sobota, 19 sierpnia 2017

132. Tove Janssson "Lato"

Wszystko to istnieje, jeśli się tego szuka i ma na to czas, to znaczy, jeśli można sobie pozwolić na szukanie i w czasie szukania jest się swobodnym i znajduje się rzeczy, o których się nigdy nie myślało. Czasem ludzie są tacy, jak to przeważnie bywają ludzie, i sami nie wiedzą, czego chcą. Ale wszystko można załatwić. Czasem jednak mają jakieś określone marzenie i chcą mieć coś, co mogliby zatrzymać na stałe.

O Tove Jansson można powiedzieć naprawdę wiele, a i tak najczęściej nazywana jest mamą Muminków. Ja tego tak nie widzę. Dla mnie jest przede wszystkim czarodziejką słowa. Chociaż trochę zawiodłam się po ostatniej Tove dla dorosłych w wydaniu "Słonecznego miasta", to "Lato" oczarowało mnie na nowo.

Szukać czegoś i zbierać to rzecz całkiem szczególna, bo nie można wtedy widzieć nic prócz tego, czego się szuka. 

Ta niewielka książka składa się z dwudziestu dwóch opowiadań, których bohaterkami są wnuczka i babcia. Przebywają one na wyspie i spędzają razem czas, podczas gdy ojciec dziewczynki pracuje w pobliżu. Nie jest jednak sielsko. Nie bawią się w stereotypowe dla tego układu zabawy, ani nie romawiają ze sobą ckliwie. Często się kłócą, babcia czasami przeklnie przy paleniu papierosów i zachęcaniu dziewczynki do zabaw zakazanych przez ojca, a Sophii zdarza się wpaść w furię, którą babcia potrafi w magiczny sposób poskromić - na pewno nie przytuleniem i słodkim słowem. 

Nie można ufać komuś, kto tylko na wszystko pozwala. 

Jestem zdumiona, jak zresztą przy każdym spotkaniu z autorką, jak jej proza pozbawiona jest schematów i stereotypów. Zdaję sobie sprawę, że część z tego wynika z różnic kulturowych i fińskiego podejścia do dzieci, które przez mentalność Finów zawsze różniło się od naszego nawet w czasach współczesnych autorce. Powiem to, co zwykle - można tylko wyciągać wnioski i się uczyć. A z tej książki można wyciągnąć wiele, bo choć maleńka objętościowo, to ogromna w treść i uczucia, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Relacja wnuczki i babci jest piękna, ale tylko refleksyjny czytelnik będzie mógł to dostrzec. 

Czasem dla człowieka coś staje się jasne, kiedy jest już za późno i kiedy nie ma już siły zaczynać od początku albo też zapomina o wszystkim po drodze i nawet o tym nie wie. 

Być może przyczyną jest pominięcie oczywistości w relacji rodzinnej, czyli miłości. Przez dwieście czterdzieści stron nie ma ani słowa uczuciu między członkami rodziny, a jednak czuje się je, kiedy już kończymy ostatnią stronę, zamykamy książkę i odkładamy ją z ciężkim sercem na półkę. Miłość do ojca pokazana jest w uspokajaniu się, kiedy jest blisko, a miłości romantycznej mówi Sophia w kontekście kota. Tutaj nie ma wzruszeń. Spokój ogarnia czytelnika, chociaż jego serce bije zdecydowanie szybciej z tęsknoty za własnym utraconym dzieciństwem. 

Nawet za rośliny doniczkowe przyjmuje się odpowiedzialność, jak za wszystko inne, czym się człowiek opiekuje i co nie może samo stanowić o sobie. 

Trudność odnalezienia sensu "Lata" polega też na ukrytej symbolice. Nie ma tutaj wyszukanych metafor, które podczas czytania od razu rozszyfrowujemy jako przenośnie, nawet jeśli nie potrafimy odczytać ich znaczenia. Ukryty sens znajduje się pod słowami zwykłymi, a rozszyfruje je tylko czytelnik, dla którego owe słowa są ważne. Każdy też dawny fragment zrozumie inaczej - ja bardzo szybko zobaczyłam pewne aspekty ludzkiej psychiki w rozprawie sześciolatki na temat dżdżownic. Nie mówiąc już o tym, że późniejszy tytuł "Inne małe zwierzątka" cudownie pokazuje różne relacje międzyludzkie. Trudność polega więc nie na wyszukanych słowach i zawiłych przenośniach, a na ukryciu metafor pod słowami, które łatwo można pominąć. 

Jaka szkoda, że nie mogli nigdy przeprowadzić inteligentnej rozmowy na ten temat. Albo byli za młodzi, albo byli za starzy, albo też nie mieli na to czasu. 

Z pozoru krótka i napisana prostymi słowami książka może się wydawać czymś bezsensownym i pozbawionym wartości. Może się spodobać lub nie, choć pewnie każdy doceni pewne jej walory. Jednak dla wymagającego czytelnika, który lubi zabawy w ukryte i który lubi sam dochodzić do własnych wniosków na podstawie słów autora, będzie to niesamowita podróż - podróż do własnej przyszłej starości, do własnego przeszłego dzieciństwa oraz do Zatoki Fińskiej, gdzie życie toczy się odrobinę inaczej, choć także zatacza krąg. 

Może już większość powiedziano. I spostrzeżono, że to się wcale nie opłaca. Albo że się nie ma do tego prawa. 

Tak więc, jeśli jesteś czytelnikiem masowym, a nie refleksyjnym, tudzież ilościowym, a nie jakościowym, nie chwytaj tej książki. Nie czytaj jej także, jeśli wzruszasz się jedynie na modnych obecnie lekturach, które wykładają wszystko wprost już na pierwszej stronie. To książka do płynięcia donikąd, a zarówno do głębi własnej duszy.

- Dziwna rzecz z tą miłością - mówiła Sophia. - Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka. 
- Całkiem słusznie - nadmieniła babka. - I co się wtedy robi? 
- Kocha się dalej - odparła Sophia groźnie. - Kocha się coraz bardziej i bardziej. 
Babka westchnęła - i nic nie powiedziała.  

Przeczytane: 16.08.2017
Ocena: 10/10


piątek, 11 sierpnia 2017

131. Eryk Edwardsson "Pamiętnik lesbijki"

Mamy dopiero sierpień, a ja już wiem, jaka książka będzie najgorszą przeczytaną przeze mnie w tym roku. Bez wątpienia - "Pamiętnik lesbijki" Eryka Edwardssona. I pomyśleć, że ja naprawdę bardzo chciałam to przeczytać!

Tytuł jest jak wymowny, że nie trzeba mówić, o czym książka jest - lub raczej miała być. Na stronie tejże lektury znajduje się informacja, jakoby jest to szokujący obraz życia współczesnej młodzieży z psychologicznym tłem oraz filozoficznym przesłaniem. Hmm... No dobra. Bierzemy do ręki egzemplarz i czytamy napis "seks, przemoc, filozofia egzystencjalna i rozterki neurotycznego umysłu". Brzmi ciekawie, prawda? I zapewne byłoby ciekawie, gdyby książka o tym była. 

