środa, 30 listopada 2016

45. Podsumowanie listopada

Listopad. Wiedziałam, że jeśli chodzi o przyjemności, nie będzie to zbyt miły miesiąc. Dużo, dużo, dużo spraw na uczelni, w dodatku nie takich, które wymagałyby siedzenia i uczenia się. Pewnych spraw formalnych po prostu nie przewidziałam. Poza tym dodatkowe obowiązki, jakie na siebie wzięłam w związku z moimi planami na przyszłość, także odcisnęły swoje piętno na ogólnym rankingu czytelniczym. 

Jeśli chodzi o książki - czytajki, to przeczytałam ich aż... Przeczytałam ją aż jedną. W dodatku były to tylko Muminki, a konkretnie "Dolina Muminków w listopadzie". Nie dowierzam temu, naprawdę. Sprawdziłam to dokładnie, ale wszystko jest jasne. Nadal nie wierzę, że aż tak nisko spadł mój poziom.

Pocieszam się tym, że na studia musiałam przeczytać (i przeczytałam) naprawdę sporo. Cóż takiego? W całości, w większych lub co najmniej znaczących fragmentach, czyli pozycje już odłożone na bok: Schulz von Thun "Sztuka rozmawiania", Grzesiuk "Psychoterapia. Szkoły, zjawiska, techniki i specyficzne problemy", Vopel "Zakłócenia - blokady - kryzysy", Corey i Corey "Grupy. Metody grupowej pomocy psychologicznej", Stewart "Mosty zamiast murów. Podręcznik komunikacji interpersonalnej" i Tokarz "Argumentacja, perswazja, manipulacja".

Zaczęłam też kilka książek i przeczytałam spore fragmenty z innych, ale o nich będzie innym razem - kiedy już je skończę i odłożę na półkę.W zasadzie wychodzi na to, że jednak zaznajomiłam się z siedmioma pozycjami.

Nie byłam w kinie, ani nie obejrzałam w całości żadnego filmu, nie licząc koncertów (chociaż dla mnie to jak film), które i tak znam na pamięć. Przysiadłam się za to do rodziców i obejrzałam z nimi prawie cały film pt. "Chemia". Nienawidzę polskiego kina, ot co. Film na pewno ciekawie zrobiony, ale...

Zrobiłam za to sporo zdjęć. Aż sama siebie zadziwiłam. Chciałam pożegnać się ze swoim starym aparatem i sprawić sobie nowy, ale chyba jeszcze się wstrzymam. Przynajmniej na chwilę, bo i tak nowy model już wybrany (szukanie go i czytanie na ten temat zabrało także sporo czasu wolnego), Najbardziej zaskoczyło mnie to, że w końcu zabieram aparat ze sobą coraz częściej w różne miejsca. To już jest spory postęp.

Oprócz tego intensywnie ćwiczyłam dłonie - zrobiłam ponad 30 sztuk bombek, kilka świeczników i jedną dość sporą choinkę. A grudniu będzie tego jeszcze więcej.

Na blogu pojawiło się 13 wpisów. 2 podsumowania, 1 o nowościach na stosie, 7 recenzji, 2 muzyczne przekładańce i 1 podwójne LBA.

A jak wypadł Wasz listopad? Założę się, że na pewno po stokroć lepiej od mojego. W każdym razie - dobrego grudnia! I dla mnie, i dla Was.



wtorek, 29 listopada 2016

44. Tove Jansson "Kometa nad Doliną Muminków"

Póki jest się u siebie w domu, nic nie może grozić. 

Zawsze chciałam przeczytać całą serię o Muminkach, albo chociaż jedną książkę. Te trolle (tak, to są trolle!) skradły moje serce już w dzieciństwie, kiedy to bajka o nich była emitowana w telewizji jako wieczorynka. Istotki są tak urocze, że zapadają w pamięć i naprawdę trudno nie czuć do nich sympatii.

Każdy byłby bardzo samotny, gdyby się go wszyscy bali.

Swoją przygodę z serią postanowiłam zacząć od "Komety w Dolinie Muminków", jednocześnie wiedząc, że jest to drugi tom. Nie przepadam za czytaniem serii od środka, ale tutaj zrobiłam wyjątek. Dlaczego? Przecież nikt nie oglądał też bajki jak serialu, odcinek po odcinku, prawda? Ano właśnie. A przede wszystkim... to właśnie w tej części pojawia się Włóczykij. To chyba tłumaczy wszystko. 

Ale przypomniałem sobie właśnie w tej chwili, jak niebezpiecznie jest posiadać zbyt wiele rzeczy. 

W tym tomie Muminek wyrusza w podróż, której celem jest Obserwatorium, a w tej wyprawie towarzyszy mu Ryjek. Mama Muminek i Tata Muminek postawili przed nimi bardzo ważne zadanie- muszą dowiedzieć się, cóż to za Kometa zbliża się nieuchronnie do Doliny Muminków. W czasach dzieciństwa ta sytuacja pewnie mnie nie zdziwiła, ale czytając teraz tę książkę, pomyślałam o współczesnych rodzicach i ich nadopiekuńczości... Pewnie taki wątek w dzisiejszych bajkach były stanowczo niewskazany. Ale na szczęście moje czasy były bardziej liberalne pod względem wychowywania dzieci. Jestem absolutnie za przywróceniem takich bajek. 

Wiem, że w książkach przygodowych wszystko zawsze dobrze się kończy. 

Tove Jansson jest dziecięcym geniuszem. Miło jest wrócić do tych historyjek po latach i znów przenieść się do Doliny Muminków (swoją drogą, ona istnieje naprawdę- w Naantali, w Finlandii). Z chęcią przeczytałabym serię o Muminkach jeszcze raz w dorosłości, gdybym zrobiła to w dzieciństwie. Zupełnie inaczej czyta się bajki z perspektywy dziecka, a inaczej z perspektywy dorosłego- okazuje się, że mają w sobie większą głębię, aniżeli większość książek dla dorosłych czytelników. Dlatego już niebawem zabiorę się za kolejny tom.

Zdaje mi się, że jestem,

Ponadto książeczki opatrzone są ilustracjami autorki, które są po prostu rozkoszne. Dosłownie rozpływam się nad nimi.

Wiem. Wszystko wydaje się trudne, kiedy się chce posiadać różne rzeczy, nosić je ze sobą i mieć je na własność. A ja tylko patrzę na nie, a odchodząc, staram się zachować je w pamięci. I w ten sposób unikam noszenia walizek, bo to wcale nie należy do przyjemności.

Polecam gorąco na jesienne i zimowe wieczory. Najlepiej czyta się z cudowną piosenką "Sininen uni" Tapio Rautavaara w tle. Nic tak nie rozgrzewa, jak ciepło w domu Muminków i nic nie zapewnia lepszego snu, aniżeli powrót do dziecięcej fantazji.

- Wszystkie są twoje? - szepnął Ryjek. 
- Tak, póki tu mieszkam - odparł Włóczykij beztrosko. - Wszystko, co widzę, do mnie należy, cała Ziemia, jeśli chcesz wiedzieć. I to mnie raduje. 

Przeczytane: 11.10.2015
Ocena: 10/10


czwartek, 24 listopada 2016

43. Muzyczny przekładaniec


Cześć!

Nie spodziewałam się, że wpis muzyczny z piosenkami na każdy dzień tygodnia znajdzie jakiekolwiek uznanie. Chciałam spróbować pisać o muzyce i stwierdziłam, że będę to robić pomimo tego, że moje słowa rozejdą się w próżni, nawet bez odzewu echa. Miło mi więc tym bardziej, że ktoś pierwszy muzyczny post w ogóle przeczytał, a znalazły się też osoby, którym taka forma przypadła do gustu. Cieszy mnie do ogromnie! Komunikacja jednostronna nie jest aż tak wartościowa.
Dziś przychodzę z kolejną porcją muzyki, zdając sobie jednocześnie sprawę z moich dość osobliwych preferencji dźwiękowych. Uprzedzam - do kolejnego czwartku raczej się to nie zmieni. Na szczęście dla mnie.
Dziś, oczywiście, znów fińsko. Pięć piosenek fińskich wykonawców, w tym dwie właśnie w tym pięknym języku. Oprócz tego cover w języku angielskim, a także jeden utwór instrumentalny.



