotyki i szaleńcze tempo życia robią swoje), ale coś tam udało mu się wyciągnąć z pamięci.

Czasem tak jest lepiej, gdy znajomość ma trwać jedną noc. 

Patrząc na życie Ozzy'ego można się spodziewać, że książka będzie, delikatnie mówiąc, dość ciekawa i serwująca specyficzne opowieści. Faktycznie, lektura jest pełna humoru i wyraźnie przedstawia barwne wydarzenia z życia muzyka, a napisana została tak lekkim piórem, że czyta się ją w mgnieniu oka, mając przed oczyma opisywane sytuacje.

Osobiście najbardziej bałem się tego, że się rozminiemy z oczekiwaniami fanów. Wiedziałem, że nie możemy w nieskończoność klepać "Iron Manów", że potrzebujemy nowych wyzwań. Ale też nie mogliśmy do każdego kawałka dodawać instrumentów dętych i grać jakiegoś debilnego abstrakcyjnego jazzu. Zespół nazywał się Black Sabbath i póki tak było, musieliśmy grać ciężko, żeby ludzie nas brali na poważnie. 

Oprócz śmiechu książka dostarcza też... refleksji. Mamy okazję poznać Ozzy'ego z innej strony niż tylko muzyka. Pojawia się całe mnóstwo prywatnych wątków, głównie ze strefy rodzinnej, co dla fanów nie będzie dużym zaskoczeniem, a jednak dostarczy mnóstwo ciekawych informacji. Ozzy pokazuje się nam też z drugiej perspektywy - nie tylko szaleńczej wersji muzyka zespołu metalowego, ale także w wersji osoby, która swoje w życiu przeszła i może coś na ten temat powiedzieć. Książka dedykowana jest fanom, ale już na pierwszej stronie wspominany jest Randy Rhoad. Jak wiadomo, Ozzy bardzo przeżył (przeżywa) jego śmierć i to właśnie fragmenty poświęcone młodemu gitarzyście mocno dotknęły mojego serca.

Najsmutniejsze jest to, że dopiero po wytrzeźwieniu widziałem, jak podle się zachowuję. Wierzcie mi, teraz już wszystko rozumiem. 

Dlaczego uważam, że "Ja, Ozzy" jest jedną z najlepszych biografii? Otóż dlatego, że na siłę nie zostały upchnięte w niej daty i suche fakty. Wydarzenia zostały przedstawione tak, że czytelnik ma wrażenie bycia w tamtym miejscu i w tamtym czasie. Styl jest fenomenalny, jego prostota pasuje do tematyki, a równowaga w emocjach zostaje zachowana - idealnie dryfuje się pomiędzy złymi i dobrymi wydarzeniami. Nie bez znaczenia ma tutaj dystans Ozzy'ego do samego siebie i otaczającego go świata. Ponadto, tekst urozmaicony został fotografiami, które dopełniają opisy.

No więc pewnego dnia wyszedłem z próby i już nie wróciłem. 

Książkę gorąco polecam nie tylko miłośnikom muzyki i fanom Black Sabbath oraz samego Ozzy'ego Osbourne'a. To kawał dobrze napisanej biografii, więc warto do niej zajrzeć, nawet jeśli nie lubi się mocniejszych brzmień. Ja często do niej zerkam, kiedy mam zły humor - wystarczy otworzyć książkę na dowolnej stronie i już mimowolnie się śmieję.

- Wie pan co? - mówię. - Jeśli mogę coś zrobić dla kościoła, cokolwiek, proszę mi dać znać, dobrze?
- O, to bardzo miłe z pańskiej strony. Nie gra pan przypadkiem na organach?
- E... nie. 
- Ale gra pan w jakimś popowym zespole, prawda?
- Tak, gram. 
- Mogę wiedzieć, jak się nazywacie?
- Black Sabbath. 
- A. - Pastor przez chwilę marszczy czoło, potem patrzy na mnie i mówi: - Trochę dziwna nazwa, nie uważa pan?

Przeczytane: 26.07.2014
Ocena: 10/10


wtorek, 14 listopada 2017

150. Nowości na stosie

Kiedy ostatnim razem siadałam do wpisu o nowościach na stosie, byłam na siebie wściekła ze względu na brak regularności tych postów - nie mogłam się doliczyć, ile książek przybyło mi na półkę od wcześniejszego postu. Obiecałam sobie, że następnym razem nie będę taka głupia, a wpisy o takiej tematyce znów będę publikować w miarę na bieżąco, kiedy już przybędzie do mnie wystarczająco dużo książek. Problem z tym, że cały czas wydawało mi się, że na stos doszło mi może pięć książek, podczas gdy tak naprawdę pojawiło się ich dużo, dużo więcej. Kolejny raz przez długi okres czasu nie robiłam takiego wpisu i kolejny raz nie potrafiłam doliczyć się, ile taka naprawdę książek zamówiłam i jakie są to tytuły. Teraz naprawdę obiecuję poprawę - maksymalnie dwa zamówienia i od razu tworzę "nowości na stosie". Już odpokutowałam za swoje winy, siedząc w mailach i próbując złożyć w całość ich zawartość wraz ze stosami książek na mojej komodzie. 