Zacznijmy od tego, że nasza bohaterka - Nati - nie jest lesbijką, a przez pół książki nie ma nic na temat homoseksualizmu. Kiedy już się pojawia - autorka wciąż nie jestem homoseksualna. Sama nie wie, czym jest i szuka spontanicznie odpowiedzi na to pytanie. Durnie mówi, że psycholog to na pewno nie wie nic na ten temat, a zaraz cytuje oklepane słowa ojca psychologii. Jakby przestarzałe i nienaukowe koncepcje Freud mogły dać jej odpowiedź. Choć mam wrażenie, że tutaj pojawia się błąd autora - nie chciało mu się zrobić choć minimalnego badania tematu. Ponadto nasza inteligentna bohaterka odrzuca z góry, że jest heteroseksualna, choć związki heteroseksualne ma za sobą i myśli o mężczyznach w tych kategoriach (później się tego wypiera, ale jednak na imprezach kategoryzuje ich pod względem seksualności), a zaraz nie wyklucza bycia biseksualną. Serio? Nie czuje pociągu do mężczyzn i jest biseksualna? No cóż... 

Nati i cała książka to absurd. 240 stron, tak niewiele, a ja zaznaczyłam tak wiele absurdalnych  i nielogicznych fragmentów, że szkoda w ogóle o nich mówić. Bohaterka sama sobie przeczy, czy to w czynach, czy to w myślach, a wcześniej przytoczony przykład to tylko zajawka absurdu i zaprzeczeń. Mówię to z bólem serca, bo na samym początku bardzo Nati polubiłam - zaznaczyłam kilka ciekawych fragmentów, a jej rozważania były dojrzałe i konstruktywne, ponadto opierały się na tym, co ludzie zazwyczaj ignorują. 

To właśnie te początkowe rozważania bohaterki są jednym, oprócz ładnej okładki z Felice Fawn, plusem książki. Im dalej w strony, tym więcej niby filozoficznego ścierwa, które nie miało żadnego sensu - lub raczej żadnej logiki. Bo co można powiedzieć o książce, która miała mieć filozoficzne podłoże, a wzmacnia stereotypy o pewnych grupach ludzi?

Okropne jest też to, że przez całą lekturę czytelnik zastanawia się, kiedy dzieje się akcja - nie ma wzmianki o tym ani na początku, ani na okładce. Niby współczesność, niby nie... A dla mnie to kluczowe, czy bohaterka wyciąga discmana, bo nienawidzi obecnego świata i dzisiejszej technologii (serio, znając Nati, tak można pomyśleć), czy wynika to z mody, czy wynika to z jedynej możliwej  przenośnej opcji słuchania muzyki. A potem pojawia się kwestia telefonów komórkowych i robi się jeszcze dziwniej. Przez ostatnie lata społeczeństwo tak się zmieniało, że ponad dziesięć lat wstecz to znacząca różnica - dlatego informacja o czasie nie powinna znajdować się na samym końcu. Data istotnie wpłynęłaby na percepcję treści.

Na percepcję może też wpłynąć to, że dialogi w tekście zostały wytłuszczone. Po co? Tylko one są ważne? Tylko je mam czytać? A może autor chciał sprawdzić, czy ktoś przeczyta rozważania bohaterki, pomimo tego, iż wskazał jako kluczowe jedynie dialogi? Nie rozumiem. To negatywnie wpływało na komfort pochłaniania tegoż arcydzieła. 

I nie. Nie było seksu. Przemoc jakaś tam była - denna, ale była. Bójki dziewczynek i nielogiczna próba zabójstwa, podczas której działa jeden bohater, a drugi ma wciśnięty stop, aby ten pierwszy mógł działać - taki zabieg ma też miejsce w przypadku większości dialogów. A dialogi, o mój smutku, to coś okropnego. Są nienaturalne, chyba głównie przez usilne próby uczynienia ich naturalnymi za sprawą kolokwializmów. 

Absurdalny brak logiki w ładnym opakowaniu, fatalnie napisany i z równie fatalnym marketingiem. Instagramowe konto tej książki jest niesmaczne, żenujące i odpychające. Ale może właśnie takie miało być, bo odzwierciedla treść "Pamiętnika lesbijki". Szkoda, ogromna szkoda. Tym bardziej, że autor w głowie ma ogromny potencjał, sądząc po samym początku. 

Przeczytane: 06.08.2017
Ocena: 2/10





środa, 2 sierpnia 2017

130. Podsumowanie lipca

Nie wiem, jak Wam, ale mi lipiec minął zaskakująco szybko. Jeszcze prawie w połowie miesiąca walczyłam z pracą na studia (opłaciło się) i martwiłam się, czy przeczytam cokolwiek. I co? Przeczytałam 6 książek. Do końca nie wiem, jak to się stało, ale udało się - w końcu przeczytałam więcej niż 4 i to bez lektur na studia. Zła passa została przerwana, głównie za sprawą ciekawych tytułów. 

Udało mi się, w końcu, pożegnać "Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął". Później brak weny do czytania przerwało "W Dolinie Muminków" (recenzja), ale jeszcze bardziej napędziła mnie moja pierwsza blogerska współpraca i zabawna książka, którą i bez tego niebawem bym zamówiła - mowa o "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera" (recenzja). Do tego doszedł "Niedokończony eliksir nieśmiertelności", który od dawna miałam w planach, a zaraz po nim również coś zaplanowanego - "Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?". Miesiąc zwieńczyłam moim ulubieńcem, czyli Bukowskim, tym razem w "Kłopoty to męska specjalność". Po drodze przeczytałam też lipcowy "Teraz Rock". Wszystko to dało 1734 strony

Znów udało mi się obejrzeć kilka filmów, jednak mylą mi się one już z czerwcem, którego podsumowania na blogu nie było, bo... nie przeczytałam żadnej książki - niestety, pewne sprawy wymagały mojej całkowitej uwagi. Na pewno w końcu udało mi się obejrzeć coś z listy filmów do obejrzenia (chociażby "Witaj w klubie" i "Tam, gdzie mieszkają dzikie stwory").

W połowie lipca wróciłam na bloga i zdążyłam opublikować zaledwie cztery posty. Oprócz powyższych recenzji pojawiła się też i trzecia - tym razem zbiory reportaży Justyny Kopińkiej "Polska odwraca oczy" (tutaj), a także nowości na stosie (tutaj). Zaległe recenzje, czyli recenzje wspominanych książek, zapewne pojawią się niebawem. 

Życzę Wam miłego i zaczytanego sierpnia. Mój już tak zaczytany może nie być - podjęłam właśnie nową pracę i klimatyzacja tam pochłonie ze mnie mnóstwo energii, ale spróbujemy pobić lipiec. A jeśli ktoś wybiera się na Woodstock lub Targi Książki w Krakowie, niech koniecznie da znać! Ja będę i tu, i tu.


poniedziałek, 31 lipca 2017

129. Tove Jansson "W Dolinie Muminków"

Musimy dziś zrobić coś niezwykłego, gdyż zapowiada się piękny dzień. 

Nie mogę uwierzyć, że ostatnią książkę z Muminkami przeczytałam w grudniu. Wydawało mi się, że dopiero co odłożyłam jedne Muminki na półkę, a tutaj takie zaskoczenie. Grudzień to jednak nie były ostatnie okoliczności czytelnicze z Tove Jansson - po drodze sięgnęłam jeszcze po "Słoneczne miasto", które zdecydowanie nie przypadło mi do gustu. 

Nie martw się - odparł Włóczykij. - Będziemy mieli piękne sny, a gdy się obudzimy, będzie wiosna. 

Tak więc "W Dolinie Muminków" było trochę na osłodę. Czy Tove znów mnie zawiodła? Zdecydowanie nie. Ten tomik (podobno trzeci w kolejności) był chyba jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym z całego cyklu. Gdybym miała określić go jednym słowem, użyłabym określenia "urocze". Tak, zdecydowanie. Urocze. 

Szlachetność sama w sobie jest ozdobą. 

To słowo ciśnie się na usta, kiedy już zerknie się na spis treści. Każdy rozdział opatrzony jest stosownym zapiskiem, informującym o tym, co ma się wydarzyć. Te same zapiski znajdują się w tekście, po numerze rozdziału i od razu wprowadzają czytelnika w klimat doliny. 