Czwartek: Johanna Kurkela Prinsessalle


Mam spore wątpliwości, co do wokalistki. Jej głos jest piękny, anielski i słodki, a jednocześnie zarówno autentyczny jak i sztuczny. Po długim czasie znalazłam w końcu drugą jej piosenkę, która przypadła mi go gustu - w dodatku stało się to zupełnie przypadkowo. Utwór idealnie wkomponował się w ciężki i bardzo bolesny dzień. Niezwykle spokojna melodia i harmoniczny głos pomogły mi przetrwać czwartek, a nawet zniżyć mój poziom pobudzenia. Piosenka pochodzi ze ścieżki dźwiękowej do fińskiego filmu "Prinsessalle". Tytułowa księżniczka to Anna Lappalainen, która spędziła ponad 50 lat w różnych szpitalach psychiatrycznych. Zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową i schizofrenię. Była przekonana, że należy do brytyjskiej rodziny królewskiej, lecz została wywieziona do Finlandii, kiedy była dzieckiem.


Piątek: Cigaretteas After Sex Keep Loving You


Z zespołem Cigarettes After Sex spotkałam się już dobrze ponad rok temu, może nawet dwa lata temu. W piątek odkryłam ich cover piosenki "Keep On Loving You" (oryginał - REO Speedwagon). Piękna, melancholijna i niezwykle delikatna wersja nadaje się do słuchania w pojedynkę, koniecznie przy użyciu słuchawek. Idealna do zatracenia się w sobie, wyciszenia się i bycia sobą tylko dla siebie chociaż na kilka chwil. Trudno powiedzieć, co jest lepsze - muzyka, czy sam niezwykle namiętny głos wokalisty. Teraz to już zupełnie skłaniam się do wyjazdu na jeden z trzech koncertów zespołu w Polsce (Wrocław, Warszawa, Kraków).


Sobota: Lindsey Stirling The Arena



Piątkowe zapoznanie się z nowym teledyskiem Lindsey Stirling do piosenki "Hold My Heart" zachęciło mnie do posłuchania innych jej utworów. Na sobotę (i część niedzieli) wybrałam "The Arena". To właśnie te dźwięki towarzyszyły mi podczas powrotu do domu po całym dniu na uczelni. Mogłam wygodnie rozsiąść się w samochodzie, aby uporządkować myśli po zajęciach, a także oderwać się od nich i skłonić do plastycznych wyobrażeń kolejnych scen w książce. Zdecydowanie jest to jedna z najbardziej trzymających w napięciu piosenek.


Niedziela: Apocaliptica Hole In My Soul



Po ciężkim weekendzie utrzymywałam się w wisielczym humorze i przez większą część dnia towarzyszyły mi różne piosenki. Wydawało mi się, że w końcu znalazłam adekwatną do mojego nastroju, ale zaraz później weszłam do samochodu, gdzie przywitała mnie Apocaliptica. "Hole In My Soul" wpasowało się idealnie w moje samopoczucie, choć może niekoniecznie tego chciałam. Zatopiłam się więc na nowo w tym utworze i pozwoliłam mu otoczyć mnie na kilka chwil, aby jeszcze bardziej dał mi odczuć moje emocje.


Poniedziałek: Apulanta Syntisten Pelastaja



Poniedziałek przepłynął mi pod patronatem Apulanty. Wracając z pracy, wiedziałam już, że potrzebuję chociaż chwilowego zastrzyku energii. Zespół doczekał się trzech wokalistów, ale najdłużej jest z nimi Toni Wirtanen. To zdecydowanie mój ulubiony głos w tej formacji, chociaż inne też toleruję. Apulanta faktycznie się sprawdziła, ale do mojego nastroju najbardziej i tak pasowała mniej energetyczna piosenka. Jestem na etapie marzenia o koncercie tego zespołu w Polsce, jednocześnie zdając sobie sprawę z nierealności tego pragnienia.


Wtorek: HIM In Joy And Sorrow



22 listopada swoje czterdzieste urodziny (to chyba jakiś żart, on jest młodziutkim wampirem) obchodził mój ulubiony wokalista - Ville Valo. Z tej okazji spędziłam dzień z muzyką jego zespołu, który towarzyszy mi już od gimnazjum. W trzeciej klasie poznaliśmy się bliżej, a moja miłość do ich brzmienia rozkwitła za sprawą "In Joy And Sorrow". Kocham wszystkie ich piosenki, ale szczególnie upodobałam sobie dwie. O ile "Kiss Of Dawn" potrafię słuchać codziennie, to "In Joy And Sorrow" wprowadza we mnie takie uczucia, że zostawiam ją na wyjątkowe chwile. Ostatni raz tego utworu częściej słuchałam rok temu latem, kiedy potrzebowałam siły, której nie potrafiłam już sama z siebie wydobyć. Wtedy piosenka się przydała, a dodatkowo na nogi postawił mnie wyjazd na koncert w Gdańsku. Teraz czekam na świąteczne piosenki z najcudowniejszym barytonem na świecie, a później na nową płytę. HIM na pewno mnie nie zawiedzie. Po cichutku wierzę, że i tym razem odwiedzą Polskę.


Środa: HIM For you


Dzień po urodzinach mojego guru wciąż pozostawałam z jego głosem w tle. W środę zatopiłam się w piosence "For you". Uwielbiam wersję z płyty, ale HIM zawsze na żywo brzmi lepiej. Padło na wykonanie na festiwalu Helldone z 2013 roku, choć może nie jest to ich najlepszy występ z tą piosenką. Niemniej, w środę to właśnie ono mi towarzyszyło i po raz setny rozczuliło moje serce. Wiem jednak, że Ville potrafi lepiej i mocniej zaśpiewać ten utwór. Najlepiej zrobił to na pewno świeżo po wydaniu płyty w 1997 roku (najlepsze wykonanie jest z 1998 roku, Viva Overdrive), kiedy to jego głos był nieoszlifowany i niezwykle silny... Ach.


Mam nadzieję, że i tym razem znaleźliście tutaj coś dla siebie. Chociaż wystarczy, aby coś Was zaintrygowało na tyle, aby pogłębić temat.
Do następnego!


środa, 23 listopada 2016

42. Maggie Stiefvater "Król kruków"


Nie ma powodu bać się nieżyjąch ludzi.

Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy spotkałam się z Maggie Stiefvater (przy wciąż niedokończonym przeze mnie cyklu "Wilkołaki z Mercy Falls"), wiedziałam już, że kiedyś znów się z nią zobaczę. Okazja nie nadarzyła się zbyt prędko, ale w końcu znów miałam w rękach książkę tejże autorki. Tym razem był to "Król Kruków", rozpoczynający serię niezwykłych losów piątki przyjaciół.

- Przeznaczenie - odparła Blue, patrząc gniewnie na matkę. - Nie za ciękie słowo, tak przed śniadaniem?

Miasteczko Henrietta to miejsce pełne magii. Wie o tym doskonale Gansley, który od lat podróżuje tropem czarów, a w szczególności linii mocy oraz wszystkim, co dotyczy uśpionego króla Glendowera. Odkąd zamieszkał w tym miasteczku, towarzyszami jego poszukiwań zostali koledzy z prywatnej szkoły Aglionby - Ronan, Adam i Noah. Każdy z nich jest zupełnie inny, każdy z nich jest pewnego rodzaju rozbitkiem. Kiedy nagle pojawia się Blue - ekscentryczna dziewczyna z domu pełnego wróżek - poszukiwania przyśpieszają, a ona sama wkomponowała się idealnie w paczkę przyjaciół. I choć to Adam obdarza ją szczególną uwagą, dziewczyna musi uważać, aby nigdy nie pocałować Gansley'a. Jej współlokatorki postawiły już wyrok - zabije chłopaka, którego pocałuje. Nie wyobraża sobie, aby mogła zakochać się w uczniu Aglibory, ale wizja podczas wigilii świętego Marka jest wyraźna - Gansley w ciągu najbliższego roku ma umrzeć.

Trzeba rozumieć, że są częścią większej całości. Niektóre sekrety odsłaniają się tylko przed tymi, którzy są ich warci. 