Na Allegro udało mi się (cudem) upolować drugi tom mojej nowej ulubionej trylogii - "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Choroba". Książka już przeczytana, recenzja będzie się pisać, ale recenzja pierwszego tomu dostępna jest tutaj. Jeśli ktoś planuje przeczytać tę serię, proponuję od razu zaopatrzyć się we wszystkie tomy. Osobno łatwo można dostać pierwszą i trzecią część, ale upolowanie drugiej graniczy z cudem. Zdecydowanie bardziej dostępny jest cały pakiet. Wiem, że to zależy od gustów, ale pierwsza część jest tak niezwykła, że od razu chce się sięgnąć po kolejny tom. Ja żałowałam, że nie zdobyłam od razu wszystkich tomów. Pod tą książką jest zamówienie z Arosa. Nie mogłam się nie skusić na "O kotach" Bukowskiego, kiedy tylko zobaczyłam, że książka wychodzi. Recenzje możecie przeczytać tutaj. "Miasto zagubionych dusz" też już przeczytałam, ale recenzji nie napisałam i nie napiszę. Na podstawie stosu znajduje się jeszcze "Krzyk w niebiosa" pani Rice, co udało mi się odkupić od pewnej recenzentki książkowej. 

Drugi stosik to moje łowy z Targów Książki w Krakowie. Mówiłam, że zapewne nie uda mi się nic kupić, bo bardziej będzie się opłacać przez Internet, no ale... Grunt, że udało mi się jakoś wrócić do domu, bez kupowania drugiej walizki, chociaż zapakowanie się w jedną okazało się nie lada wyzwaniem. Na stoisku wydawnictwa zakupiłam książkę "Człowiek w przystępnej cenie", którą miałam w planach od momentu premiery. Dodatkowo skusiłam się na "Polak sprzeda zmysły" i "Foucault w Warszawie". W końcu zaopatrzyłam się w książki z serii "Z różą wiatrów" - jak dotąd na blogu pojawiły się recenzje "Człowiek do wynajęcia" i "Zew natury", choć na półce mam jeszcze inne tytuły. Do kolekcji dołączyły dwie książki, które miałam w planach - "Gdzie sobota jest niedzielą" i "Na haju do raju" - a oprócz nich "Urodziny dyktatora", które przekonały mnie do siebie fińskim autorem (no i ceną). Z Finlandii jest też Mika Waltari, którego twórczość już odrobinę znam, ale z przyjemnością przeczytam "Czarnego anioła". Na koniec z Targów przywiozłam jeszcze "Gitary. Ilustrowany katalog prezentujący ponad 200 najważniejszych marek i modeli gitar", czyli coś idealnego dla mnie.

Kolejny stos to zbiór kilku zamówień z Nieprzeczytane.pl - mojej ulubionej ostatnio księgarni internetowej. Wśród niedawno zakupionych książek musiała znaleźć się Tove Jansson - tym razem padło na "Wiadomość". W końcu zamówiłam też "Dwór cierni i róż", który wszyscy tak zachwalają. Cóż, przejrzałam tylko póki co i nie widzę jeszcze powodów do zachwytu. Powody do zachwytu znalazłam jednak w "Mieście szkła" i "Mieście upadłych aniołów" - liczę również na zachwyt w przypadku finałowego "Miasta niebiańskiego ognia". W zamówieniu znalazła się też ostatnia część wspomnianej wcześniej trylogii - "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Śmierć". Przeczytałam już "Ostatnią arię Mozarta" (recenzja na blogu pojawi się niebawem) oraz "Fińskie dzieci uczą się najlepiej" (recenzja tutaj), a "Titanic. Pamiętna noc" już czeka w kolejce na przeczytanie.

Ostatnie i najnowsze zamówienie to "Impuls" Tomasza Duszyńskiego. Książkę już zaczęłam, ale jest za wcześnie, abym mogła wydać jakiś pozytywny lub negatywny osąd. Spodziewam się jednak pozytywnego odbioru tejże pozycji - uwielbiam patrzenie na historię w sposób "co by było, gdyby...?" i alternatywne biegi wydarzeń historycznych, o czym mogliście się już na blogu przekonać (chociażby w przypadku recenzji książki "On wrócił" oraz jej ekranizacji). Książką jestem też niesamowicie podekscytowana z innego powodu - to moje pierwsze zamówienie z portalu CzytamPierwszy.pl i coś mi mówi, że nie ostatnie.  Póki co dopiero wyrabiam sobie opinię, ale ogólnie już jestem na tak.