- Życie nie jest czymś spokojnym! - odparł Włóczykij z zadowoloną miną. 

Trudno nie wspomnieć o ilustracjach - w tej części było tak wiele świetnych, że nie jestem w stanie wybrać swojej ulubionej. Chociaż jest to zaledwie trzeci tom, Muminki wyglądają już bardzo muminkowo (dla przykładu - w pierwszym tomie ani trochę). Pojawia się mnóstwo nieskomplikowanych rysunków, zajmujących zaledwie skrawek strony, a także sporo tych rozbudowanych na całą. 

Pomyśleć sobie, że jest taka piękna, a nie potrafi nawet się z tego cieszyć!

Sama treść też jest aż do bólu w stylu Muminków. Dzieją się tutaj rzeczy typowe dla tych trolli oraz te niespodziewane, które i tak zgrabnie wplątują się w ich życie. Pojawia się mnóstwo emocji - od radości z wyczarowanych przez Czarnoksiężnika przedmiotów po żal i tęsknotę za odchodzącym Włóczykijem. Te emocje oraz proste acz mądre zdania sprawiły, że nawet nie odczułam nieobecności małej Mi. Pojawiają się też nowi bohaterowie - Topik i Topcia.

Niezwykłe przygody to czasem dobra rzecz. Zmoknąć, przeżyć straszne chwile, dawać sobie radę samemu i takie różne rzeczy. Ale na dłuższą metę, co to za przyjemność?

Jedyną rzeczą, do której mogłabym się przyczepić, było kilka nieścisłości w toczącej się akcji. Nie były one jednak spore ani nie występowały w dużej ilości. Nie wpłynęły też niekorzystnie na rozumienie tekstu, choć raz musiałam się zatrzymać i dobrze wczytać, aby logicznie sobie co nieco wytłumaczyć - zapewne dziecko nie czepiałoby się z takiego nagłego przeskoku.

Ogród wyglądał jak bukiet zaręczynowy pełen głębokich barw późnego lata. 

Dodam, że jako osoba niesugerująca się kolejnością cyklu, poleciłabym właśnie tą część jako rozpoczęcie swojej muminkowej przygody. Szczególnie korzystne może to być dla osób, które Muminki znają ze słynnych dobranocek. Wiele epizodów anime bazuje właśnie na tym tomie, daleko nie szukać - pierwszy odcinek. 

- Samotność jest czasem potrzebna - powiedział Muminek. - Jesteś jeszcze za mała, żeby to zrozumieć. 

Dla mnie jako osoby już dobrze zaznajomionej z tymi stworami, był to miły powrót do dzieciństwa, choć tym razem z historii wyniosłam zdecydowanie więcej. Samą lekturę uważam za bardzo udaną i śmiało mogę powiedzieć, że "W Dolinie Muminków" to jedna z najlepszych książek z serii, a już na pewno najbardziej refleksyjną. Mądra i czarująca, zdecydowanie.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu, dyndając nogami nad rzeką. Płynęła pod nimi nieprzerwanie, niosąc swe wody gdzieś het, w nieznane strony, do których Włóczykij tęsknił i gdzie znów pragnął podążyć samotnie. 

Przeczytane: 13.07.2017
Ocena: 9/10

poniedziałek, 24 lipca 2017

128. Justyna Kopińska "Polska odwraca oczy"

Książkę Justyny Kopińskiej "Polska odwraca oczy" widziałam już wszędzie - naprawdę wszędzie. Po moim pierwszym reportażu na temat współczesnej Polski poczułam ciągotki do tematu i widząc żółtą okładkę tej pozycji w jakże kuszącej cenie, nie zastanawiałam się długo. 

Reportaże dotykają wszelakiej tematyki - problemów polskiego więziennictwa i wypuszczanych na wolność zbrodniarzy, specyfiki działań policji, traktowania pacjentów chorych psychiczne, znęcania się sióstr zakonnych nad małoletnimi w placówkach opiekuńczo - wychowawczych, korupcji, sądowego dramatu ofiar gwałtów, walkach niepełnosprawnych o renty, ukrywaniu problemów. Wśród przytłaczających fragmentów znalazłam rozdział pozytywny - choć może ma on pozytywny wydźwięk tylko dla mnie - a dotyczył on samobójczej śmierci małżonków, z których jedno z nich śmiertelnie zachorowało, a drugie nie wyobrażało sobie życia bez niego.  

Różnorodność ta wydaje się być największym atutem książki, choć rozdziały mogły być lepiej uporządkowane tematycznie. Na początku każdego z nich znajduje się kilka informacji, które miały wprowadzić czytelnika w temat, jednakże często zdarzało się, że było to streszczenie całego tekstu - wówczas zbędnym wydawało się tracenie czasu na czytanie nierzadko zbyt przeciągniętych stronic. 

Dla mnie największą zaletą był styl autorki, wynikający z przeprowadzonego przez nią śledztwa. Podoba mi się, że autorka nie ocenia żadnej ze stron konfliktu, kiedy takowy prezentuje. Przytacza suche fakty oraz wypowiedzi osób, które coś w danej sprawie miały do powiedzenia lub po prostu są stronami dochodzenia. Starała się dotrzeć do wielu źródeł, dlatego w reportażach pojawia się dużo perspektyw. Zderzenie dwóch światów zupełnie różnych ludzi pokazuje prawdziwy obraz sytuacji. 

Niemniej, raz autorka zaplątała się w przedstawianiu sprawy. Niestety, był to rozdział, który szczególnie sobie upodobałam, bo dotyczył pośrednio pracy psychologa. Chociaż świadkowie wyraźnie mówili, że psycholog wydawał zaświadczenie o przeciwwskazaniach do pracy z bronią, ale sąd podjął ostateczną decyzję, nie wspomagając się owym zaświadczeniem, to autorka w ostatnich słowach tego rozdziału zakwestionowała kompetencje psychologa, pisząc, że wydał zezwolenie, choć nie powinien. No cóż... 

Jednak z książki wyłania się obraz Polski, z której każdy niby zdaje sobie sprawę, ale w którą nie chce lub nie może uwierzyć. Absurdy prezentowane w polskiej telewizji to sielanka przy rzeczywistości. Dodatkowo wydają się być one nagłaśniane tylko po to, aby tymi tanimi sensacjami odwrócić uwagę obywateli od tego, co naprawdę dla nich ważne i co dotyczy ich życia codziennego. 

Czy książkę polecam? Zdecydowanie tak. Justyna Kopińska włożyła mnóstwo pracy w przygotowanie swoich reportaży, sumiennie badając każdą opisaną sprawę. Książka jest mocna, ale na mnie większe wrażenie zrobiły "Najlepsze buty na świecie" Michała Olszewskiego. 

Przeczytane: 22.05.2017
Ocena: 7/10


środa, 19 lipca 2017

127. PigOut "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera"

Wstaję, spoglądam w kalendarz, a tam piątek trzynastego. "Oho, urodziny mojej karmy. No dawaj życie, zaskocz mnie!" - przykozaczyłem w myślach. Nie minęło nawet pięć minut, wtem odkrywam, że nigdzie nie ma telefonu, czyli gra już dawno rozpoczęta. Ok, challenge accepted. 

Jakiś czas temu zastanawiałam się, co zrobię, kiedy przeczytam już wszystkie książki mojego ukochanego Bukowskiego. Odpowiedź na to pytanie nasunęła się sama, kiedy jeszcze przed premierą w moich rękach znalazła się książka "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera". Teraz już wiem - po lekturze twórczości Buka przerzucę się na bloga PigOuta. 