Spodziewałam się czegoś w stylu "Drżenia" - historii miłosnej ze smutkiem, tajemnicą i zjawiskami paranormalnymi w tle. Dostałam jednak coś zupełnie innego, zdecydowanie lepszego. Pani Stiefvater pozytywnie mnie zaskoczyła, choć już od dawna wiedziałam, że jest nietuzinkowa. 

- Gdzie znalazłeś tego ptaka?
- W swojej głowie.
- Niebezpieczne miejsce - zauważył Noah.

"Król kruków" nie jest żadnym romansem paranormalnym, choć może opis właśnie na to wskazuje. To powieść o poszukiwaniach, o byciu kimś więcej, niż przewidział dla nas los, o stawianiu czoła przeszkodom, o nieustannym dążeniu do bycia się sobą. A przede wszystkim - o przyjaźni, która wciąż wystawiana jest na próby. 

Ludzie byli najgłośniejszymi zwierzętami, nawet wtedy, kiedy starali się być cicho.

Choć tajemnica oraz jej pozorne rozszyfrowanie obecne są już na pierwszych stronach, w ostatnim rozdziale wciąż nadal zostaje wielka niewiadoma. Autorka świadomie nie podaje wszystkiego na tacy i doskonale wie, co robi, aby wciągnąć czytelnika w magiczny świat. Kolejny raz przekonałam się, że książki młodzieżowe są idealnym treningiem wyobraźni. To, co Maggie Stiefvater dla nas przygotowała jest po prostu magiczne. Ponadto jej styl jest niezwykle charakterystyczny, dialogi przepełnione są humorem, a bohaterowie wyraźni i zupełnie różni. Akcja toczy się tak, że czytelnik dopiero pod koniec książki jest w stanie zorientować się, że tyle tekstu ma już za sobą. I te niespodzianki!

- Czy to jest bezpieczne? - zapytała.
- Bezpieczne jak życie - odparł Gansey.

Poza tym magiczne rytuały i sprawa linii mocy jest tak dokładnie wyjaśniona, że nawet laik może zorientować się o co w tym wszystkim chodzi. Wielki ukłon w stronę autorki za jak szczegółowe zbadanie tematu oraz przedstawienie go w bardzo przystępny sposób. Należy tutaj wspomnieć nie tylko o liniach mocy oraz różnych magicznych zjawiskach, ale także o wciąż przytaczanej łacinie.

- Od dziś - pomyślała - nie interesuje mnie przepowiadanie przyszłości. Wolę ją przeżywać. 

Polecam, polecam i jeszcze raz - polecam. Ja tymczasem muszę wytrwać w niecierpliwości do kolejnego spotkania z bohaterami "Króla Kruków", choć tym razem w okolicznościach drugiego tomu tego cyklu.

I nie chcę dyskredytować tego, czym się zajmujecie. Ale właściwie nie przyszedłem tu po to, żeby poznać swoją przyszłość. Nie mam nic przeciwko odkrywaniu jej samemu.


Przeczytane: 26.10.2015
Ocena: 9/10


wtorek, 22 listopada 2016

41. Tove Jansson "Dolina Muminków w listopadzie"

Każdy może sam wybrać, ale musi to zrobić, póki jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślać się.

Jaka jest najlepsza książka na jesień? Oczywiście taka, która w swoim tytule ma nazwę najmroczniejszego miesiąca w roku, jednocześnie będącego kwintesencją jesieni, a przy tym posiada także element słodyczy i uroku. Nie ma więc lepszej na ten czas pozycji od "Doliny Muminków w listopadzie".

Mimbli nigdy nic się nie śniło, spała wtedy, kiedy miała na to ochotę, i budziła się wtedy, kiedy było warto.

Czy wyobrażacie sobie Dolinę Muminków bez Muminków? Właśnie z taką sytuacją spotykamy się w dziewiątym tomie serii o tych uroczych trollach. Zarazem jest to piąta lub szósta przeczytana przeze mnie część, gdyż wyjątkowo w tym przypadku kolejność mam akurat w nosie. Recenzja uprzednio przeczytanych tomów na blogu już niebawem. Póki co chciałam się pospieszyć z tą częścią. Dlaczego?

Lecz co go obchodził deszcz, skoro nie mógł ułożyć o nim piosenki?

Otóż dlatego, że nie ma lepszej pozycji na ten czas. Choć z początku miałam wrażenie, że środek listopada to jednak za późno na tę lekturę, to szybko się przekonałam o mylności takiego sformułowania. Akcja książki rozpoczyna się wraz z nadejściem jesieni i zakrawa o grudzień. Więc jeśli ktoś martwi się, czy zdąży przeczytać do końca listopada, może ze spokojem zabrać się za tę pozycję nawet w kolejnym miesiącu.

Paszczak obudził się powoli i gdy tylko stwierdził, że jest sobą, zapragnął być kimś innym, kimś, kogo nie znał.

Tym razem, jak już wspomniałam, nie spotykamy się z Muminkami, choć rzecz się dzieje w ich Dolinie. Odwiedzają ją wszyscy - Homek Toft, Filifionka, Mimbla, Paszczak, Wuj Truj i ukochany przeze mnie Włóczykij. To właśnie on wprowadza nas w jesienną aurę. Bohaterowie pomieszkują w domku Muminków, jednocześnie starając się przypomnieć sobie jego mieszkańców. Chociaż każdy z nich przybył tu z innego powodu, to wspólnie wspominają wszystkich członków rodziny.

Nagle przyszło mu na myśl, że wszystko, co robi, nie jest niczym innym, jak tylko przenoszeniem rzeczy z jednego miejsca na drugie albo mówieniem, gdzie one powinny stać, i przez krótką chwilę olśnienia zastanawiał się, co by się stało, gdyby dał temu spokój.

Melancholijny temat i z pozoru błahe rozmyślania sprawiają, że książkę polecam przede wszystkim dorosłym. O ile Muminki z perspektywy dorosłego mają zupełnie inny wydźwięk, to tej części w ogóle nie rekomenduję dla dzieci. Raczej widzę ją w rękach dorosłego, który za jej sprawą na moment zwalnia i rozgląda się wokół siebie.

Trochę to smutne, kiedy nie pamięta się cudzych imion, ale zapomnieć swoje należy wręcz do przyjemności.

Mnie najbardziej zachwyciły rozważania natury osobowościowej. Chociaż nie przepadam za Homkiem, to jego przemyślenia na temat własnej natury zdumiały mnie jako psychologa. Zachwyciłam się też Włóczykijem jako psychologiem. Powiedział charakterystyczne dla tego fachu słowa - "to zależy". Ponadto dyskusja na temat milczenia i wypowiadania się... Cóż, wszystkie te ich spostrzeżenia znajdują oparcie w wiedzy naukowej, co tym bardziej mnie zachwyciło.

Tyle tego zawsze jest, czego nie warto podnosić, i tyle powodów, żeby nie podnosić.

Byłam pod wrażeniem przemijania i jesieni jako takiej. Motyw przygotowywania się do zimy, podejmowanie decyzji w związku z tym sennym okresem, a także wynajdowanie sobie zajęć w porze jesiennych wieczorów dodatkowo mnie rozczuliło. Chyba żadna książka nie była tak urocza i smutna jednocześnie. Fińska melancholia idealnie oddaje uczucia, jakie towarzyszą mi jesienią.

Jeśli w to wierzysz, to uwierzyłbyś we wszystko.

Polecam gorąco. Warto sięgnąć po tę pozycję właśnie w tym czasie, kiedy za oknem raz jest piękna złota jesień, raz szaruga, a raz początki zimy. Sama mam ochotę jeszcze raz zatracić się w tej historii na początku grudnia, aby zwolnić i nie dać się zmącić świątecznej aurze. Ta książka jest idealna do tego, aby docenić piękno tego przejściowego okresu, którego nie trzeba urozmaicać przygotowaniami do świąt. Nie przyśpieszajmy czasu na siłę.

Nie przejmuj się, nie ma tu nic gorszego niż my sami.