Słowem podsumowania - tak, całkiem sporo tych nowości. Ponad 20. Dokładnie 22. Sama nie spodziewałam się aż tylu. Jeśli ktoś jest zainteresowany innym wpisem tego typu, odsyłam do ostatnich nowości na stosie, które na blogu pojawiły się dawno, dawno, dawno temu, czyli na koniec sierpnia.

sobota, 11 listopada 2017

149. Hanna Łącka "Zamach na heroinę"

Wypierasz z pamięci wszystko, co nie pasuje do Twoich wyobrażeń. Bo Ty posiadasz tylko jedyną miłość. Heroinę. 

Kiedy w oczy rzuciła mi się książka "Zamach na heroinę" Hanny Łąckiej, wiedziałam już, że jako studentka psychologii nie mogę odpuścić sobie tej lektury. Wbrew pozorom, niewiele jest polskich tytułów traktujących o narkomanii, więc z chęcią zamówiłam ten. Wydawało mi się, że będzie dobrą pozycją, dla mnie drugą tego typu po przeczytanej kilka lat temu "My, dzieci z Dworca Zoo". 

"Zapach na heroinę" miał być obrazem narkomanii we współczesnej Polsce - od momentu pierwszego sięgnięcia po środki odurzające, poprzez wpadanie w wir uzależnienia i wypadania z realiów życia, aż po możliwe drogi leczenia i wychodzenia z nałogu. Historia, oczywiście prawdziwa, miała być opowiedziana z dwóch perspektyw - uzależnionego syna i matki, walczącej o swoje dziecko.

Przede wszystkim otrzymaliśmy relację trzech osób - do wspomnianego grona dołączyła również babcia i jej pamiętnikowa forma opowieści, opatrzona datami. To zdecydowanie zaważyło na autentyczności - wątpię, aby kobieta tak dokładne pamiętała daty, kiedy i co się działo. Jej notatki były też na tyle krótkie, że gdyby znalazły się na końcu książki, nie wniosłyby do całości zupełnie żadnej treści - tak były jedynie okrojoną formą wprowadzenia.

Z kolei naprzemienne relacji matki i syna... Nie, to też nie było sensowne. Wyglądało to tak, jakby zostawiali dla siebie liściki na lodówce i odpisywali na nie, wylewając w słowach żale i naprzemiennie zrzucając na siebie winę. Chociaż wydawca zapewniał, że bohaterowie analizują sytuację na chłodno i z dystansem, to obu tych rzeczy po prostu nie ma. Czuć wiszącą nienawiść i konflikt. Sytuacja wcale nie jest rozwiązana, więc jak można mówić, że jej uczestniczy patrząc na nią z dystansem? Na koniec książki wciąż znajdują się w epicentrum problemu.

Zamiast dystansu otrzymujemy emocje, które są jedyną dobrą stroną książki. Emocje kipią i wylewają się ze stron - głównie te negatywne, ale prawdziwe. Napięcie sprawiało, że miałam ochotę sprawdzić, jak daleko potrafi lecieć książka. Jednak moje napięcie było spowodowane nie tyle emocjami bohaterów, co tym, jak się zachowują i jaki stek bzdur na temat mechanizmów uzależnień oraz możliwości uzyskania pomocy psychologicznej przepchnęli w tej niewielkiej lekturze. Zaledwie 150 stron, a ja zaznaczyłam ogromną liczbę absurdalnych i nieprawdziwych informacji - i to tylko zalążek, bo szybko doszłam do wniosku, że mój zabieg nie ma zupełnie żadnego sensu.

Książka nie pokazuje też realiów życia narkomanów. O tym jest bardzo, bardzo mało - nie wspominając już o samym doprowadzeniu do uzależnienia. Tylko konflikt w relacji matki i syna, nic więcej. Gdzieś pomiędzy jadem pojawia się garstka informacji i to wszystko. O drogach leczenia nałogu opisano niewiele prawdy, a jeśli już, to tylko częściową. Przykład? Zostało wprost napisane, że terapia, na którą oczekuje się kilka lat, okazuje się czystą fikcją, ale nie zostało doprecyzowane, dlaczego tak jest - a to dlatego, że nasz cudowny system nie pozwala psychologom na sensowną pracę (nie chodzi tylko o warunki pracy, ale przede wszystkim o nałożone znikome ilości godzin, podczas których nie ma nawet możliwości rozpoczęcia pracy z pacjentem), a nie dlatego, że nie chcą pracować.