Możecie to nazwać początkami Alzheimera, ja trzymam się wersji, że to zwykły trolling ze strony mózgu.

PigOut to nie kto inny, jak nasz rodzimy bloger. Wiem, co sobie pomyślicie - "oho, kolejny polski wielki filozof, który nic nie robi, tylko wyśmiewa innych, a za swoje pożalsięboże teksty dostaje profity". Mi od razu zasunęli się youturzeby, którzy na swoich kanałach to może i mają coś do powiedzenia, a na pewno nie jest to materiał na książkę - tym bardziej, że większość "twórców" internetowych lubi się powtarzać. Innymi słowy, za darmoszkę i legalnie można przeczytać te same treści w Internecie, chociaż za książkę chcą kilka dyszek. Podobno papier trzeba oszczędzać. Pieniądze też. No cóż.

Podsumowując, świat ewidentnie nie chce, żebym był szczupły, mnie z kolei nie chce się walczyć ze światem i w ogóle pierdolę, nie robię. Zapuszczam Netflixa. 

Ale PigOut to nie jeden z nich. Bloger nie szczędzi autoironii ani sarkazmu wobec społeczeństwa. Jakże moja niegodziwa część lubi takie psioczenie na polską mentalność oraz współczesny świat wraz z jego absurdalnymi zachowaniami rodem z jaskini. Kilka tekstów, niestety, pokryło się  blogiem, ale można to wybaczyć - nie było ich tak wiele, żebym żałowała na tę pozycję miejsca na półce.

"Trudno, w końcu ile razy człowiek się hajta?" - pytają sami siebie. Cóż, młodzi i zakochani naprawdę wierzą, że tylko raz.

Czego dotyczą teksty blogera? Otóż tego, co dzieje się wokół nas. Taka różnorodność została ujarzmiona w czterech częściach, w skład których wchodzą tematycznie spójne rozdziały. Wydaje Wam się, że nasza codzienność nie jest godna opisywania? No może... Ale PigOut robi w taki sposób, że czytanie jego szyderstw doprowadza do łez. O ile na na widok ogromnych kolejek trzy dni przez trafieniem jakiegoś produktu do sprzedaży oraz koczowanie przez sklepem popukałabym się w czoło i tyle, tak autor ubiera to zjawisko w zabawne słowa, dodając barwne opisy dantejskich scen.

Nie wiem, z czego to wynika, ale ostatnio moi znajomi zaczęli masowo się hajtać. Albo się zmówili, albo rząd faktycznie zdelegalizował pigułki antykoncepcyjne.

Oprócz tego pisze o (nie)fenomenie Greya, kondycji kina, fejsowym szpanie, skazaniu na nędznego sylwestra, zajęciach upadających "gwiazdach", męskich wypadach, ułomności naszego mózgu, przesądach na temat piątku trzynastego, fenomenu Chodakowskiej i dietach cud. Ja najbardziej lubię fragmenty o osobistych przygodach autora i jego złej karmie. Wiem, że to sadystyczne, ale z chęcią poczytałabym więcej o tych kłopotach oraz sposobach na wyjście z opresji. Jeszcze więcej poczytałabym o komentarzach na temat blogsfery. Serio. Autor się nie cacka i wkłada kij w mrowisko. Policzek dla każdego blogera.

W przeliczeniu na złotówki to równowartość golfa trójki. Redzi był w takim szoku, że odruchowo pociągnął kasjerkę za włosy, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem nie Tusk w masce. O dziwo, nie. 

Co do jego opinii... No właśnie - czy PigOut jest hejterem? Według  mnie nie. To po prostu szczery komentator otaczających nas zjawisk, których w gonitwie codzienności nie dostrzegamy nic nadzwyczajnego. Nie widzimy absurdu naszych działań, nie wspominając o zastanowieniu się nad nimi. Lekkie pióro i specyficzny humor sprawiają, że nie jest to wylewanie smutów, ale niezła zabawa. Ale przewrażliwiony na krytykę - szczerą, zasłużoną i konstruktywną - zapewne z miejsca nazwałby autora hejterem.

Jest takie niepisane prawo, zgodnie z którym facet powinien minimum raz w roku, na co najmniej 24 godziny, wybić z chaty w celu totalnego zezwierzęcenia się. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco polecić tę książkę. Jakby to powiedział pan popełniający  tę wydawniczą zbrodnię -  książce mówimy zdecydowane "chyba tak", bo "cycki opadają". Tymczasem ja spadam na bloga PigOuta i zapraszam tam każdego, kto waha się przed lekturą. Nie wzbraniajcie się, wszak autor założył go pod wpływem alkoholowego upojenia...

Od wczoraj nic już nie jest takie jak kiedyś. Mój zmysł wzroku został zbrukany, a umysł wypaczony. To, co zobaczyłem, na zawsze wypaliło piętno. Inwestycja w alkohol i próby wymazania pamięci nie powiodły się. Napiszę, co widziałem ku przestrodze dla innych, ale wcześniej niech wszystkie matki ukryją dzieci. 

Ocena: 9/10
Przeczytane: 16.07.2017



niedziela, 16 lipca 2017

126. Nowości na stosie

Uhuhu, no to się porobiło. Nie było mnie ponad miesiąc - poprzedni wpis wrzucony był ostatniego dnia maja i przychodzę dopiero teraz, w połowie lipca. A więc proszę się na mnie nie rzucać z ząbkami (chyba że to wampirze kły), już się tłumaczę. Ale najpierw... Moikka!

Podsumowanie maja było ostatniego dnia tegoż miesiąca, choć zazwyczaj zamieszczam tego typu wpisu pierwszego dnia nowego miesiąca (nigdy nie wiadomo, czy wieczorem nie przeczytam jeszcze jednej książki). Tym razem było inaczej, ponieważ pierwszy dzień czerwca wypadał w czwartek, a był to czwartek, kiedy miał się pojawić muzyczny przekładaniec. Tak więc postanowiłam, że podsumowanie będzie w środę, muzyczny przekładaniec w czwartek. 

Ale, jak widzicie, muzyczny przekładaniec nie powstał. Dlaczego? Otóż dlatego, że w tamtym czasie zaczęłam intensywniej pisać swoją pracę na studia, a że związana jest z muzyką, to tej było ponad miarę - na pewno na tyle dużo, że trudno byłoby wybrać jeden utwór dnia. Poza tym... No dajcie spokój. Pisać pracę o muzyce, słuchać muzyki dla przyjemność i jeszcze więcej na potrzeby pracy, a do tego tworzyć posta o takiej tematyce? Nie ma szans. 

Praca pracą, były egzaminy. Sądziłam, że ze wszystkim wyrobię się bardzo szybko i w zasadzie w połowie czerwca tu wrócę, więc nie widziałam potrzeby informowania o małej przerwie. Problem polega na tym, że sprawa z moją pracą nieco się skomplikowała. Śmieszna historia. Miała być o kształtowaniu zespołu rockowego i metalowego jako marki, technikach marketingowych, koncepcjach psychologicznych tłumaczących fenomen jakiegoś zespołu i postaw konsumenckich fanów wobec tychże zespołów. To wszystko na podstawie trzech przykładowych formacji. Nie ma bata, najpierw odpadły postawy, później koncepcja trzech zespołów, a w efekcie końcowym moja praca dotyczy tylko garstki technik marketingowych. Nie wierzycie, że było aż tyle materiału do pisania? Phi. Mam obecnie 45 stron, a to nie koniec. Trzeba wyedytować pracę, dodać część praktyczną oraz wrzucić kilka znaczących obrazów. 