Przeczytane: 20.11.2016
Ocena: 10/10





czwartek, 17 listopada 2016

40. Muzyczny przekładaniec



Dzisiaj przychodzę do Was z postem muzycznym, mającym na celu zaprezentowanie Wam utworów, które towarzyszyły mi w ubiegłym tygodniu. Mam nadzieję, że ten wpis zapoczątkuje pierwszą serię na blogu, a we mnie samej odrobinę przełamie nieumiejętność pisania/mówienia o muzyce. Powoli, małymi kroczkami, do przodu.
Zacznę nietypowo, bo od czwartku (kiedyś był to mój ulubiony dzień tygodnia), aby skończyć na dniu wczorajszym. Ostrzegam - było, jest i będzie fińsko, choć inne języki także wchodzą w grę. Nie ograniczajmy się tak do angielskiego, który aż tak piękny nie jest.


Czwartek: Peter Gundry The vampire masquerade


Dawno żaden utwór nie natchnął mnie do pisania tak bardzo, jak właśnie ten. Peter Gundry to moje wielkie odkrycie jesieni. Chociaż obok niego kręci się mnóstwo artystów z podobną muzyką, to właśnie jego melodie trafiają do mnie najbardziej. Wiem już, w którym momencie książki przyda się ta piosenka i, prawdę mówiąc, nie mogę się już doczekać pisania adekwatnej sceny, bo widzę ją bardzo wyraźnie. Sam utwór jest żywy, choć melancholijny, a przy tym romantyczny, rytmiczny, smutny i odrobinę mroczny. Bardzo wampirzy. Prawdziwa maskarada starych, choć pięknych krwiopijców na średniowiecznym zamku. Końcówka - mistrzostwo. 


Piątek: Faun Tanz mit mir


Nie mam pojęcia, jak to się stało, że dotąd nie znałam zespołu Faun. Chociaż poznałam się z nim przy okazji innej piosenki, to jednak ta zatrzymała mnie przy formacji zdecydowanie na dłużej. Jestem przyzwyczajona do męskiego wokalu w języku niemieckim (dobra, ja w ogóle uwielbiam męskie wokale, a damskie... ekhem), a tutaj wyjątkowo bardziej lubię żeński. Mam ochotę tańczyć, śpiewać i wrócić po latach do nauki niemieckiego. Przy okazji wprawiam się już w sobótkowe klimaty, a moja wyobraźnia produkuje idealny scenariusz. Przewrotny tekst i wesoła melodia sprawiły, że z chęcią powracam do tej piosenki.





Sobota: Green Day Still breathing 


Wyczekiwałam premiery teledysku fabularnego do tej piosenki, odkąd zobaczyłam przepiękny zwiastun. Teledysk tekstowy nie przypadł mi do gustu (w ogóle ich nie lubię, choć Green Day bardzo się tym razem postarał i nawet taka forma klipu do "Say Goodbye" przypadła mi do gustu). Sądziłam, że nic nie przepije wideo do "Stray heart", ale to... Mały film emocjonalny, który idealnie dopełnia piosenkę. Ona sama w sobie jest już piękna, na miarę "Wake me up when september ends". Część fanów widzi w niej piosenkę o odwyku, na którym jakiś czas temu wylądował Billie Joe (szczególnie na taką interpretację wpływa sam teledysk, przez którego większość zespół gra bez niego). Wokalista jednak wyraził się jasno - piosenka nawiązuje do tego, że kiedyś wszyscy będą podtrzymywani sztucznie przy życiu, choć teraz oddychają samodzielnie. Powaga, bez błaznowania, kpiny i ironii? Green Day to potrafi. Chociaż piosenka jest ciężka i trudna, mi poprawiła humor w sobotę. 





Niedziela: Apocaliptica Path 





Apocaliptica jest niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju, choć znaczną część jej dorobku, tą podstawową, stanowią covery. Jeden z najbardziej znanych fińskich zespołów, a także jeden z moich ulubionych (a jakże). Choć może utworu "Path" nie zaliczyłabym do piątki (a nawet dziesiątki) moich ukochanych piosenek tej formacji, to te wykonanie na pewno cenię sobie najbardziej. Brzmi zdecydowanie lepiej, aniżeli na płycie ("Cult" z 2000 roku). Klip do piosenki jest stosunkowo mało rozpowszechniony, choć warty oka ze względu na swoją ciekawą formę - gra cieni i walka na wiolonczele to dość nietypowy widok. Dla mnie jednak podpięta obok wersja jest tysiąc razy bardziej przyjemna dla ucha.





Poniedziałek: Harmaja Katkera maa


Uwielbiam fińską muzykę, szczególnie tą po fińsku. Ta piosenka skradła moje serce dawno temu i od razu wykorzystałam ją przy opisie zimowego spaceru ulicami Helsinek, kiedy to mój bohater pełen był ambiwalentnych uczuć - od depresyjnego smutku po fascynację. Tak się właśnie czuję, kiedy słucham tego utworu. Kocham brzmienie języka fińskiego, a także tą charakterystyczną melancholijność. Chociaż wokalistę znam z zespołu Charon (żywiej i ciężej), to miło posłuchać jego niskiego głosu w delikatnym i jakże spokojnym brzmieniu. Polecam na zimowe poranki!





Wtorek: Tuomas Holapainen A lifetime of adventure


Moje odkrycie dnia. Gdybym słuchała zespołu Nightwish, którego Tuomas jest założycielem, z pewnością wcześniej spotkałabym się z tą piosenką (2014 rok). Wokal obstawia Johanna Kurkela (żona muzyka), a chórki Johanna Iivanainen. Nie lubię damskiego głosu, a ten tutaj jest bardzo słodki. Bardzo nie lubię sztucznej słodyczy, ale ta jest jeszcze przyzwoita i pasuje do ogółu kompozycji (ta byłaby bardziej udana, gdyby nie zbędna solówka gitarowa). Kurkela lepiej brzmi po fińsku, wystarczy spojrzeć na uwielbianą przeze mną piosenkę "Ehkä ensi elämässä. Jednak "A lifetime of adventure" pozostaje świetną piosenką, bardzo klimatyczną. Teledysk też jest przepiękny i niezwykle magiczny, a także odnosi się do całego albumu, który inspirowany jest komiksem Dona Rosy "Życie i czasy Sknerusa McKwacza".  Mało kto jest w stanie pokusić się o taką spójność. 


Środa: Jonsu Hummani hei



Indica kilka lat temu oswoiła mnie z żeńskim brzmieniem fińskiego, a także otworzyła mnie na kobiece zespoły. Sprawdzając, co nowego słuchać w zespole (cisza od kilku lat), dowiedziałam się, że jakiś czas temu Jonsu (liderka grupy) nagrała nową wersję tradycyjnej piosenki fińskiej. Uwielbiam jej głos i miło jest usłyszeć go po tak długiej przerwie. To wykonanie bije na głowę męski oryginał z 1953 roku (Tapio Rautavaara - Juokse sinä humma) właśnie przez swoją elfią dziewczęcość i delikatność. 


Za tydzień wrócę z podobną listą, choć z odmiennymi piosenkami. Sumiennie będę wyłapywać swoje piosenki dnia, a przy okazji pokuszę się może o małe urozmaicenie dla moich uszu. 
Mam nadzieję, że spośród powyższych utworów chociaż jeden przyciągnie Waszą uwagę. Może nawet coś z nich polubicie lub po prostu poznacie (poszerzanie horyzontów jest atrakcyjne same w sobie).


sobota, 12 listopada 2016

39. Liebster Blog Award



W ostatnim czasie zostałam dwukrotnie nominowana do Liebster Blog Award, lecz nie byłam do końca pewna, czy chcę brać udział w tej zabawie. Uznałam jednak, że jeśli ktoś zadanie mi pytanie (choć może nie aż tak bezpośrednio), to mój wewnętrzny stworek odpowiedzialny za kulturę osobistą czuje się zobowiązany do udzielenia odpowiedzi. Tak więc dziś na blogu będzie pierwsze LBA, choć dwukrotne. Dziękuję dziewczynom za nominację. Mam nadzieję, że sprostałam wyzwaniu i odpowiedzi okażą się adekwatne do oczekiwań, które powstały przy formułowaniu pytań. Po cichu liczę też na to, że będzie to ciekawa dla wszystkich czytelników bloga forma poznania mojej osoby. Nie przedłużając, pozwolę sobie rozpocząć od nominacji ze strony Czarnego Espresso, a później od Jolanty.