Polecam? Nie. Nie polecam. Tego nie powinno się czytać, jeśli nie ma się odpowiedniej wiedzy psychologicznej - wówczas czytelnik tylko dostaje potwierdzenie większości mitów oraz karmiony jest innymi bzdurami, połączonymi z wzajemnym wylewaniem żali. Polecam za to studentom psychologii - zdecydowanie poczujecie się, jakby bohaterowie znaleźli się w waszym gabinecie. Ja miałam ochotę znaleźć się w jednym pomieszczeniu z matką i synem, żeby nie tyle być mediatorem i wysłać ich na prawdziwą terapię do dobrego specjalisty, co mocno nimi potrząsnąć.

Najpierw muszę zaufać sam sobie. Potem pomyślę o czymś więcej.

Przeczytane: 25.08.2017
Ocena: 3/10


środa, 8 listopada 2017

148. Alexandra Salmela "27, czyli śmierć tworzy artystę"

Dzisiaj kończę dwadzieścia osiem lat. 
Żyję. 
Kurwa mać. 

Książkę "27, czyli śmierć tworzy artystę" chciałam przeczytać, odkąd rzuciła mi się w oczy wśród literatury fińskiej. Jak więc mogłabym sobie odmówić przyjemności i nie sięgnąć po ten tytuł, skoro zahaczał on o jeszcze dwa interesujące dla mnie obszary - artyzm i śmierć?

Kurwa, chętnie sprzedałabym duszę, gdyby znalazł się ktoś, kto zechciałby ją kupić. Wystawiłam ją za półdarmo i została odrzucona. Zbrukali ją, rzucili na brudną ziemię, opluli i ponieśli na stos... To jest prześladowanie czarownic!

Na ponad 360 stronach miała zostać opowiedziana historia dwudziestosiedmioletniej Angie, próbującej ze swojego nędznego życia zrobić coś. Nie ma jeszcze pomysłu, co tym czymś mogłoby być, niemniej wie, że musi to być rzecz ogromnej wagi. Musi spłodzić epokowe dzieło, które zapisze ją na kartach dziejów ludzkości. Wertuje historie wielkich artystów, spostrzegając, że tworzyli oni swoje kultowe dzieło bardzo młodo i umierali w wieku 28 lat. Czas więc tyka, bo dziewczynie właśnie wybił 27 rok życia. Podejmuje w końcu decyzję, że jedyne, co potrafi, to pisanie, więc jej twórczym dzieckiem stanie się książka.

Czuję się prawie równie do dupy jak świat.
Gdybym miała powiedzieć, co jest plusem (jedynym!) tej pozycji to wielopłaszczyznowość. Wydarzenia, które mają miejsce, pokazywanie są z kilku perspektyw - nawet z perspektyw rzeczy martwych, czyli samochodu i dziecięcej maskotki. Niemniej, przez kilkadziesiąt stron nie było wiadomo, o co w ogóle w tym chodzi i co łączy różne punkty widzenia. Nie można również nie odnieść wrażenia, że autorka po prostu przesadziła i owa wymyślność była zbyteczna.

Dlaczego w życiu tak musi być, że gdy jedna rzecz jest do dupy, to cała reszta też musi opływać gównem? 

Kreacja bohaterów jest dobra, a przez wielowątkowość nie ma się wrażenia papierowości postaci. To jednak nie znaczy, że da się tę książkę czytać, bo przez irytujących bohaterów jest to niemalże niemożliwe. Już od samego początku można się spodziewać, że Angie będzie kpiną w stronę artystów bez zdolności, a więc będzie osobą niezwykle denerwującą, ale to, co zadziało się na stronach książki, było zdecydowanie przesadą. Sądziłam, że autorka pokieruje w jakiś sposób dziewczyną, aby jej historia miała jakikolwiek sens, ale... Nie ma co liczyć na dojrzałość.


Czytam tekst jeszcze raz. Nadal jestem z niego zadowolona. Im więcej przeciwności losu, tym lepiej piszę. 

Historia wlecze się i wlecze, a zanim Angie siada po swojej książki - czyli my znajdujemy się w punkcie, który wydawca przedstawił w opisie - dobijamy do połowy. Co było wcześniej? Nic. Co było później? Też nic. Nic ciekawego. Jesteśmy nawet zmuszani do czytania jakże artystycznych wypocin głównej bohaterki. Rozumiem, że był to zabieg celowy, ale jej autorskie opowiadanka można było choćby odrobinę skrócić, aby oszczędzić bólu czytelnikowi.

Rąbię drzewo, żebym nie musiała rąbać ludzi. 

Byłam też szalenie ciekawa fińskości w tejże lekturze. Autorka - Alexandra Salmela nie jest Finką. To Słowaczka, pisząca po fińsku, a umiejętność posługiwania się tym językiem zdobyła podczas studiów w Pradze. Do kultury tego nordyckiego kraju przybliża ją też fakt, że w nim po prostu mieszka. Niemniej, w książce jest niewiele prawdziwej fińskości. Finlandia, owszem, jest przedstawiona dość realistycznie, lecz fińskiego ducha tam zdecydowanie nie ma. Jest za to spora dawka cynizmu, ironii, sarkazmu i realizmu, ale wciąż za mało, aby warto było sięgnąć po tę książkę.