Wszystko się tak przeciągnęło i jeszcze zakończone nie jest - będzie jutro. Niemniej, chwila relaksu i post na bloga to rzecz wspaniała. Tym bardziej, że przychodzę do Was z nowościami, które pojawiły się na moim stosie. Same przyjemności. Cóż to takiego?

Chciałam zamówić kilka nowych książek, chociaż na stosie jest ich tyle, że głowa mała - pokój zresztą też. No ale... Wiecie sami. No i nadarzyła się okazja, bo ktoś z towarzystwa widział potrzebę nabycia książek, na co ja od razu wyskoczyłam z propozycją, że to ja zamówię, za jedną przesyłką i w ogóle fetysz książkowy - składanie zamówienia przez Internet, rozpakowanie paczuszki i inne takie. Co zamówiłam?

Przede wszystkim Bukowskiego. Stwierdziłam, że przeczytałam tylko pięć jego książek i przywaliłam sobie nimi w czoło. Mam zasadzę, że przy każdym zamówieniu kupuję Buka lub Muminki, więc teraz postanowiłam zadośćuczynić. Zamówiłam sobie dwie książki Bukowskiego - "Kłopoty to męska specjalność" oraz "Najpiękniejsza dziewczyna w mieście". Wybrałam też dwie książki, które jakiś czas temu bardzo chciałam przeczytać i tym sposobem zaopatrzyłam się w "Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?" oraz "Niedokończony eliksir nieśmiertelności", tym samym wyrabiając już do końca życia własne (nie)zapotrzebowanie na "literaturę" polską. Jako wisienkę dorzuciłam "W Dolnie Muminków", na co moja mordka uśmiechnęła się szeroko. Nawet aż tak nie bolało mnie to, że mój współzamawiający zażyczył sobie dwóch książek Oksanen (dla niekumatych - Finlandia i te sprawy), których tak naprawdę nie miałam ochoty mu oddawać, ale nie dałam tego po sobie poznać. Co do Muminków - już dawno przeczytane, tak, tak.

Na samym końcu pojawiła się w mojej skrzynce mailowej niesamowita wiadomość, którą początkowo wzięłam za spam. Ogarnęłam co i jak, przejrzałam dołączone zapiski i pomyślałam: "orajusiumuszęprzeczytaćtęksiążkę". Mowa o "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera". I tak - ją też już przeczytałam. Kilka minut temu. Nocka zerwana - położyłam się spać o 4:51, kierując się zdrowym rozsądkiem, jak to pięknie w swojej książce ujął PigOut. Czy nie pisałam przypadkiem, że do jutra muszę wysłać pracę? Tak? No to się powtórzę. Do jutra muszę wysłać pracę (do jutra rana), a ja siedzę i czytam książkę blogera. Niby studentka psychologii, a co robię ze swoim życiem?

Jeszcze słowem pocieszenia (samej siebie) dodam, że przerwa ta była mi potrzebna. W czerwcu w zasadzie nie czytałam i trochę się zdystansowałam oraz nabrałam świeżości. Tego mi właśnie było potrzeba. No i nowych książek też. Czytaliście coś z tego? Dajcie znać, bo nie wiem, za co pierwsze teraz chwycić. A, dobra, za nic. Dokończę pisać pracę. A potem... A potem napiszę cztery recenzje na bloga. Szykujcie się!


środa, 31 maja 2017

125. Podsumowanie maja

Kończy się maj, a ja obiecałam, że uporam się w tym miesiącu ze wszystkimi obowiązkami, a przy tym przeczytam chociaż trzy książki. Z jednego udało mi się wywiązać, z drugiego nie - zgadnijcie z którego. 

Maj kończę z zadowalającym wynikiem. Przeczytałam 4 książki - jedną na studia i trzy czytajki, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś zgubiłam jedną książkę. Ups? Nie, to raczej niemożliwe. Tak czy inaczej, dopiero w połowie miesiąca udało mi się przeczytać zaległe i okropne "Piątkowe noce wampirów" (recenzja). Odbiłam to sobie przepięknym przykładem fińskiej literatury, czyli "Ćmą" (recenzja), a na deser zostawiłam reportaż "Polska odwraca oczy" (recenzja będzie, jak będzie, czyli jak ją napiszę - a zrobię to zapewne w ciągu tygodnia). Spokojnie zdążyłabym przeczytać jeszcze jedną czytajkę, ale miałam wyrzuty sumienia, że się nie uczę. 

Moje sumienie uspokoiło się tym, że doczytałam do końca "Psychologię konsumenta" Katarzyny Stasiuk i Dominiki Maison. To chyba najciekawsza książka naukowa na świecie. Zazwyczaj za podręczniki akademickie płaci się krocie, a wydanie pozostawia wiele do życzenia. W tym przypadku zapłaciłam niewiele (nawet zwykła książka z taką ilością stron i w takim formacie kosztowałaby porównywalnie tyle samo), a dostałam świetnej jakości wydanie - nie dość, że ilustracje są w kolorze, to PWN pofatygowało się i użyło kolorowych napisów i kolorowych ramek. Zawsze narzekam, że książki do nauki psychologii nie ułatwiają uczenia się, a tutaj proszę, już coś. 

Wisienką na torcie w tym miesiącu był czerwcowy "Teraz rock", kupiony w zasadzie tylko dlatego, że potrzebowałam artykułu w nim zawartego do pracy. Naszła mnie jednak refleksja, dlaczego nie kupuję go na bieżąco. Czas to zmienić. Wszystkie lektury dały mi ogólnie wynik 1560 stron, co najgorszym wynikiem nie jest, ale już szykuję się na wakacje i wynik ponad 3000 stron. 

Udało mi się też obejrzeć 16 filmów. Większość znów z poza mojej listy "do obejrzenia", ale tak to jest, kiedy filmy ogląda się rodzinnie (a gust rodziny jest odmienny od mojego). "Hiszpanka" była na tej liście, ale nie spodziewałam się zbyt wiele i zbyt wiele nie dostałam, choć ciekawie było popatrzeć na znajome miasto w takim wydaniu. Pozytywnie zaskoczyło mnie natomiast "Światło latarni". W końcu udało mi się obejrzeć, a nawet napisać recenzję"On wrócił". Do pracy badawczej obejrzałam dwa filmy "Artefakt" oraz "Sugar Man"- i o nich planuję napisać coś więcej, znów coś na wzór recenzji. Filmowy miesiąc zakończyłam porywając trzyletnią kuzynkę do kina na "Smerfy. Poszukiwacze zaginionej wioski". Oprócz tego na liście obejrzanych filmów znajdują się: "Dobór naturalny", "Wykolejony", "Outlander", "Szubienica", "Widzę, widzę", "Bezpieczna przystajń", "Zanim się pojawiłeś", "Niespełnione obietnice", "Love, Rosie" i "Poltergeist". 

Na blogu pojawiło się jedynie 10 postów, co jak na mnie jest liczbą wyjątkowo małą. Opublikowałam pięć recenzji ("Ćma""Piątkowe noce wampirów""Obietnica krwi""Niektóre dziewczyny gryzą" i "Słoneczne miasto"), jedną recenzję filmu ("On wrócił"), dwa podsumowania (to i podsumowanie kwietnia), jedne nowości na stosie oraz dwa muzyczne przekładańce (tutaj i tutaj). 

Z maja jestem względnie zadowolona. Obawiam się jednak, że w czerwcu będzie mnie tu jeszcze mniej z racji natłoku na studiach. Nie bijcie mnie za to - wszystko odpracuję w lipcu, sierpniu oraz wrześniu. Wam tymczasem życzę zaczytanego czerwca!


poniedziałek, 29 maja 2017

124. Katja Kettu "Ćma"

Człowiek jest zwierzęciem, które chce wiedzieć.