1. Autor, po którego książki sięgasz w ciemno.
Na pewno Jarosław Iwaszkiewicz, Tove Jansson, Edgar Allan Poe, Mika Waltari i Charles Bukowski. Mam nadzieję, że niebawem ten krąg poszerzy jeszcze Anne Rice i Tad Williams. A że tomiki poezji to też książki, dorzućmy jeszcze moich ulubionych poetów. A więc: Rafał Wojaczek, Krzysztof Kamil Baczyński, Charles Baudelaire.

2. Książka, po której spodziewałeś/spodziewałaś się wiele, a okazała się przeciętna.
Staram się podchodzić do książek dość neutralnie, ale chyba było sporo takich przeciętnych pozycji. Najbardziej pasuje tu  "Podróżnik do wynajęcia". Pamiętam moment, w którym pierwszy raz przeczytałam tytuł na grzbiecie książki, a później wzięłam ją do rąk. Jakże byłam zauroczona!

3. Książka, po której spodziewałeś/spodziewałaś się, że będzie przeciętna, a okazała się znakomita.
"Brudne ulice nieba" Tada Williamsa. Ja jej nawet nie chciałam czytać! Jednak kupiłam ją i zakochałam się już od pierwszej strony.

4. Czy ma dla Ciebie znaczenie kolejność w jakiej przeczytasz książkę i obejrzysz jej ekranizację?
Chyba nie. Prawdę mówiąc, dzięki obejrzeniu ekranizacji poznałam świetne książki. Film to tylko dodatek. Z kolei nie potrafię zebrać się do jego obejrzenia, kiedy już przeczytam książkę...

5. Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z czytaniem?
Doskonale pamiętam dzień, w którym przeczytałam swoje pierwsze słowa! W samym czytaniu zakochałam się jakoś niewiele później, kiedy pisałam małe książeczki i zrobiłam w domu bibliotekę. Domownicy musieli czytać moje dzieła, każdy z nich miał swoją kartę biblioteczną, a ja jeszcze ich odpytywałam z lektury. Inwigilacja... A już z samym czytaniem to okres pierwszej i drugiej klasy podstawówki. Moja wychowawczyni zrobiła konkurs, kto w ciągu roku przeczyta najwięcej książek. Działało, naprawdę. 

6. Jakie są Twoje inne zainteresowania poza literaturą?
Muzyka. Potrafię siedzieć cały dzień i słuchać muzyki. Potrafiłabym jechać samochodem bez kół, ale nie bez moich ulubionych piosenek :D W głowie tworzę teledyski niemal do wszystkich piosenek, jakich słucham, dlatego też piszę przy muzyce. Oprócz tego na pewno Finlandia i historia, co i tak w dużej mierze łączy się z literaturą. Uwielbiam też robić coś ręcznie - łapacze snów, biżuterię, świeczniki, a ostatnio bombki. 

7. Jaką porę roku lubisz najbardziej i dlaczego?
Zimę! Na zewnątrz jest zimno i ciemno, a w domu ciepło i przytulnie. Jest cicho, błogo, budynki znajdują się pod pierzyną ze śniegu, drzewa są nagie i smutne. To pora roku, która ma w sobie najwięcej skrajności - napawa mnie dziecięcą radością, a zarazem uderza bólem. 

8. Wolisz jedną, zamkniętą książkę czy cały cykl?
To chyba zależy. Jeśli chodzi o jakąś klasyczną "mądrą książkę", coś nazywanego kulturą wyższą, to wolę jeden tom. A jeśli już polubię jakiegoś bohatera w zwyczajnej książce, to wolę cykl. Wtedy bardziej wszystko zapamiętuje. Poza tym, jeśli już pierwszy tom mi nie pasuje, nie sięgam po kolejny, traktując książkę jako jedną, zamkniętą. 

9. Jaki rodzaj muzyki towarzyszy Ci najczęściej w codziennym życiu (można podać rodzaj muzyki, ulubiony zespół, bądź tytuły piosenek).
Od trzeciej gimnazjum nie było dnia, abym nie przesłuchała choćby jeden piosenki zespołu HIM. To chyba mówi samo za siebie. Poza tym na pewno scena rockowa i metalowa, a także folkowa i klasyczna w opozycji. Głównie fińscy artyści. Oprócz tego niemieccy, amerykańscy i brytyjscy.  Black Sabbath, Sisters of Mercy, Apocaliptica, Amorphis, Green Day, Uniklubi, Sara, Kiss, Slipknot, Cradle of Filth, Apulanta, Avantasia, Charon, Sentenced, Eluveitie, Empyrium, Type O Negative i tysiące innych. Konkretna muzyka jest dopasowana zazwyczaj do pory roku, dnia i tego, co robię. 

10. Jakie miejsce na Ziemi chciałbyś/chciałabyś odwiedzić?
Finlandię! Oprócz tego na pewno Alaskę, Kanadę, Meksyk, Australię, Indie, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Grecję, Islandię, Kubę, Rosję, Singapur i Grenlandię. Tak w skrócie i ogólnie.

11. Autor, który jest według Ciebie niesłusznie niedoceniony bądź mało znany.
Całe mnóstwo! Wybieram zazwyczaj mniej znanych autorów, więc zawsze nad tym ubolewam. Na pewno jednak poeci przeklęci są źle oceniani. Choćby mój ukochany Wojaczek... Albo weźmy legendę Bukowskiego, który króluje w Internecie i jest cytowany pod złym kątem.


1. Jakie jest Twoje motto życiowe?
Cała piosenka HIM "Kiss of Dawn", a już na pewno ten fragment: "Death frees from the fear of dying". Ale najwięcej mądrości życiowych "usłyszałam" od głównego bohatera mojej książki. Dwie jego wypowiedzi widzą na tablicy korkowej nad moim biurkiem. "Indywidualność to nie esencja bycia kimś niepowtarzalnym. To esencja bycia sobą". "Normalność to choroba, której przyczyną jest brak indywidualności i odwagi do wyrażenia czy też poznania siebie". Czy to nie jest egoistyczne? Chociaż moja mama powiedziałaby, że najczęściej słowa cytuję Ryszarda Riedla: "Jak człowiek nie marzy - umiera". 

2. Z powodu jakich produktów jesteś w stanie zostać zakupoholiczką?
Książki! I gadżety z Muminkami. Może jeszcze bilety koncertowe, o ile można to nazwać produktem. No i bardziej stereotypowo - sukienki i buty.

3. Miasto na świecie, do którego zawsze chciałaś pojechać.
Jeśli chodzi o Finlandię - Helsinki, Turku, Porvoo i Saariselkä. A jeśli chodzi o inne państwa to Sydney, Petersburg i Dubaj. Z innych krajów chyba nie mam aż tak sprecyzowanych wymagań, choć na pewno chciałabym odwiedzić wszystkie stolice i ważne miasta w państwach, do których w ogóle chciałabym się udać.

4. Jaki jest Twój ulubiony rodzaj słodyczy?
Każdy :D Wyjątek to anyżkowe cukierki i ciasta z owocami, takimi zapiekanymi i w galaretce. Najbardziej lubię chyba czekoladę i watę cukrową. 

5. Jakiego koloru najwięcej masz w szafie?
Czarnego! Mój ulubiony wokalista powiedział kiedyś, że jeśli raz włożysz czarne ubranie, już nigdy nie chcesz nosić innego koloru. Coś w tym jest. Moja szafa jest czarna, więc iryguje się, gdy ktoś uważa, że wszystkie moje sukienki są takie same. Oprócz czerni jest też sporo czerwieni, trochę szarości i odrobina granatu. Królują też kropki.

6. Ulubiona książka przeczytana w zeszłym miesiącu.
Zdecydowanie "Zaspać na Sąd Ostateczny".

7. Jakie kwiaty czy też rośliny doniczkowe masz w mieszkaniu/ domu?
W moim pokoju uschły nawet kaktusy... Zdechły mi też dwie muchołówki. Nawet moja wymarzona hortensja przed domem postanowiła się zbuntować. Nie, żebym nie miała ręki do kwiatów, bo te, którymi zajmowałam się podczas wakacji u babci, zawsze rosły jak szalone. W tym roku mieczyki, stokrotka afrykańska i lawenda wyrosły w ogrodzie. Jedynie lobelie się spaliły od słońca. W domu tylko mama trzyma rośliny. Mnie coś takiego odrzuca.