Wiem, oczywiście, że życie to czcza bieganina, a człowiek jest bezmyślną kupą ekskrementów, ale nie zamierzam zapaść się w tym negatywnym nastawieniu bez odrobiny stylu. 

Mam wrażenie, że autorka tak samo jak bohaterka próbowała na siłę stworzyć "coś" i wbić się do literatury fińskiej, która jest na tyle niszowa, że byle co rzuca się w oczy (kto wie, może właśnie dlatego pani Salmela wybrała język fiński jako język swojej książki - inaczej nikt nie zwróciłby uwagi na te wypociny). Jestem zaskoczona, że "27, czyli śmieć tworzy artystę" jest książką obdarzoną nagrodami, bo zwyczajnie na to nie zasługuje. Jakże ambitne filozofowanie sięga dna, z którego książki nie jest w stanie wyciągnąć  kilka uszczypliwych komentarzy.

Poza sobą nie mam niczego do stracenia. 
I wyjątkowo mi z tym dobrze. 
Jestem wolna. 

Przeczytane: 12.10.2017
Ocena: 2/10


piątek, 3 listopada 2017

147. Podsumowanie października

Ależ to był dobry miesiąc! Albo raczej pół miesiąca - to właśnie przez pierwszą połowę października pochłonęłam taką, a nie inną liczbę książek, a później po prostu nie czułam już chęci. Tak to już bywa. Co zatem udało mi się odłożyć na półkę?

W październiku przeczytałam 7 książek, które dały stron około 2200 stron. Zaczęłam od "Fanny Hill. Wspomnienia kurtyzany", o czym możecie przeczytać tutaj. Zaraz za nią w kilka chwil przeczytałam "Fińskie dzieci uczą się najlepiej" i odrobinę się zawiodłam (recenzja tutaj). Równie szybko przeczytałam nowość wydawniczą "O kotach" Bukowskiego. Bukowski, jak Bukowski, wiadomo - kocham, pomimo gorszej publikacji (recenzja tutaj). Błyskawicznie przeczytałam także dwa tomy Darów anioła - "Miasto udałych aniołów" i "Miasto zaginionych dusz" - na pewno obu tych książek nie zrecenzuję, co najwyżej pomyślę o kilku słowach na temat całej serii. Pozwoliłam sobie także na kolejny tom niezwykłej trylogii "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek" i udało mi się w końcu dobrnąć do ostatniej strony "27, czyli śmierć tworzy artystę".

Na blogu pojawiło się zaledwie 6 postówpodsumowanie września, 4 recenzje (oprócz wspomnianych powyżej także recenzja pierwszego tomu "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek") i wpis dotyczący Krakowskich Targów Książki.

Zastanawiam się, ile przeczytałabym w tym miesiącu, gdybym czytała przez cały czas, a nie tylko przez dwa tygodnie. No i gdybym nie odwiedziła Targów Książki w Krakowie, po których po raz pierwszy w życiu na widok książek robiło mi się niedobrze. Niemożliwe? A jednak. Do teraz nie mogę zmusić się do czytania. Ups. Ale mam nadzieję, że nadrabiacie za mnie.


wtorek, 31 października 2017

146. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie - czy warto na nie jechać?

Przeglądając blogi recenzenckie, ma się w wrażenie, że Targi Książki to wielkie święto, którego nie można ominąć. Rokrocznie trafiając na relacje z wydarzenia, zastanawiałam się, co też ludzie w tym widzą. W tym roku postanowiłam to sprawdzić i sama zmierzyłam się z Międzynarodowymi Targami Książki.

Targi trwały od czwartku do niedzieli, ale ja trafiłam na nie dopiero w sobotę, co wcale nie okazało się dobrym pomysłem. Ludzi było za dużo, zdecydowanie za dużo. Ktoś wspomniał, że w piątek rzekomo było lepiej... Prawdę mówiąc, przeglądając piątkowe zdjęcia, wcale odniosłam takiego wrażenia. Nie mam jednak wątpliwości, że organizatorzy zawiedli na całej linii.

Dojście na teren EXPO w Krakowie kiepskie. Parking przed to jakaś katastrofa. Kolejka do budynku tak duża, że zastanawiałam się, czy Polacy naprawdę nie czytają. Sądziłam, że w środku już będzie tylko lepiej... No i się przeliczyłam. Kolejka do szatni (którą obsługiwała jedna pani w asyście nieuprzejmego ochroniarza) mieszała się z kolejką do jednej z sal, a ludzie wychodzący z wchodzącymi - to wszystko w jednym korytarzu, gdzie było też wejście na salę z wydawnictwami.