"Akuszerka" Katji Kettu oczarowała mnie i zawładnęła moim umysłem na czas czytania, a także na długo później. Dawno nie czułam takich emocji przy lekturze. Byłam ciekawa kolejnych książek autorki, jednak głównie ze względów swoich fińskich zainteresowań. "Akuszerka" była książką oryginalną i ciekawą, więc nie byłam w stanie wyobrazić sobie, aby autorka mogła napisać coś jeszcze dobrego, rozwijającego jej zdolności pisarskie, nie mówiąc już o czymś lepszym. Taka typowa autorka jednej książki. Dlatego też do lektury "Ćmy" podeszłam z lekkim wzruszeniem ramion i bez żadnych wymagań. Niesłusznie.

Łatwiej mi było uwierzyć w swoją głupotę, kiedy została ona wypowiedziana na głos.

Już na samym początku poznajemy piętnastolatką Finkę, córkę Białego Generała, która okazuje się być w ciąży z ruskim chłopaczkiem, za co już została ukarana oderwaniem języka. Postanawia uciec przed wstydem i złością ojca - pokonuje granicę na nartach i dostaje się do Związku Radzieckiego, gdzie chce odnaleźć ukochanego, żyjącego w niewiedzy, że za niedługo zostanie ojcem. Wilczy Kieł opowiadał jej o swoim kraju pełnym dobrobytu. Irga nigdy nie wierzyła w te opowieści, ale postanowiła zaryzykować - wszędzie będzie lepiej niż w Finlandii, patrząc na jej obecne położenie. Okazuje się jednak, że wszędzie byłoby lepiej niż w Związku Radzieckim. Szybko zostaje oskarżona o rzekome szpiegostwo, zmuszona torturami do podpisania stosownych dokumentów i przetransportowana do gułagu w Workucie.

Co było, to było, nie trzeba się smucić. Żałujmy żywych, którzy boją się, że umrą. 

Katja Kettu potrafi zachwycić czytelnika różnymi perspektywami w książce - tutaj taki zabieg znów ma miejsce. Najważniejszą perspektywą, zaraz po głównej bohaterce, jest narracja młodej Finki, która przyjeżdża do maryjskiej wioski, gdzie właśnie został zamordowany jej ojciec. Mężczyzna szukał tam swoich korzeni, śladu po matce Irdze Malinen, która była więźniarką. Upojony alkoholem pisywał brednie w listach kierowanych do córki, która nigdy nie wierzyła w jego opowieści. Ale kiedy trafia do wioski, już nie musi wierzyć - wie. Wie i postanawia doprowadzić rozwiązanie zagadki do końca. W końcu matka ojca to jej babcia.

No tak, gdy życie jest puste, a ubranie zawszone na śmierć, to ludzkie twarze robią się paradoksalnie wyrazistsze. To dziwne, ale tak to bywa. I nawet najgorsze pokraki nabierają wartości. 


Pomysł na książkę jest fenomenalny, a jej wykonanie to prawdziwa uczta czytelnicza. Akcja poprowadzona jest w taki sposób, że trudno zaspokoić ciekawość czytelnika po jednej stronie, trzeba przeczytać wszystko od razu. To nie jest łatwa lektura, a przyjemność jej czytania nie ma nic wspólnego z lekkością, tylko stanowi raczej coś głębokiego na wzór literatury wysokiej. "Ćma"  serwuje czytelnikowi ogrom prawd uniwersalnych, w żaden sposób niezwiązanych z życiem obozowym. Przy tym jest tak zaskakująca, że trudno domyśleć się zakończenia. Ja zawsze mam najbardziej absurdalne pomysły na zakończenie książki i to zakończenie pojawiło się w mojej głowie, ale szybko je zignorowałam. Trudno jest przewidzieć, co będzie na następnej stronie, a co dopiero mówić o ostatniej. Początek, jak to Kettu, był trochę chaotyczny, ale to ze względu na mnogość wątków i wrzucenie czytelnika od razu na głęboką wodę. Wszystko klaruje się w ciągu kilku kolejnych akapitów.

Tutaj nikt nie chce pamiętać. Rosja jest krajem, w którym zapominanie to ludowa tradycja, a trzymanie w tajemnicy jest największą życiową zaletą. 

Mnogość postaci też nie jest przerażająca. Autorka potrafi idealnie wykreować bohaterów, a ich ilość nie oznacza mniejszej jakości. Wszyscy są bardzo charakterystyczni i łatwi do zapamiętania, nie tylko przez własną historię, ale też sposób mówienia czy zachowywania się. Jakkolwiek z początku mogą wydawać się nielogiczni, to po chwilowym już poznaniu, każdy ich gest nabiera znaczenia. Irytuje mnie tylko w recenzjach innych osób nazywanie Irgi nastolatką. To nie jest książka o nastolatce. Irga szybko przestaje mięć piętnaście lat, bo akcja jest mocno rozciągnięta w czasie. A nawet gdyby, w tamtych czasach jej wiek był zupełnie inaczej odbierany, nie wspominając już o obozowych realiach.

Niewolnik nie jest wdzięczny za zdjęcie kajdan. Zaczyna gardzić swoim panem i go zabija. 

Właśnie przez tą różnorodność wśród bohaterów, autorka idealnie pokazała fińskość i rosyjskość. Chociaż akcja dzieje się na terenach północno-wschodnich, poza granicami Finlandii, to jednak mentalność Finów została perfekcyjnie przedstawiona, szczególnie w zestawieniu z Rosją i samą Republiką Maryjską.  Obnażona prawda? Raczej tak, skoro "Ćma" wciąż nie ukazała się w Rosji. Podoba mi się też przepaść pomiędzy biednymi bohaterami, a postaciami, które gromadzą wokół siebie bogactwo i sprawują władzę.

Czas upływa na myśleniu, a dzień na kręceniu głową. 

Władza to zdecydowanie najlepszy motyw w tej książce. Nigdy nie czytałam żadnej pozycji, która tak świetnie przedstawiałaby konstruowanie władzy oraz machizmy, które powodują, że ktoś jest osobą uległą wobec osób nadrzędnych. Wątek ten szczególnie uderzający jest w obozowej rzeczywistości, ale to nie jest coś, co możemy sobie wyobrazić, raczej coś, co nam, Polakom, wydaje się wręcz nie do pomyślenia, jeśli spojrzymy na obozy na terytorium naszego kraju. Jest to najmocniejszy punkt "Ćmy" i nie mogę o nim nic więcej napisać, aby nie zdradzić fabuły. Aspekt władzy nie dotyczy tylko radzieckich gułagów, ale też współczesnej Rosji. Chociaż sytuacja jest fikcją literacką, to sposoby rządzenia są autentyczne.

Wiedziałam, że jeśli wcześniej nie umrę z głodu lub podczas porodu, to na pewno zabije mnie w końcu strach.

Oprócz władzy zauroczona byłam magią i wierzeniami. Książka jest bardzo mistyczna, oddziaływająca na zmysły. Religia i czary to nie wszystko. Rytuały nie miałby w sobie nic, gdyby nie wykorzystywały natury. To właśnie maści z bzu i wywary z dzikich roślin sprawiały, że niemal czułam zapach tych specyfików na stronach książki. Miałam wrażenie, że więcej magii jest tutaj, niż w niektórych tytułach fantastycznych. Ba, przez większość czasu ma się wrażenie, że jest to książka fantastyczna, opierająca się na magii i religii Maryjczyków. Ich czary tak pochłaniają czytelnika, że trudno mu choćby o krztę racjonalności. Doświadcza też tego Verna, która próbuje zdrowym rozsądkiem dowiedzieć się, kto zamordował jej ojca.