8. Czy masz jakieś nałogi?
Jeśli spojrzeć na nałóg z perspektywy medycznej lub psychologicznej, to nie, nie mam nałogów. Chyba że słuchanie muzyki (czynność przyjemna) w bardzo głośny sposób, używając słuchawek (czynność szkodliwa dla zdrowia).

9. O której godzinie zwykle wstajesz?
Jeśli jadę to pracy na 7:30, to wstaję o 7:00 (nie ukrywajmy się, staram się wstać kilka minut wcześniej, ale zawsze kończy się to najpóźniejszą możliwą godziną). Na pierwszym i drugim roku studiów prawie zawsze wstawałam po godzinie 5:00, bo miałam od rana zajęcia. Na trzecim roku nie ma już tego problemu, więc nawet w weekendy można postać. Jeśli mam wolne... No, czasami potrafię nawet nie wstać :) Ale zazwyczaj jest to przedział pomiędzy 9:00 a 11:30. 

10. Do jakich sklepów najczęściej chodzisz?
Chyba właśnie najczęściej są to księgarnie, choć książki zamawiam przez Internet. Lubię zajść do sklepu muzycznego lub zoologicznego. Sklepy z ubraniami także odwiedzam stosunkowo często, choć nie należy to do najprzyjemniejszych wypraw. Z kolei sklepu obuwniczego nie odwiedzam w ogóle. Ale i tak najczęściej wszyscy odwiedzają sklepy spożywcze :D

11. Twoje ulubione miejsce do refleksji. 
Przy biurku, w łóżku lub w ogrodzie w koszu wiszącym. Lubię też rozmyślać na miejscu pasażera, kiedy jadę nocą samochodem. Najbardziej jednak i tak upodobałam sobie wystawianie głowy przez okno dachowe i patrzenie na nocne niebo, czasem nawet na świt.



Moje pytania do nominowanych: 
1. Co zmieniłbyś/zmieniłabyś w swojej ulubionej książce, gdybyś stał się jej głównym bohaterem? 
2. Jaką postacią historyczną chciałbyś/chciałabyś stać się na jeden dzień?
3. Do jakiego okresu chciałbyś/chciałabyś przenieść się w czasie?
4. Jak wygląda Twój wymarzony świat?
5. Jaki jest najdziwniejszy film, który oglądałeś/oglądałaś?
6. Czy przejąłeś/przejęłaś pewne zachowania od bohaterów książek? 
7. Z jakim pisarzem umówiłbyś/umówiłabyś się na kawę (lub mocniejszy trunek)?
8. Czy książki obudziły w Tobie jakieś nowe zainteresowania?
9. Jakie jest najbardziej ekstremalne miejsce, w którym zdarzyło Ci się czytać?
10. Jakiego muzyka wepchnąłbyś/wepchnęłabyś do literackiego świata, aby książka była ciekawsza?
11. Czy masz na swojej półce książę, której obecności tam się wstydzisz?

Nominuję:
Marta i książki
Okiem Wielkiej Siostry
Świat fantasy
Przewodnik czytelniczy


środa, 9 listopada 2016

38. Ben Myers "Green Day. Amerykańscy idioci"

Kiedy ludzie czytają lub słuchają tekstów [z nowego albumu] mówią czasem: "Możecie się władować w niezłe gówno". Odpowiadam wtedy: "Mam nadzieję, że mnie za to zamordują".

Green Day. Rzucasz to hasło i nie musisz długo czekać na odpowiedzi. Informacje zwrotne są zaskakujące i pokazują, jak wiele skrajnych emocji niesie ze sobą muzyka tego trio. Opinie są różne, jak każdy fan (i antyfan) tego zespołu. Dla wszystkich, którzy uważają, że Green Day się sprzedał, w tym miejscu pokazuję środkowy palec (lub wypinam obnażone pośladki, w myśl Armstronga) i mówię, że tylko coś kontrowersyjnego jest warte uwagi, bo jest prawdziwe, a forma sztuki podobająca się każdemu jest tylko sztucznym schematem. 

Piosenka mówi o staraniach utrzymania motywacji, żeby coś zrobić, bo wciąż słyszysz od starszych od siebie, żebyś wziął się w garść, zmotywował i coś zrobił. Po jakimś czasie odczuwasz wielką frustrację i myślisz, że naprawdę powinieneś coś zrobić, ale kończy się na tym, że nie robisz absolutnie nic. 

Z racji tego, że Green Day pojawia się w moim życiu na dłużej raz na kilka lat (choć, oczywiście, cały czas przewija się pojedynczymi piosenkami pomiędzy aktualnie słuchaną muzyką) i zawsze odgrywa w nim ważną rolę, nie mogłam przejść obojętnie obok ich biografii, zatytułowanej "Green Day. Amerykańscy Idioci". Tym bardziej, że napisana została przez ich fana. Dlatego kiedy w końcu miałam książkę w rękach, od razu zabrałam się za jej czytanie...

Muzyka rockowa pełna jest nieudaczników, maniaków śmierci i niezaprzeczalnych fiutów.

... i równie szybko przerwałam. Męczyłam się z nią okropnie, odkładając ją i znów do niej wracając. Coś w tej publikacji było takiego, co mnie odstraszało. Co? Chyba to, czego nie lubię w biografiach - daty oraz suche fakty. A do tego dziesiątki nazw zespołów różnego pokroju... Chryste!

Być może jestem ignorantem albo krótkowzrocznym kolesiem, ale nie sądzę, żeby zabijanie ludzi było dobrym lekarstwem na to, że inni umierają.

Kwestia, którą z początku uważałam za plus, czyli autor - fan (Ben Myers), szybko przemieniła się w największy minus. W książce znajduje się mnóstwo negatywnych opinii na temat innych zespołów, działających w czasach rozwoju i rozpędu kariery naszego trio. A jakby tego było mało, większym niesmakiem na tym tle staje się jeszcze wychwalanie Green Day'a ponad wszelaką ówczesną muzykę. Coś naprawdę nie do zniesienia. Dla mnie biografia powinna pozostawać w większym stopniu bezstronna. Ewentualnie dopuszczam opinie na temat podmiotu biografii. Ale żeby obrzucać błotem pozostałą scenę muzyczną?! Niedopuszczalne. 

W połowie lat dziewięćdziesiątych problemem wielu zespołów było to, że to wszystkiego, a zwłaszcza do siebie, podchodziły bardzo poważnie. 

Zawiodłam się także jeśli chodzi o formę. Zdjęcia z koncertów powinny być przy adekwatnych do nich fragmentach, a nie w postaci kilku stron z fotografami zespołu na przestrzeni całej kariery, gdzieś w środku lektury. 

Ja, jak większość uczestników festiwalu, byłem zbyt pijany, żeby w ogóle zauważyć problemy z nagłośnieniem albo chociaż żeby się nimi przejmować. Fatalny dźwięk oznaczał punk rock - wszystko grało. 

A jeśli już jesteśmy przy całej karierze zespołu - niniejsza książka napisana została w 2006 roku, a na język polski przetłumaczona dopiero w 2014. Stąd też przy zakupie sugerowałam się data podaną na stronie (czyli 2014 rok) i nawet nie czytałam nic więcej na temat tej pozycji w innych źródłach. Nawet gdybym znała obie daty i miała ich świadomość, kupiłabym tę książkę. Ale, niestety, nastawiłam się na opis całej kariery tego zespołu i z niecierpliwością czekałam na opis najnowszych płyt. Niestety... Biografia kończy się na płycie "American Idiot".

Rodzicielstwo oznacza robienie rzeczy absolutnie bezinteresownych, podczas gry gra w zespole, czy na rockandrollowej scenie oznacza pochłonięcie swoją osobą. To dobra sytuacja, utrzymuje cię twardo na ziemi, nie pozwala ci odejść od cienkiej granicy między tym, że wszystko jest totalnie fajne a tym, że wchodzisz w jakieś totalne szaleństwo. Jeśli chcesz pisać dobre piosenki, naprawdę potrzebujesz takiej równowagi.

Ponadto dysproporcje w teście są ogromne. Pierwsze płyty i koncerty są skrupulatnie opisywane, a coraz to nowsze zostały potraktowane powierzchownie. Szkoda, ogromna szkoda...Powszechnie wiadomo, że dla Green Day'a najważniejszą płytą była ta z 2004 roku.