Po odstaniu swojego, w końcu udało mi się tam dostać. I tutaj też ścisk. Wystawców pełno, a między nimi niewiele odstępu. Swoistymi wąskimi korytarzami szli ludzie w obie strony, a także stali w kolejkach po obu stronach, do dwóch różnych stoisk. Pozdrawiam osobę, która to planowała - nawet w Ikei jest kierunek zwiedzania. Dodać do tego taki gwar, że nie było słychać ludzi mówiących przez mikrofon i mamy prawdziwą rozpierduchę organizacyjną.

Przejdźmy do sedna - program. Jakże ciekawy. Z wszystkich wydarzeń spodobało mi się niewiele, na które nie miałam już ochoty po przeprawie przez wejście. Część planu była codziennie taka sama, a część wykładów była tak oczywista, że szkoda czasu. Podobnie szkoda było mi czasu na stanie w kilometrowych kolejkach po autograf - to śmieszne, że osoby, które dmuchają i chuchają na swoje książki, zaraz podają je facetowi, który coś w nich nagryzmoli. Hmmm, czy tylko ja wyczuwam w tym sprzeczność?

Wreszcie atrakcyjność stosik. Serio? Chyba jednak wolę zamówić co nieco przez Internet, lepiej na tym wychodząc. Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę możliwość dojrzenia jakiejś interesującej książki w tym ścisku oraz ogromne kolejki. Widząc niektóre kolejki, tylko chwytałam się za głowę, że komukolwiek chce się w nich stać. No i dobór autorów... Niektórzy z nich nigdy nie powinni wydawać książek, a mieli zaszczytne miejsca na stoiskach pewnych wydawnictw.

Czy warto? Ja mówię nie. Jeśli ktoś lubi sporty kontaktowe, proszę bardzo. Jeśli ktoś lubi tanio i nieinternetowo zaopatrywać się w książki, też proszę bardzo. Ja nabyłam osiem książek i nie potrafiłam z nimi lawirować wśród tłumu.Tyle z targów. Wolę komfortowe zakupy online.


poniedziałek, 16 października 2017

145. Jonas Gardell "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Miłość"

Idą dalej. Za ręce. Pada śnieg.Nie wiedzą, gdzie idą, dokąd zmierzają. 
Teraz jednak nie ma to żadnego znaczenia. 
Bo każdy krok w dowolnym kierunku jest pierwszym krokiem w nowym kierunku. 
A na miasto sypie śnieg. 

Kiedy moje oczy pierwszy raz spostrzegły tytuł „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek”, byłam zaczarowana jego sensorycznością. Tytuł był obietnicą czytelniczej przygody, która dostarcza odbiorcy mnóstwo emocji, dlatego od tamtej chwili marzyłam, aby rozpocząć trylogię Jonasa Gardella. Nie bałam się, że mogłabym się zawieść. Nie miałam przeczucia. Wiedziałam.

Rasmus jest jedną z tych osób, które muszą zaczynać wszystko od początku, narysować grubą linię i zacząć od nowa. Pozwolić, by to, co było, zniknęło we mgle, przestało istnieć.

Autor trylogii jest homoseksualistą i takiej tematyki dotyczy książka. Przenosimy się do świata, w którym Gardell dorastał – Szwecja, lata 80.- ale sam nie jest bohaterem utworu. Chociaż opis wskazuje na to, że główną tematyką będzie ADIS wśród gejów, dostajemy przepiękną historię (nie)miłosną. Jej inność nie polega homoseksualizmie, ale na potędze uczuć i cudownym sposobie ich przedstawienia.

Upadek i objęcia. 
Są tym samym. 

Książka jest niesamowita, bo przez większość stron błądzi się w niej po omacku. Brak wiedzy czytelnika nie wywołuje w nim frustracji, a zaintrygowanie, niecierpliwość i chęć poskładania rąbków historii w spójną całość. Niepokój narasta przez sceny zbliżającej się śmierci, choć czytelnik nie wie, kto umiera. W tym samym czasie nie wie nawet, czy losy dwójki bohaterów się spotkają - w tej historii to nie jest oczywiste - a już prognozuje śmierć jednego z nich. No bo kogo innego? Bezimienność niektórych fragmentów sprawia, że można dostać kręćka i choć można spodziewać się dwójki bohaterów, zaraz okazuje się, że poznane fragmenty dotyczą też innych postaci. Nie, tu nie ma dwóch wątków, tutaj jest ich całe mnóstwo. Dodatkowo przeszłość, teraźniejszość i przyszłość mieszają się ze sobą.

Miłość i nadzór. 
Tych dwóch pojęć nie da się rozdzielić. 