Gdy nikt nie rozkazuje, ludzie trzymają się tego, do czego przywykli.

Prawdziwą wisienką na torcie jest język i nie mówię tego wyłącznie o wybitym stylu Katji Kettu. Autorka znów mnie porwała. Może nie jest tak brutalna jak w "Akuszerce", mniej opiera się o seksualność i dzikość, ale wciąż są to mocne i wyraziste składowe jej literatury. Językowo "Ćma" jest lżejsza od "Akuszerki", ale mentalnie zdecydowanie cięższa i bardziej wymagająca. Poprzez język rozumiem też języki obce. Pojawia się tutaj fiński, rosyjski i maryjski, a częste wypowiedzi szczególnie w języku maryjskim zazwyczaj nie są tłumaczone - chyba że bohater zaraz tłumaczy, co powiedział. Początkowo się irytowałam, ale zabieg okazał się rewelacyjny. Czasami dało się wyłapać, o co chodzi, ale zdarzało się nie. Przez to czytelnik czuł się jak Irga lub Verna. Obie fińskojęzyczne, nie mogły zrozumieć podobieństw języka maryjskiego do fińskiego, przez co niewiele rozumiały z rozmów, które wokół nich się toczyły. Języka dotyczy jeszcze jedna ciekawa kwestia - główna bohaterka jest niemową, ale Kettu tak poprowadziła akcję, że ucięty język Irgi nie spowodował nudy, jak mogłoby się wydawać.

Przypomina mi to Twoje majaczenie w delirium, ojcze. Raz znalazłam cię w saunie na podłodze, gdy strzelałeś do mrówek ze strzelby z zakrzywioną lufą. Podobno zaczęły ci pyskować, tobie, profesorowi. Tam na zewnątrz nic nie ma. 

Trudno nie wspomnieć o samym wydaniu. Za projekt okładki odpowiada Martii Ruokonen, ale autorem ilustracji o tytule "Forgive me" jest Eemil Karila. Przepiękne jest też samo wnętrze - symboliczna figura szachowa przy prologu, ćma przy poszczególnych częściach oraz prowizoryczne szkice obozu.

Nie płacz, Dziki Ptaszku, bo zmokną twoje piękne oczy. 

Czy książkę polecam? Zdecydowanie. Widzę jednak niepokojący trend wśród osób czytających nałogowo, a także wśród wydawnictw. Sprzedają się książki lekkie i niezobowiązujące, a nawet jeśli dotyczą poważnego tematu i niosą jakieś przesłanie, to styl pisarzy jest... No właśnie. Jest żałosny, nijaki, każdy pisze tak samo. "Ćma" jest dla osób, którym nie zależy na ilości przeczytanych książek, ale na ich jakości. Sądzę, że książkę docenią ludzie, który uwielbiają literaturę klasyczną lub wysoką, a także ludzie zainteresowani innymi kulturami, wierzeniami - szczególnie północnymi i wschodnimi. To jest niewielki procent wśród niewielkiego procentu czytelników, więc rozumiem niską sprzedaż takich książek.

Drżącymi rękami podałam mu kuksę z wodą. Nagle poczułam się nieśmiała i niezdarna. Musisz żyć, kochany! Wróbelek wypił wodę i wyszeptał gorączkowo, głosem zmienionym bólem istnienia:
- Jak tutaj można żyć?
Umysł niknie, nadzieję pochłania wieczna zmarzlina, a na barkach zaciskają się sztywne zawiasy nieba. Lecz czy ja mogę powiedzieć coś takiego słabej istocie? Zgodnie z prawdą oświadczyłam:
- Nie można. 
Ale wyjdziemy z tego. Pozostaniemy przy życiu. 
Ponieważ tak trzeba. Bo to jest zemsta życia.

Przeczytane: 19.05.2017
Ocena: 10/10

sobota, 27 maja 2017

123. "On wrócił" reż. David Wnendt

Źródło: filmweb
Minęło już trochę czasu, odkąd przeczytałam książkę Timura Vermesa "On wrócił". O samej książce możecie przeczytać tutaj. Dopiero teraz udało mi się zasiąść do filmu. Czy warto go obejrzeć? Jak najbardziej. 

Przede wszystkim trudno tutaj powiedzieć o ekranizacji. Staram się w ogóle nie traktować filmów jak ekranizacji, tylko mówię sobie "na podstawie powieści", "na podstawie powieści", "na podstawie powieści", tak w kółko. Wtedy mniej od filmu wymagam i wyłapuję się na wyszukiwaniu w nim motywów, które zostały wykorzystane w książce. Film nigdy nie będzie książką i twórcy filmu "On wrócił" doskonale zdawali sobie z tego sprawę, tworząc wariację na temat książki i poruszonej w niej tematyce.

Główny wątek pozostaje bez zmian - Adolf Hitler budzi się nagle na nieokreślonym terenie zielonym, nie mając nic przy sobie. Ubrany jest w mundur, który został ubrudzony w pobliskiej kałuży. Sytuacja może nie byłaby tak dziwna, gdyby nie fakt, że jest XXI wiek, a żaden z jego współpracowników nie odpowiada na wołania. I wtedy podchodzą oni - młodzi chłopcy, przedstawiciele współczesnej młodzieży niemieckiej. Nie mają na sobie munduru Hitlerjudend, ale jeden z nich ma na plecach napis "Ronaldo 7", czyli zapewne swoje imię... 

Cześć sytuacji została zachowana, ale mam wrażenie, że zupełnie odbiegnięto od samej powieści - niektóre dialogi były niedokończone, niektóre fragmenty nie znalazły swojego zastosowania, a niektóre zostały przesunięte w kolejności. Już od samego początku widz zderza się z wieloma ciekawymi scenami, których autor powieści nie ujął w swoim dziele. Czy to dobrze? Tak. A to dlaczego? Ponieważ rozszerzono to, co i tak można przeczytać. 

Od połowy film staje się uzupełnieniem książki, która nawet pojawia się na ekranie. Filmowy Hitler już ją napisał. Podoba mi się ten zabieg. Po pierwsze - jeśli ktoś czytał książkę, tutaj może zobaczyć coś więcej, a nie tylko obrazki, które wcześniej widział w wyobraźni za sprawą czytanych słów. Po drugie - jeśli kogoś film zaciekawi, chętniej sięgnie po lekturę, która jest wykorzystywana jako rekwizyt, niż jakoby było o niej wspomniane na początku lub na końcu produkcji. Ba, będzie nawet wiedział, jakiej okładki szukać w księgarni. Po trzecie - to fantastyczny pomysł na marketing powieści, nie kolejny chamski product placement soku lub telefonu mark X. Czytelnictwo trzeba promować, a wiadomo, że chociaż film jest na podstawie książki, to i tak przyciągnie całą szerzę ludzi, którzy nie czytają. Dzięki temu może poczują się zachęceni do pozycji Timura Vermesa. 

Dlaczego jeszcze podoba mi się pomysł odbiegnięcia od samej powieści? Dlatego, że powieść jest suchym przedstawieniem faktów. Jeśli trafi w ręce bezrefleksyjnej osoby, może stać się niebezpiecznym narzędziem. Nie ma tam żadnego komentarza, a wnioski należy wyciągnąć samemu. Film trafia do większej liczby odbiorców, a oczywistym wydaje się być fakt, że mniej inteligentni ludzie chętniej sięgną po film niż książkę. Istniało zatem ryzyko, że ktoś zrozumie przesłanie pisarza w inny sposób. Tutaj widz ma do czynienia z refleksją już na ekranie. 