Jeśli komuś podobała się ich muzyka wcześniej, a teraz nagle nie podoba im się ten album, to chodzi o coś zupełnie innego niż muzyka. Muzyka pozostała - chodzi o polityczne poglądy. 

Ale mimo wszystkich minusów, dostrzegam ogromy plus tej pozycji. Plus, z którym większość będzie się kłócić. Otóż - biografia idealnie przedstawia fakt, że Green Day to nie jest zespół, który się "sprzedał". O tym akurat mogłabym pisać elaboraty. Ograniczę się tylko do kilku prostych słów. Proszę mi podać (jeśli się ze mną nie zgadzasz), który zespół zatem się nie sprzedaje? Czy muzyka może istnieć bez wytwórni? Oraz drugi aspekt... Kiedy zespół zmienia odrobinę brzmienie, fani od razu protestują słowami "sprzedają się!". Ale kiedy zespół wciąż robi tę samą muzykę, słyszy dokładnie te same komentarze, bo przecież bazują na materiale, który dotarł do większości słuchaczy (czyli się dobrze sprzedał). 

W byciu sławnym jedna rzecz jest kompletnie popieprzona - jeśli masz pieniądze, nie wolno ci narzekać. Wystarczy, że tylko zaczniesz, ludzie od razu mówiąc coś w stylu "O co ci, kurwa, chodzi? Ty narzekasz? Nie musisz pracować od rana do wieczora. Nie musisz martwić się o pieniądze ani o to, gdzie mieszkasz". Czuję się tak, jakbym przed nikim nie mógł swobodnie wyrazić swoich frustracji, ponieważ nikt tego nie zrozumie.

Absurd. Ja po latach wkładam słuchawki, w których już leci ich muzyka i mówię "tak, to Green Day". Ich brzmienie jest tak charakterystyczne, że może spokojnie walczyć z komercją. 

Ludzie nie wiedzą, kim, do cholery, właściwie są. Ja również wciąż z tym walczę - to część procesu dojrzewania i dorastania. 

A biografia... Chyba jest zbyteczna. Jeśli ktoś się waha z opinią na temat tego zespołu, niech przeczyta i się ustosunkuje. Jeśli ktoś jest fanem - pierwsze lata zespołu zostały rewelacyjnie przedstawione. Ale sam zespół najlepiej prezentuje się w muzyce, więc jeśli ktoś zawzięcie poszukuje tej pozycji (a wiem, jak ciężko ją dostać), niech odpuści i włączy sobie po prostu ich płytę. Muzyka mówi wszystko.

Co najważniejsze - Green Day ufarbował świat na jaskrawo w wyjątkowo bezbarwnych i ponurych czasach. I choćby za tę jedną rzecz należy im się szacunek.


Przeczytane: 09.10.2015
Ocena: 5/10

wtorek, 8 listopada 2016

37. Kaarlo Kurko "Cud nad Wisłą. Wspomnienia fińskiego uczestnika wojny polsko-rosyjskiej w roku 1920"


Po kontroli doszliśmy do wniosku, że Rosjanie są zawsze tacy sami, nieważne czy rządzi nimi car czy Żydzi. 

Oczywiście, że musiałam zdobyć książkę, która już w samym tytule ma nazwy dwóch krajów, którymi jestem bezapelacyjnie zafascynowana. Fakt, że jest ona historyczna, dodał tylko pośpiechu w realizacji kupna tej pozycji. Mowa oczywiście o książce "Cud nad Wisłą. Wspomnienie fińskiego uczestnika wojny polsko-rosyjskiej w roku 1920", która wyszła spod pióra Kaarlo Kurko.

Wachmistrz, stojąc na baczność, zameldował bez mrugnięcia okiem: "Wszyscy żołnierze obecni. Świń w oddziale nie widziano". Zagryzłem wargi do krwi, starając się powstrzymać śmiech. Kapitan poszedł, urażony, wizytować inne oddziały.

Książka ma zaledwie 171 stron, ale jest obfita w treści. Nie spotkamy się tutaj ze zbitym tekstem, który w bardziej wymagających lekturach zniechęca i wydłuża czytanie. "Cud nad Wisłą..." jest raczej zlepkiem opowiadań fińskiego żołnierza, ułożonych w porządku chronologicznym. Wojenną przygodę zaczynamy dokładnie w ten sam sposób, co Kurko, czyli od przedostania się z Finlandii do Polski. 

Oprócz tego w pobliżu pastwiska chodził nocą wartownik, a jak wiadomo, strażnicy mają zwykle słabe poczucie humoru, zwłaszcza na służbie.

Historie autora są mocno zabarwione emocjami i bogate w opisy. Już wydawca zapewnia nas o wyjątkowości szczegółów, zauważanych przez Fina. To zdecydowanie inna sytuacja, kiedy ktoś z zewnątrz obserwuje kształtujące się państwo oraz silną wolę jego mieszkańców. Kurko miał też zupełnie inną motywację do wzięcia udziału w bitwach. W końcu dla niego kwestia polskości nie była aż tak istotna. Po prostu była to okazja do bitwy ze wschodnimi stręczycielami oraz zemszczenie się na nich, choć Finlandia już odzyskała niepodległość.

Piękniejsza płeć nadaje się najlepiej do pozyskiwania informacji, a Polki - jak wiadomo - mają wszelkie warunki ku temu. 

Właśnie ta różnica rzuca zupełnie odmienny cień na opisywanie wydarzenia. We wspomnieniach Polaków mamy do czynienia z innymi uczuciami, czy postawami. Czyta się je również w odmieniony sposób, rzadko kiedy można się przy nich pośmiać. Są po prostu poważne i każdy Polak docenia tę powagę. W przypadku świadectw osób innej narodowości widzimy pewien dystans, czy trzeźwe relacje, a także możemy dowiedzieć się, jak oni postrzegają naszych walczących rodaków. 

Przypadek, który, jak mówią - sprzyja pijakom i zakochanym - tym razem znów mi pomógł. 

Ogromnym plusem była też przedmowa, która świetnie wprowadza w ogólny wydźwięk tej pozycji oraz tłumaczy pewne kwestie ideologiczne, mogące budzić zastrzeżenia, poza tym pokrótce przybliża sylwetkę samego Kurkko. Również fragment z helsińskich akt, dotyczących przesłuchania autora po jego powrocie do Finlandii, wzbudza swoistego rodzaju poruszenie. Należy też wspomnieć o fantastycznych zdjęciach, które raz po raz odwracają uwagę od czytania.

Podczas urlopu przekonałem się, że Warszawa jest jednym z najweselszych miast. Miałem wrażenie, że nikt nie przejmuje się wojną, a ludzie zajmują się po dawnemu swoimi codziennymi sprawami.  

Jedną słabością książki, zupełnie niezależną od rewelacyjnych wspomnień w postaci ciekawych historii, jest wydanie. Otóż mój egzemplarz postanowił się rozkleić, w konsekwencji czego musiałam sklejać pojedyncze kartki, aby mieć książkę w jednym kawałku. O ile jakoś wydania pozostawia wiele do życzenia, to okładka sprawia, że nie można oderwać od niej wzroku.

Europa została uratowana. Wojsko Polskie i jego dowódcy, a zwłaszcza marszałek Piłsudski, będą zawsze mieli honorowe miejsce na kartach historii. Walcząc krwawo, sprawili, że Polska stała się państwem, którego świat słucha z szacunkiem. 

Jeśli istnieje lekka i przyjemna lektura o wojnie, a w szczególności o walkach polskich, jest to zdecydowanie ta pozycja. Bezsprzecznie polecam!

Pewnego razu przekonaliśmy się w zabawny sposób o dobrej opinii fińskiego wojska. Zaatakowaliśmy nieźle zaopatrzone okopy czerwonych, które nieprzyjaciel bronił twardo. Podporucznik H. z Finlandii zawołał wielkim głosem po rosyjsku: "Fiński batalion ochotniczy - naprzód!". Usłyszawszy to, czerwoni porzucali broń i uciekli szybko na kilometr dalej, nie patrząc za siebie. Złapaliśmy jednego czerwonego jeńca, który tak się bał, że aż szczękał zębami, i gdy w końcu odważył się przemówić, wyznał, że krąży wśród nich plotka, jakoby w walkach brali udział fińscy i niemieccy białogwardziści, zabijający z żądzy krwi wszystkich pojmanych. Zdziwił się więc bardzo, gdy dostał od nas jedzenie i został dobrze potraktowany. Niemcy mieli także dobrą opinię, a pojawienie się ich stalowych hełmów wywoływało panikę wśród Rosjan. 