Wprowadzone są również fragmenty pozbawione uczuć, dotyczące spraw społecznych i politycznych, a często także medycznych. I bez tych wstawek autor świetnie oddał klimat ówczesnej Szwecji oraz nastroje wśród grupy homoseksualistów. Opisywane wydarzenia widzi się przed oczami, a książkę wspomina się jako własne przeżycie - wyraźne i pełne zmysłów. Zamykam oczy i czuję się, jak bohater, którzy szybkim krokiem przecina mroźne powietrze zimowego Sztokholmu. Czuję jego napięcie, widzę budynki, które mija, słyszę jego niespokojny oddech jako swój. 

Nie trzeba rozumieć, by bezgranicznie kochać. 

Chociaż tom rozpoczynający trylogię zatytułowany jest "Miłość", ja tej części nie rozpatrywałabym w kategoriach miłości i nie nadałabym jej miana love story. Dlaczego? Otóż dlatego, że dotyczy ona poszukiwania i błądzenia w odmętach choroby - niechoroby, normalności - nienormalności, innymi słowy w odmętach określania siebie osobą homoseksualną w tamtych czasach i jako kogoś w ogóle. Autor robi to czule, wrażliwie w zderzeniu z brutalną rzeczywistością ówczesnego świata. Słowa są wymuskane i wysublimowane, dlatego jest to bardziej powieść o zmysłach, nie o miłości. Jest przy tym tak wyraźna, nieulotna, że niemożliwością byłoby nienakręcenie ekranizacji.

Być może nie da się być czymś innym niż błędnym ognikiem - zapalić się, płonąć krótką chwilę i zniknąć.  

Dryfowanie między wątkami nie wprowadza chaosu, choć czytelnik często nie ma pojęcia, kogo dotyczy dany fragment. Wszystko się później tak klaruje, że nie ma wątpliwości, kogo dotyczyły poszczególne rozdziały. Bohaterowie są wyraźni i całkowicie od siebie odmienni, co świetnie obrazuje społeczeństwo homoseksualne jako normalne, a nie specyficzne i odrzucające. Każdy z nich jest inny, bo są częścią świata, w którym każdy - homoseksualny lub nie - jest odmienny. Mamy bohaterów skrytych i przesadnie otwartych - może nawet jeden z nich jest odrobinę stereotypowy przez swoją ekscentryczność, ale przecież każdy z nas zna kogoś do bólu stereotypowego. Ów energiczny i charakterystyczny młodzieniec jest ożywczą kroplą, która obrazuje, jak zazwyczaj społeczeństwo postrzega gejów.

Jest oczywiste, że można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało, za kimś, kogo się nie spotkało, lub za czymś, czego się nigdy nie poznało. 
Możesz tęsknić za własnym życiem, widząc, że przemknęło obok ciebie. 

Nietrudno wspomnieć choć słowa o okładce. Lustrzana, srebrzysta i ciemna. Niewyraźne postaci w uścisku są trudne do dostrzeżenia, chociaż hipnotyzują czułością. Są widoczni, migocząc lustrzanym srebrem, kiedy porusza się książką pod słońce, odbijając jego promienie. Po zadrapaniach, powstałych w wyniku użytkowania, powstają klimatyczne i jakże pasujące do charakteru powieści, srebrne kreski. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy one nie zostały naniesione fabrycznie, ale nie.

W dzieciństwie Benjamin mógł godzinami siedzieć i z drżeniem chłonąć wszystkie szczegóły. Krzyczący ludzie, którzy błagają o życie (za późno) albo próbują uciec, zbiec (na darmo).

Emocje i uczucia. Różne postawy wobec siebie, społeczeństwa i innych homoseksualistów. Ból, zdziwienie, poczucie odmienności, lęk, tęsknota, obawa, otwartość, skrytość, niewinność, pragnienie miłości, spełnienie, odizolowanie, pożądanie. Fizyczność i psychiczność. Ta książka jest nośnikiem tego wszystkiego. Ot, niehomoseksualna historia miłości homoseksualistów. Historia o zmysłach i miłości, obojętnej na płeć.

Długo trzeba było być w drodze, żeby trafić do domu. 

Mam nadzieję, że innych również zaintryguje ten tytuł i poszukają oni jego wytłumaczenia w książce - a za jego wyjaśnieniem kryje się inna, przepiękna historia pewnej młodej kobiety. Tym razem nie polecam. Tym razem pragnę, aby ktoś poczuł tę książkę i zapałał do niej żarem zmysłów.

Odważyć się zaufać. Jak to zrobić?
Jak odwilż po zimie, która trwała wieczność. Jak pierwszy ciepły dzień kiedy niemal się nie wierzy, że to prawda, że nareszcie przyszedł. 
Chcę w moim życiu móc kochać kogoś, kto pokocha mnie, 
Niepojęte, niesłychane żądanie miłości. 

Przeczytane: 10.09.2017
Ocena: 10/10

sobota, 14 października 2017

144. Charles Bukowski "O kotach"

"mój boże - powiedzą ludzie - Chinaski nic tylko pisze 
o kotach!"
"mój boże - mówili dawniej - Chinaski nic tylko pisze 
o kurwach!"