Najbardziej podoba mi się rozszerzenie myśli książkowej na temat rządów Hitlera, która w filmie pada w zupełnie nowej scenie. "Że albo istniał cały naród świń, albo to, co się wydarzyło, nie było żadnym świńskim czynem, lecz wolą narodu.", choć cytat ten został trochę zmieniony. Scena jednak jest obłędna. Nie tylko ze względu na rozwiniecie tej myśli, ale też ze względu na sposób patrzenia na historię. Zamiatanie jej pod dywan nic nie daje. Milczenie na temat Hitlera podobnie. Trzeba to zaakceptować. Trzeba go zaakceptować. Trzeba zaakceptować to, że jest częścią nas, częścią naszej historii. I trzeba zaakceptować, że nie wszystko było złe.

Największym atutem filmu są nagrania ludzi na ulicy i ich autentycznych reakcji na widok człowieka, który wygląda i zachowuje się jak Adolf Hitler. Jak można się domyśleć, reakcje były różne i bardzo skrajne. Czasami nie miałam też pojęcia, czy w niektóre postaci wcielał się jakiś aktor, czy były to także realne osoby. Jeśli byli to aktorzy, to bardzo świetni. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś kręcił z ukrytej kamery spotkanie Hitlera z jakimś człowiekiem, który z początku traktuje to spotkanie jako żart, ale w momencie, kiedy facet z wąsem zaczyna na niego krzyczeć, panicznie się boi.

Jedynym, co mi się nie podobało, był dobór muzyki. Killar nie pasował tam ani trochę. Jedynie jedna kompozycja tam pasowała, ale była ona tak sztampowa i przemielona w różnych komediach, że w uszy się nie rzucała.

No właśnie. Czy to komedia? Hm... Raczej nie. Część była zabawna, owszem. Do zrozumienia tych żartów nie potrzeba było takiego aż znowu dystansu, jak to miało miejsce w książce. Tutaj bardziej śmiano się z Hitlera i z tego, jak zachowuje się w dzisiejszym świecie. Trochę jak w "Goście, goście". Później jednak wszystko się zmienia, a film staje się poważny.

Pojawia się też pytanie - co najpierw? Książka czy film? Prawdę mówiąc, twórcy filmu podeszli do tematu tak, że w całej historii przywrócenia Hitlera do współczesności, więcej da się zrozumieć, jeśli najpierw obejrzy się film, a dopiero później przeczyta książkę. Ja z kolei najpierw zabrałam się za książkę, a dopiero później za film i nie wynudziłam się przy nim, gdyż był zupełnie nieprzewidywalny. Nie jest to może arcydzieło, ale niesie przesłanie.

Zdecydowanie polecam, nawet jeśli ktoś nie jest zainteresowany tematyką Trzeciej Rzeszy i historią w ogóle. Jest to film dla osób o giętkim umyśle, które uwielbiają zastanawiać się, co by było, gdyby, ale też dla osób, które chciałyby zobaczyć możliwą opcję. Także osoby zainteresowane współczesnym światem politycznym znajdą tutaj coś dla siebie. Ale mam wrażenie, że każdy mógłby wynieść lekcję, dlatego film polecam wszystkim bez wyjątku.

Obejrzane: 24.05.2017
Ocena: 8/10

piątek, 26 maja 2017

122. Chloe Neill "Piątkowe noce wampirów"

Phi. Nie zdobyłam go. Ani nie mam zamiaru. To fura kłopotów w ładnym opakowaniu. 

Wiecie dlaczego drugi tom Wampirów z Chicagolandu nosi tytuł "Piątkowe noce wampirów"? Bo żeby autorka mogła wymyślić taki absurd, musiała nieźle balować w piątkowy wieczór i zacząć pisać na kacu w sobotę rano. Innego wytłumaczenia nie ma.

W jego głosie dało się wyczuć zakłopotanie typowe dla chłopca. Czterystuletniego chłopca.

O czym jest ta książka? O tym, że główna bohaterka nienawidzi swojego stwórcy, ale coś tam ją do niego ciągnie, przy czym nic się w tym wątku nie dzieje. Dzieje się za to w gazetach, które rozpisują się o wampirach jak o gwiazdach filmowych. Wampiry z domu Cadoganów dowiadują się, że jeden ze śmiertelników planuje napisać krwawy i kompromitujący reportaż na ich temat, czemu starają się zapobiec. 

Popularność pociąga za sobą krytykę, rodzi zazdrość. Taka jest ludzka natura, czy nam się to podoba, czy nie. 

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie to, że dawno temu zamówiłam ją w pakiecie z pierwszym tomem. Leżała długo na stosie i czekała na swój dzień. W końcu potrzebowałam lekkiej lektury, w dodatku przekonałam samą siebie, że przecież chcę przeczytać wszystkie książki o wampirach, więc co mi szkodzi? Kolejny paranormal romance mnie nie zabije. Tylko tyle, że to nie jest kolejny romans paranormalny. To jest jeszcze gorsze. 

A ty umarłeś za prawdę czy za piękno?

Bohaterowie to totalny koszmar. Niby wampir ma 150 lat, a zachowuje się jak dziecko. Całe grono potężnych, starych kreatur ulga czarowi przepięknej czarownicy. Wszyscy są tak płytcy, że w zasadzie trudno coś o nich powiedzieć - ważniejsza postać ma jedną cechę charakterystyczną i tylko ona jest pokazywana, jedynie nią się w życiu kieruje. Zły to zły, dobry to dobry. Najśmieszniejsze jednak jest to, że tutaj wampiry są świadome swojej ułomności i tego, że kiedyś wampir był istotą poważną. Za to jedyny plus należy się "Piątkowym nocom wampirów".

Omal nie rzuciłam się, żeby zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy, ale przypomniałam sobie, jaką mam śliczną sukienkę.

Hasłem przewodnim książki i tak jest absurd. Merit nie słyszy, co rozmówca Ethana mówi przez telefon, chociaż ma udoskonalone zmysły i siedzą w jednym pomieszczeniu. Z tym słuchem to w ogóle zabawna sprawa - wampirzyca siedzi w jadalni wypełnionej innymi wampirami, ale nie słyszy, co kto mówi. Ba, niby musi dochować wielkiej tajemnicy, a jednak o niej mówi i co? Tak, i jej też nie słyszą.

Dzięki Bogu, że przyszłaś, jeszcze przed chwilą byłem młodszy od wszystkich i to co najmniej pięćdziesiąt lat.

Fabuła to dno i mam wrażenie, że wydawca zdawał sobie poniekąd z tego sprawę. Nie mam pojęcia, czy ktoś tę książkę przed wydaniem przejrzał. Myślniki w wypowiedziach były notorycznie połykanie, więc nie wiedziałam, czy to wypowiedź bohaterki, czy narracja. W jednej wypowiedzi nawet pojawił się nawias. Nie wiem, jak można do kogoś mówić nawiasem, no ale... Dodajmy do tego jeszcze dość sporo literówek, a nawet i jeden błąd ortograficzny.

No dobra, wróciliśmy na właściwe tory. Niech szlag trafi sprawiedliwość, skoro można pogadać o seksie.

Książki nie polecam. Przy niej to nawet wampirze paranormal romance jest dziełem sztuki. Ale tak to jest, kiedy nałogowy oglądacz telewizji zabiera się za pisanie. 

To są wampiry, Merit. Drapieżniki, które narodziły się w czasach, gdy to słowo brzmiało poważniej niż dziś. I nie chodziło tylko o mroczną aurę. 

Przeczytane: 13.05.2017
Ocena: 2/10