Przeczytane: 01.12.2015
Ocena: 8/10



poniedziałek, 7 listopada 2016

36. Nowości na stosie

Uwielbiam kupować książki. Chociaż księgarnie zazwyczaj kuszą mnie możliwością dotykania danych egzemplarzy, to jednak dzielnie stawiam im czoła i wybieram opcję zakupu przez Internet. W tym miesiącu do mojej książkowej kolekcji dołączyły jedynie cztery pozycje, choć ich kupno było rozłożone równomiernie - dwie zakupione stacjonarnie, dwie online. Jakie to były lektury?

Zaopatrzyłam się w dwa tomy Muminków, których wcześniej nie miałam. To wydanie niezbyt przypadło mi do gustu, jednak moje ulubione jest już niedostępne. Na ten miesiąc będzie "Dolina Muminków w listopadzie", a na przedświąteczny grudzień zostanie "Zima Muminków". 

Nabyłam też fantastykę. Uzmysłowiłam sobie, jak tęsknię za moim ulubionym gatunkiem i wyszłam z księgarni z dwoma książkami tego pokroju. Pierwszą z nich jest "Obietnica krwi", którą już czytam. Spodobała mi się już od pierwszych stron. Książkę napisał Brian McClellan i była ona jego debiutem, podobno bardzo udanym. Drugą pozycją jest "Vatran Auraio" i bardzo się jej obawiam. Jest to science-fiction, w dodatku polskiego autora - w tym przypadku jest nim Marek S. Huberath. Nie przepadam ani za ojczystymi autorami, ani za fantastyką socjologiczną, nie mówiąc już o połączeniu obu rzeczy. Ale przemiły pan w księgarni polecił tę książkę (podobnie jak powyższą), uśmiechając się w bardzo zachęcający sposób, a także zapewniając, że sam ją czyta... No i cena! A niech mnie, lubię się przełamywać i wychodzić ze swojej strefy komfortu. Zobaczymy, najwyżej przerwę czytanie i zajmę się czymś innym. 

Oczywiście - stos wszystkich moich książek do przeczytania jest o wiele, wiele, wiele większy. To są jedynie nowości i nie mam pojęcia, kiedy zostaną przeczytane (oprócz Muminków, których już nie mogę się doczekać). Może w tym miesiącu postawię na zaległe lektury, ale na pewno sięgnę po podręczniki na studia i publikacje naukowe.


niedziela, 6 listopada 2016

35. Wojciech Frankowski "Kolumb odkrył Amerykę, a łódzcy muzycy Finlandię"


Poznałem i pokochałem ten kraj. Jego ludzi, kulturę, tradycje, obyczaje. 

Chociaż książka "Kolumb odkrył Amerykę a łódzcy muzycy Finlandię" Wojciecha Frankowskiego została wydana w 2013 roku, a więc w chwili mojego największego zainteresowania krajem tysiąca jezior, to o jej istnieniu dowiedziałam się dopiero niedawno. Od razu postanowiłam ją przeczytać i przy pierwszej sposobności ją zakupiłam. Finlandia i muzyka to w zasadzie jedność, w dodatku nierozerwalna i smakowita, a więc pozycja ta była dla mnie obowiązkową lekturą.

Byłem, widziałem, dotykałem, słyszałem, czułem, smakowałem, przeżywałem... Przeżywam nadal. 

Wojciech Frankowski to muzyk, który w tym artystycznym fachu pracował w różnych częściach świata. Wraz z innymi muzykami z Łodzi wyjechał do Finlandii w celach zarobkowych, co umożliwił mu kontrakt zawarty przez Pagart. Autor zabiera nas w niesamowitą podróż, którą rozpoczynamy z nim od samego wyjazdu z Polski. Towarzyszymy mu już podczas jazdy pociągiem, a także podczas zwiedzania miast - nie tylko fińskich.

Gdybym miał możliwość powtórzenia choćby kilku miesięcy mojego życia, bez wahania wybrałbym Finlandię, a szczególnie okres, gdy nie byłem tam sam. 

Sama lektura jest bardzo przyjemna i lekka. Jako że opisany wyjazd do Finlandii był pierwszym razem autora, kraj został opisany z perspektywy świeżego obserwatora fińskiej kultury. Często porównywana jest ona do Polski w ówczesnych czasach, czyli w czasach komunistycznych. Nie trzeba nawet podkreślać zaistniałych różnic, gdyż rzucają się one w oczy już od momentu przekroczenia granicy.

Terytorialnie bliska, a jednocześnie daleka, egzotyczna, prawie nieodkryta. Rozmyślając, wpatrzony w okno pędzącego pociągu, wierzyłem, że jest to kraj pełen tajemnic, niespodzianek. Inny i na pewno piękny.

Autor zasypuje nas ciekawymi opowiadaniami z pracy, anegdotami muzycznymi, ale także podaje wiele informacji na temat Suomi, a nawet pokwapił się o opisy różnych miejsc, w których miał szczęście bywać. Ponadto tekst urozmaicony jest zdjęciami z prywatnych zasobów, a więc unikalnymi fotografiami, których w żadnym przewodniku się nie znajdzie. Miłym przerywnikiem są także dialogi, nierzadko po fińsku. Bez obaw, są one przetłumaczone! O ile dialogi w języku rosyjskim już nie, a które wydawałyby się jasne dla polskojęzycznego czytelnika...

Pociąg płynął po szynach, wydając lewo słyszalny dla ucha dźwięk. Dla mnie była to muzyka. Muzyka, która do końca wypełniała moje serce ciepłem i radością. 

Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy brak kolejności chronologicznej poszczególnych wydarzeń jest wadą czy zaletą. Dla mnie tylko czasem brak zachowania spójności czasowej był kłopotliwy. Niemniej, nie to było najważniejsze w tej książce. Tę rolę odgrywają raczej same wydarzenia, jakie miały miejsce, a także informacje, jakimi podzielić chciał się się z nami autor. Chronologia odgrywała podrzędną rolę. Mimo to, bardzo często przywoływane są daty, więc można łatwo odnieść się w czasie.

Zapamiętaj, że na mężczyznę się patrzy, natomiast kobietę się ogląda, drogi Jacku, i ja to właśnie robię. 

Jedyną irytującą rzeczą były rozdziały pozbawione połączenia z Finlandią. Sięgając po ten tytuł, nikt nie będzie specjalnie zainteresowany opowiastkami z Niemiec Zachodnich i Wschodnich, Estonii, Rosji... Fragmenty o przygodach na Mazurach także sobie odpuściłam, uznając je za stratę czasu. W końcu nie muszę wiedzieć, dlaczego autor zdecydował się grać na gitarze albo kto był jego pierwszą miłością...

Słońce nie próżnuje i z dnia na dzień ma coraz dłuższą drogę do pokonania. Wchodzi coraz wcześniej i zachodzi coraz później, aż w końcu w drugiej dekadzie czerwca w ogóle nie zajdzie. Jest to niepowtarzalny widok. Olbrzymia rozpalona tarcza nie chowa się za horyzontem, przez kilka następnych godzin przesuwa się tuż nad nim, by w końcu powoli rozpocząć swoją wędrówkę w górę. 

Książka jest lekka i zabawna, a czytanie jej jest czystą przyjemnością, dlatego warto po nią sięgnąć. To pozycja nie tylko dla smakoszów Finlandii!

Moja stopa dotknęła ziemi i zrobiłem pierwszy krok. Poczułem się jak Neil Armstrong po wylądowaniu na księżycu. Człowiek, którzy zrobił pierwszy mały krok na srebrnym globie, ale olbrzymi w przyszłość. Podobnie ja - pierwszy mały krok na drodze, na której otwierały się przede mną duże możliwości. Zaczęły spełniać się moje marzenia. 


Przeczytane: 29.02.2016
Ocena: 8/10