Ostatnio przyznałam, że jeśli ktoś chce rozpocząć swoją przygodę z Bukowskim lub chociaż poznać jedno jego dzieło, powinien sięgnąć po „Kłopoty to męska specjalność”, czyli książkę, która zawiera wszystkie charakterystyczne dla autora motywy, w dodatku idealnie wymuskane pod względem stylu. Jednak kiedy odłożyłam „O kotach”, pomyślałam, że to książka idealna dla tych, którzy nie chcą poznać twórczości Bukowskiego, chociaż powinni. A powinni na pewno, choć może jeszcze o tym nie wiedzą.

a pomyślnej przeszłości
nigdy nie da się
zabić.

Tym razem Bukowski nie pisze o alkoholu i kobietach, a przynajmniej nie tak dużo. Głównym tematem są tym razem... koty. Zdziwieni? No a jakie inne zwierze mógł sobie upodobać Buk, jeśli nie te kudłate, wredne, egocentryczne kreatury, które zawsze wychodzą z opresji cało, a jeśli są poturbowane, to zaraz dochodzą do siebie? Bukowski bez zawahania mówi, że jest jak kot i nietrudno przyznać mu rację. 

Dobrze jest mieć przy sobie kilka kotów. Kiedy źle się czujesz, wystarczy na nie spojrzeć i zaraz ci się poprawi humor, bo one wiedzą, że wszystko jest tylko takie, jakie jest. Nie ma czym się podniecać. Wiedzą to, i już. 

"O kotach" to zbiór tekstów, opiewających te niewinnie wyglądające bestie. Oprócz poezji i prozy, w niedużej publikacji znalazło się kilka zdjęć kotów Bukowskiego lub kotów z Bukowskim. Wkradły się nawet rysunki autora - niewiele, bo zaledwie dwa, ale nic dziwnego, gdyż Bukowski miał olbrzymi problem ze szkicem kota. Prawie zawsze, kiedy kreślił wizerunek kota, ten na papierze przekształcał się w psa. Potwierdzam - rysunek na stronie tytułowej w moim przekonaniu może przedstawiać bullteriera, ewentualnie dobermana. 

Im więcej człowiek ma kotów, tym dłużej żyje. 

Co Buk mówi o kotach? Prawdę. Jako posiadaczka kota mogę się podpisać pod jego słowami. Słodko - gorzkie uczucie i relacja, w której miłość walczy z nienawiścią. Jednostronnie przywiązanie i obojętność. Złość i uwielbienie. Służalczość i wykorzystywanie. Tak to właśnie wygląda. Oprócz tego autor zwraca również uwagę na zwierzęcą piękność i dziką naturę kota. 

I mieliśmy te nowe drzwi w bocznej ścianie domu. I jeszcze wiele innych do otwarcia. 

Czy mam jakieś zastrzeżenia? Hmm... Jasne, jest to inny Bukowski, którego znam, ale wciąż jest to Bukowski. Nawet pisząc lekkie i niezobowiązujące teksty, przemyca w nich siebie - swój styl, swoje cechy osobowości. Ja to lubię. Lubię szczerość, autentyczność i bezpośredniość Buka nawet w tych, wydawałoby się, bezsensownych tematach. Jednocześnie wolę Buka, który bije się ze społeczeństwem, ale co, kto woli. Ten zbiór postrzegam jako kulisy jego twórczości.

nie lubię miłości jako rozkazu, poszukiwania. ona musi przyjść do siebie jak głodny kot pod drzwi. 

Minusem jest dla mnie samo wydanie. Nie wiem, kto był tak genialny, aby inną czcionką wydrukować poezję. W dodatku taką czcionką, jakby były to wierszyki o koteczkach dla dzieci w podstawówce (kto wie, może chodziło właśnie o takie wrażenie). Dwie czcionki nie miały sensu, nie mówiąc o tym, że źle się to czytało. 

"uśpić? - powiedziałem - 
chyba raczej
z g ł a d z i ć?"

"O kotach" to lektura, którą niekoniecznie polecam fanom pisarza. Tym razem tytuł polecam przede wszystkim fanom kotów - oni na pewno się tutaj odnajdą. Czy czytelnicy Bukowskiego będą zachwyceni? Trudno powiedzieć, choć ewidentnie jest to odrobinę potulniejszy Buk. Nie potulny, ale potulniejszy, choć wciąż Buk. Tylko czy wydanie "O kotach" było potrzebne? Według mnie - nie. Zalatuje trochę naiwnym marketingiem i chęcią zarobienia na ludziach, którzy dla kotów zrobią wszystko.

ten kot był czyjś
miał obrożę przeciw pchłom. 
mniej jasna sprawa z 
kobietą

Przeczytane: 11.10.2017
Ocena: 6/10